WALCZAK: Grep na emocje

Pisanie to w gruncie rzeczy mówienie przez klawiaturę. Tyle że zamiast artykułowania słów posługujemy się kursorem, który mruga jak sekundnik sygnalizatora świetlnego, w oczekiwaniu na wciśnięcie sprzęgła i pedału gazu.
Jako dziecko często grałam w klasyczną zabawę na podwórku „Mamo, ile kroków do ciebie?”, dziś natomiast rozwiązuję rebusy myślowe w „Ile akapitów do puenty?”. Różnica jest taka, że wtedy meta była zabawą, a teraz — próbą utrzymania sensu w świecie, który pędzi szybciej, niż jestem w stanie wychwycić przez mój filtr antyrefleksyjny nałożony na monitor komputera.
Życie wymaga formatowania. Praca, dom, pasje — to wszystko trzeba jakoś złożyć, złamać lub wyrównać do lewej. Ewentualnie wyjustować; każdy ma własne wewnętrzne „widełki” adaptacyjne.
Gdy tempo przekracza możliwości, pojawia się naturalna potrzeba korekty. W edytorze robi to grep: narzędzie chłodne, bezlitosne, ale bardzo skuteczne. W życiu tę rolę pełnią rozmowy, doświadczenia i, niestety ostatnio coraz częściej, Copilot. Ten intuicyjny asystent potrafi powiedzieć, że nie na wszystko pada odpowiedź, zwłaszcza na pytania, które nigdy nie powinny paść w stosunku do algorytmu. AI jako terapeuta od pragmatyzmu, innymi słowy: ironia wpleciona we współczesne życie.
Formatowanie siebie to już inna liga. Technologia aktualizuje się co kwartał, człowiek co dekadę, jeśli ma szczęście. Jedna z autorek, którą czytałam, Christel Petitcollin pisze o przeciążeniu światem, przebodźcowaniu i chowaniu się we własnym wnętrzu. Brzmi trafnie, choć truizmów na temat emocji można spotkać między stronami książek czy artykułów w nadmiarze. Każdy ma swój regulator wrażliwości, ale niewielu potrafi go obsługiwać. Ja wciąż próbuję, niestety efekty bywają różne. Chciałabym ubierać myśli w taki sposób, by wiernie oddawały treść moich przekonań, a nie coś, co przypadkiem wycieknie między wierszami i zostanie niewłaściwie zinterpretowane.
Lubię czystość języka, staranność edytorską oraz to, gdy zdanie trzyma pion. Zagubiona logika wypowiedzi często wymusza wsparcie AI. Nieobowiązkowo oczywiście, ale użyta właściwie i odpowiedzialnie klaruje sens oraz przekaz. Brak grepa nie musi oznaczać chaosu myślowego czy infantylizmu w umiejętnościach technicznych z danym edytorem tekstu, ale doświadczenie na wielu frontach literackich buduje pewnego rodzaju symbiozę twórczą. Taką, do której się chętnie siada i czyta. A później praktykuje w życiu, bo przecież wiadomo, że mądre treści pozostają.
To pewnego rodzaju polisemantyczność: jedno słowo może posiadać wiele znaczeń, podobnie jak jedna emocja koresponduje z różnymi przestrzeniami w życiu. Dlatego też umiejętne formatowanie siebie ma tak duże znaczenie.
Petitcollin pisze, że: „Nadwydajni mentalnie przeżywają to, co się wokół nich dzieje, z niezwykłą intensywnością. Pod wpływem tego, co ich porusza, w sensie zarówno pozytywnym, jak i negatywnym […]. Nawet błahe incydenty mogą w ich oczach nabrać niebotycznych proporcji, zwłaszcza jeśli naruszają ich system wartości. Doznania, emocje, wrażliwość – wszystko jest spotęgowane”[*]. Mówiąc krótko, takie umysły nigdy nie odpoczywają.
W podobny sposób wygląda praca z tekstem, a skoro pisanie jest inną formą dialogu, wiadomo, że ten proces będzie trwał bez względu na włączony taryfikator upływu czasu. Cóż, moja „fabryka”, czyli emocjonalność, działa na kilku frontach, a korekta to jedyny sposób, żeby ją czasem wyłączyć.
Najlepsze treści przynosi codzienność: sztuka, literatura, algorytmy, ale również ludzie z przeszłości. Emocje pozostają, są jak niekończący się plik roboczy, do którego zawsze można coś dopisać.
Nie wiem, czy wszystko da się sformatować. Grep pewnie znalazłby na to wzór, ja wolę intuicję.
Wracając do początku: pamiętam dziecięcą radość, gdy po kilku „słoniowych krokach” wskakiwałam na miejsce mamy. Dziś stoję tam naprawdę, doświadczam, piszę, często formatuję. Popełniam błędy, czasem je poprawiam, ale niektórych nie dostrzegam — przeważnie literówek. Te ostatnie niosą w sobie więcej prawdy niż perfekcyjnie wygładzony tekst, bo przykładowo palec nie trafił we właściwy klawisz, zmylony rozmazanym przez łzy wzrokiem lub zmęczony nadmiarem „wystukanych” słów.
Szukam więc swoich wewnętrznych przystani, rozmawiam z ciszą. Zamykam oczy, włączam tryb offline i znikam. Bywa, że to jedyne formatowanie, które naprawdę działa.
AGNIESZKA WALCZAK
[*] Christel Petitcollin, „Jak mniej myśleć. Dla analizujących bez końca i wysoko wrażliwych” (przekł. Krystyna Arustowicz), Feeria, Łódź 2021, s.19.

