HEBEL: Piotr Fronczewski – aktor, jakich już nie ma

Fot. Kadr z filmu „Znachor”. Na zdjęciu Piotr Fronczewski w roli doktora Dobranieckiego.

Byłem dzieciakiem, gdy poszliśmy całą klasą do kina na „Akademię Pana Kleksa” (1983) w reż. Krzysztofa Gradowskiego, gdzie główną rolę zagrał Piotr Fronczewski. Dla dziewięciolatka, ucznia trzeciej klasy szkoły podstawowej, pójście do kina (i to jeszcze w czasach PRL-u!), to była wielka frajda i niesamowita przygoda. Być może dlatego przez długi okres, gdy ktoś wymawiał nazwisko Piotra Fronczewskiego, widziałem go w roli profesora Ambrożego Kleksa. Miał długą brodę, mnóstwo piegów na twarzy jako oznakę niezwykłej mądrości i odziany był w marynarkę przypominającą nieco frak.

Wizerunek Fronczewskiego zmieniał się w moim umyśle, gdy zacząłem widzieć tego aktora w innych filmowych rolach. Mam na myśli przede wszystkim dwa odcinki serialu „07 zgłoś się”, gdzie wcielił się w Roberta Walaska, kierownika ośrodka i sutenera (odc. 14) czy porucznika Pawła (Paula) Kopińskiego (odc. 19). Grany przez niego bezwzględny i wyrachowany bohater, a niekiedy i damski bokser, nie miał w sobie nic z infantylnej dobroci profesora Kleksa. Grając emerytowanego policjanta, który w ślad za amerykańskimi mafiozami przybył do Polski, żeby wymierzyć sprawiedliwość za zabicie jego żony, wzbudzał pożądany respekt i wielki szacunek. Chyba nie było ani jednego widza, który nie byłby po jego stronie.

Jak przez mgłę pamiętam film „Hallo! Szpicbródka!” (1978) w reż. Janusza Rzeszewskiego i Mieczysława Jahody, komediowy kryminał muzyczny, w którym Fronczewski zagrał główną rolę. Krytycy są jednomyślni, że w tym filmie mamy do czynienia przede wszystkim z wybitnym aktorstwem. Genialne i charyzmatyczne role Piotra Fronczewskiego (jako Fred Kampinos/Szpicbródka), Wiesława Michnikowskiego czy zmysłowej Gabrieli Kownackiej do dziś stawiane są za wzór rzemiosła artystycznego.

Bardzo mocno zapadł w moją pamięć obraz bohatera, którego Piotr Fronczewski wykreował w serialu „Polskie drogi” (1976) w reż. Janusza Morgensterna. Zagrał młodego, inteligenckiego komunistę Pawła Mrowińskiego. To nauczyciel, któremu nie pozwolono przed wojną na wykonywanie zawodu i który nie brał udziału w wojnie obronnej 1939 roku. Był to człowiek bardzo ideowy, zaślepiony komunistyczną ideologią, w którą wierzył jak w religię. Wchodził w ideowe spory zarówno z Władkiem Niwińskim (Karol Strasburger), jak i Pawłem Krajewskim (Zbigniew Zapasiewicz), antykwariuszem, który w czasie okupacji prowadził tajne komplety, a także działał w szeregach Armii Krajowej. Bardzo wymownym obrazem jest jednoczesne aresztowanie i rozstrzelanie ich obu przez Niemców. Przed wyjściem na egzekucję obaj podają sobie dłonie, co nabiera szczególnie symbolicznego wymiaru w kontekście hitlerowskiej okupacji.

Nikt lepiej od Fronczewskiego nie zagrałby hochsztaplera Wiśniaka w komedii kryminalnej „Konsul” (1989) w reż. Mirosława Borka. Film jest utrzymany w pogodnym nastroju, chociaż jego akcja kręci się wokół oszustwa i przekrętów na wielką skalę. Obok Piotra Fronczewskiego wystąpili w nim tej miary aktorzy co Maria Pakulnis, Krzysztof Zaleski czy Jerzy Bończak.

Aktor nie zawsze może być obsadzany w pierwszoplanowych rolach, dlatego warto pamiętać, że Fronczewski w sposób fenomenalny potrafił zaistnieć również na drugim planie. Dzięki temu przyćmiewał główne kreacje i zdefiniował swój status jako mistrza polskiego kina. Do najważniejszych i najbardziej docenionych występów drugoplanowych należą: doktor Dobraniecki w filmie „Znachor”, lekarz w „Ocaleniu”, praktykant von Horn w „Ziemi obiecanej” oraz Zenon Kliszka w „Czarnym czwartku”. Aktor wielokrotnie udowodnił, że potrafi nadać postaciom drugoplanowym wielowymiarowość i nawet w krótkich epizodach stworzyć zapadające w pamięć kreacje.

Fronczewski śpiewał i był aktorem kabaretowym w dobrym rozumieniu tego słowa. Piosenka Agnieszki Osieckiej „Pijmy wino za kolegów” w jego wykonaniu z Kabaretu Olgi Lipińskiej do dzisiaj powala na kolana. To prawdziwy majstersztyk! Podobnie, jak zresztą inne piosenki w jego wykonaniu: „Całuję twoją dłoń, madame”, „To ostatnia niedziela” czy „Kobietę trzeba trzymać krótko”. Nie mówiąc już o fenomenie popkulturowym, jakim był projekt Franek Kimono („King Bruce Lee karate mistrz”). To komediowo-muzyczne przedsięwzięcie stało się ważnym odcieniem twórczości Fronczewskiego.

Mówiąc o jego genialnym warsztacie, nie można pominąć jeszcze jednego elementu – głosu. Piotr Fronczewski posiada jeden z najbardziej rozpoznawalnych, głębokich i magnetycznych głosów w historii polskiej kultury. To on wychował pokolenia graczy kultową kwestią „Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę” w grze Baldur’s Gate, a jego interpretacje audiobooków czy dubbing postaci takich jak Diego w „Epoce lodowcowej” to absolutne mistrzostwo narracji.

Bardzo żałuję, że nigdy nie widziałem na żywo Piotra Fronczewskiego na teatralnych deskach. Dodajmy, że grał w Teatrze Narodowym, Teatrze Współczesnym, Teatrze Dramatycznym i Teatrze Ateneum w Warszawie. W sposób niezwykle realistyczny w spektaklu „Rozmowy z katem” (2007) Teatru TVP zagrał Jürgena Stroopa, niemieckiego zbrodniarza i kata warszawskiego getta. Gdy oglądałem ten spektakl po lekturze książki Kazimierza Moczarskiego, tak sobie wyobrażałem hitlerowskiego zbrodniarza jak zagrał go Fronczewski.

Piotr Fronczewski to wielki aktor z tego pokolenia, które siłą rzeczy niestety ustępuje miejsca młodszym od siebie koleżankom i kolegom po fachu. To jednak nie tylko sentyment sprawia, że na aktorów tej miary co Fronczewski, Holoubek, Wilhelmi czy Stuhr patrzymy jak na niedoścignionych mistrzów. Oni – obok niekwestionowanego talentu – potrafili zaczarować zachwyconą publiczność. To były czasy, w których szalała cenzura, ale paradoksalnie kultura stała na nieco wyższym poziomie.

Cóż nam pozostanie, gdy odejdzie pokolenie Piotra Fronczewskiego? Zawsze powtarzam, że warto słuchać tego, co wielcy aktorzy mają nam do powiedzenia ze sceny. Póki jeszcze grają, oglądajmy ich i wsłuchujmy się w każde wypowiedziane przez nich słowo.

JAROSŁAW HEBEL