BĄCZKOWSKI: Nocleg w Rasinari

Rynek w Sybinie wibruje od ogłuszających uderzeń perkusji, zawodzenia gitar elektrycznych i ekstatycznego wrzasku tłumu. Schroniłem się za załomem kamienicy, ale niewiele mi to daje. Po ciszy górskich szlaków w Sinai ten festiwal muzyczny zdaje się przedsionkiem piekła. Zerkam niespokojnie, to na nasze plecaki i torby oparte o ścianę, to w głąb ulicy, gdzie niemal godzinę temu zniknął Marcin. Jest upiornie gorąco i do tego nie wiadomo, co będzie z naszym noclegiem. Jeszcze pół godziny temu byliśmy przekonani, że recepcjoniści z dziesiątków miejscowych hoteli powitają nas z otwartymi ramionami, ale rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Pierwsze ukłucie niepokoju poczuliśmy zaraz po wyjściu ze stacji. Idący przed nami chłopak z plecakiem wstępował do domów z reklamami prywatnych kwater i zaraz wychodził. W pierwszym napotkanym hotelu nie było wolnych miejsc, w następnym także i w kolejnych. Wszędzie bezradnie rozkładano ręce. „Jutro, pojutrze, proszę bardzo” – słyszeliśmy – „ale dziś jeszcze trwa festiwal”.
Przestępuję z nogi na nogę, wachlując się jakąś broszurą. Wypatruję Marcina w uliczkach okalających rynek. Wreszcie go widzę. Niemal biegnie, koszula lepi mu się do ciała.
– Słuchaj, to jest jakiś koszmar. Przebiegłem chyba z pięć kilometrów i znalazłem tylko jeden pokój. Za 340 euro.
Stoimy bezradnie, zastanawiamy się. 1400 złotych za noc…
– Sprawdzę jeszcze po tamtej stronie – mówi Marcin i znowu znika.
Opieram się o ścianę i całym ciałem czuję wibracje, jakby perkusista wziął sobie za punkt honoru wytrząsnąć ze mnie wszystkie wnętrzności. Jestem już zmęczony natłokiem wrażeń i bezlitosnym upałem, który najbardziej dał się nam we znaki w Bukareszcie. Umęczony umysł jak na złość przywołuje nazwy miast: Budapeszt, Gyor, Timiszoara, Bukareszt, Braszow, Sinaia… Z zadumy wyrywa mnie dzwonek telefonu. Słyszę radosny głos Marcina:
– Jedziemy do Rasinari! Taksówkarz znalazł nam pokój!
Co za zbieg okoliczności! Przecież i tak chcieliśmy pojechać do tej wioski, gdzie urodził się jeden z największych myślicieli XX wieku – Emil Cioran. Teraz okazuje się, że będziemy tam spali! Czuję przypływ energii, niecierpliwie przestępuję z nogi na nogę. Wreszcie podjeżdża żółta dacia. Kierowca to sympatyczny młody człowiek, który całkiem nieźle mówi po angielsku. Pakujemy plecaki do bagażnika. Robi się szarówka. Wyjeżdżamy z miasta i od razu dostrzegam ciągnącą się przy szosie wstęgę torów. Do niedawna z Sybina do Rasinari kursował tramwaj.
Docieramy do wioski o zmroku. Wylewnie dziękujemy taksówkarzowi, umawiamy się na następny dzień, a umowę pieczętuje pokaźny napiwek, który wprawia go w euforyczny nastrój. Kobieta wynajmująca kwatery daje nam klucz. Mamy do dyspozycji dwa pokoje, kuchnię i łazienkę. Wszystko za równowartość 50 złotych. Dopiero teraz czujemy, jak jesteśmy głodni. Wychodzimy przed dom. Panuje tu całkowita cisza, przerywana jedynie skrzypieniem kół furmanek i człapaniem krów pędzonych przez parobków. W oddali nad domami piętrzy się czarny masyw Coasta Boacii, gdzieniegdzie jaśnieje połonina. Z mroku wyłania się cerkiew, która zdaje mi się okrętem płynącym po morzu nocy. Idziemy ciemną uliczką do sklepu, gdzie kupujemy ser, kiełbasę i chleb. Przed snem wspominamy orientalne pokoje, kurdybany i misternie rzeźbione meble z drzewa tekowego widziane w Sinai.
Ranek wita nas pianiem kogutów oraz dźwiękami dzwonów i kołatek wzywających wiernych na mszę. Jasny dzień ujawnia malowniczość Rasinari – cerkwie, kapliczki, stare domostwa z paradnymi bramami, strumień. Wszystko to otoczone porośniętymi lasem karpackimi wzgórzami. Uliczkami suną powoli starzy mężczyźni o laskach. Nadchodzą z różnych kierunków, skupiają się w małe grupki przed cerkwią Trójcy Świętej i razem kuśtykają do wnętrza. Dobiegające z różnych świątyń dźwięki dzwonów i kołatek stapiają się w jedną kontrapunktyczną gmatwaninę. Idziemy w stronę górującego nad wioską cmentarza. Oglądamy małe mauzoleum zasłużonego dla Siedmiogrodu duchownego, biskupa Andreia Saguny, dotykam lwów po obu stronach kapliczki. Przy wyjściu z cmentarza obskakuje nas grupka bosych, brudnych rumuńskich dzieci z wyciągniętymi rękami. Idą za nami jeszcze przez pewien czas jak chmara naprzykrzających się komarów. Po raz ostatni patrzę na panoramę Rasinari z kolorowymi domkami, wieżami świątyń odbijającymi słońce i niebieskawym pasmem gór na horyzoncie. Koncertują koniki polne. Niewykluczone, że taki właśnie widok przywoływał z pamięci Emil Cioran, leżąc w rozgrzanej mansardzie przy Rue de l’Odéon w Paryżu. Może jednak podświadomie wiedział, o jakie miejsce mu chodziło, kiedy pisał: „Melancholia to żal po innym świecie, nigdy jednak nie dowiedziałem się, po jakim”.
SŁAWOMIR BĄCZKOWSKI

