CHWALIŃSKA: O Prusie – Aleksander i Bolesław

Fot. Domena publiczna. Na zdjęciu Bolesław Prus.

Stefan Żeromski miał powiedzieć o nim: „Niezwykły, tajemniczy człowiek. Wspomniawszy »Lalkę«, trudno uwierzyć, że ta szara człeczyna napisać zdołała takie arcydzieło”. To z pozoru mało serdeczne zdanie doskonale opisuje fenomen niezwykle skromnego twórcy, który z wielkim rozmachem i talentem pisał najpiękniejsze listy miłosne dla Warszawy i jej mieszkańców. Choć akcja jego powieści, opowiadań i felietonów toczy się w XIX wieku, dzieła te są chętnie czytane do dziś i od dziesięcioleci bronią się na listach lektur szkolnych.

Kim był ów tajemniczy człowiek? Bolesław Prus to w rzeczywistości Aleksander Głowacki. Urodził się w 1847 roku w Hrubieszowie. Gdy miał trzy lata, zmarła jego matka, a sześć lat później odszedł także ojciec. Chłopca wychowywała najpierw babka, a potem wujostwo. W żadnym z tych domów nie zaznał miłości ani akceptacji, przez co nigdzie nie zagrzał miejsca na dłużej. Żaden z opiekunów nie przyjął go formalnie ani emocjonalnie do rodziny. Aleksander był traktowany jak niechciany bagaż, przerzucany z rąk do rąk, a bliscy nie dostrzegali jego licznych talentów.

Młodzieniec podjął naukę w szkole powiatowej w Lublinie. Początkowo uczył się słabo, lecz, by przypodobać się wujowi, zaczął się przykładać do obowiązków. Gimnazjum ukończył z wyróżnieniem za postępy w matematyce, która stała się jego największą pasją i którą uważał za „najpotężniejsze narzędzie myśli ludzkiej”. Marzył o karierze naukowej, byciu inżynierem i wynalazkach rewolucjonizujących świat. Fascynację naukami ścisłymi widać później w jego twórczości – najmocniej w „Faraonie”, a także w postaciach profesora Geista oraz Ochockiego z „Lalki”.

Plany naukowe rozsypały się w pył z powodu braku wsparcia finansowego. Samotność i trudne dzieciństwo zbierały swoje żniwa, a sytuację pogorszyły doświadczenia wojenne. Jako piętnastolatek trafił pod opiekę starszego brata Leona, który wciągnął go w konspirację. Obaj wzięli udział w powstaniu styczniowym, w którym Aleksander został poważnie ranny. Trauma wojenna wywołała u niego problemy psychiczne. Przez całe życie zmagał się z agorafobią, napadami paniki i migrenami, co ówczesna medycyna nazywała neurastenią. Lęk przed otwartą przestrzenią i zamknięciem ograniczał jego codzienność do pracy w domu i pieszych spacerów. Znajomi wspominali, że nigdy nie umawiał się w mieszkaniach, do których trzeba było wchodzić po schodach.

Ta przypadłość paradoksalnie pomogła mu odkryć największą inspirację – Warszawę. Chichotem losu stał się fakt, że pierwsza wizyta Aleksandra w stolicy wiązała się z odwiedzinami brata w szpitalu psychiatrycznym, gdyż Leon przypłacił swój udział w powstaniu ciężką, nieuleczalną chorobą psychiczną. Aleksander utracił kolejną bliską osobę z rodziny.

Z czasem jednak los okazał się łaskawszy, stawiając na jego drodze Oktawię Trembińską. Z kuzynką ze strony matki łączyło go zabawne wspomnienie z dzieciństwa, przypominające perypetie Telimeny i Tadeusza z kart Mickiewicza. Gdy podczas wspólnego spaceru po lesie mrówki weszły nastoletniej Oktawii pod spódnicę, Aleksander ruszył na ratunek, za co jej rodzina oskarżyła go o molestowanie. Mimo to zostali małżeństwem. Oktawia stała się jego powierniczką, opiekunką, bezpieczną tarczą chroniącą przed światem i organizatorką monotonnego, choć stabilnego życia domowego.

Wtedy też narodziła się jego literatura. Po rezygnacji z marzeń o inżynierii zaczął pisać teksty publicystyczne, a od 1875 roku związał się z „Kurierem Warszawskim”. Publikowane tam „Kroniki Tygodniowe” stanowią dziś kopalnię wiedzy o dziewiętnastowiecznej stolicy. Bystre oko, wnikliwość, humor i sympatia do mieszkańców Warszawy szybko zjednały mu wiernych czytelników. Prawdopodobnie to właśnie fakt, że z powodu fobii przemierzał miasto wyłącznie pieszo, pozwolił mu doskonale wyczuć jego puls. Rozmawiał z dorożkarzami, robotnikami, handlarzami oraz elitą, poznając obyczaje stolicy jak nikt inny.

Wraz z pierwszymi tekstami literackimi Aleksander Głowacki stawał się Bolesławem Prusem. Prus to nazwa jego rodowego herbu, odebranego rodzinie za działalność powstańczą, a imię Bolesław nawiązywało symbolicznie do bolesnego życia pisarza. Pseudonim stanowił świetną maskę – Prus był weselszą, bardziej sprawczą wersją artysty. Pewnego dnia w restauracji miał powiedzieć żonie: „Zamawiaj Głowacka – dziś Prus płaci”. Sukces powieści „Lalka”, drukowanej w odcinkach na łamach „Kuriera Codziennego”, sprawił, że Warszawa i cała Polska oszalały na punkcie pisarza.

Mimo literackich triumfów Prusa, nad Głowackim do końca życia wisiał cień. Małżeństwo nie miało dzieci, więc wychowywali siostrzeńca Oktawii – Emila. Podobnie jednak, tak jak nikt nie adoptował formalnie Aleksandra, tak i on nie dopełnił tej procedury wobec chłopca. Historia skończyła się tragicznie – osiemnastoletni Emil, nie radząc sobie z presją dorastania, popełnił samobójstwo. Pisarz do końca swoich dni zarzucał sobie, że dał wychowankowi za mało miłości i uwagi.

Trudno jednak dawać miłość, gdy samemu się jej nie zaznało. W książce „Prus. Śledztwo biograficzne” pojawia się poruszający wątek listów, które autor pisał do samego siebie z dzieciństwa. Zaadresowane do „Małego Olka” brzmiały: „Kochany chłopczyku, jak będziesz dziś ciężko pracował, to Oktawia da ci jeść tłusto i kopiasto”. Współcześni psychologowie widzieliby w tym próbę komunikacji z wewnętrznym dzieckiem i zaopiekowania się chłopcem, o którego nikt nigdy nie zadbał. Na szczęście Bolesławowi udało się symbolicznie przytulić Aleksandra.

Głowaccy trwali przy sobie przez 37 lat. Ich relacja, zahartowana w ogniu młodzieńczych traum i rodzicielskiej żałoby, okazała się trwalsza niż spiżowe pomniki. Wspólną drogę przerwała dopiero śmierć pisarza 19 maja 1912 roku.

DOROTA CHWALIŃSKA

 


OD REDAKCJI: Autorka jest przewodnikiem warszawskim.