WARSZAWSKI: Dzieci jednego Boga

Jakub siedział w bujanym fotelu, czytał „Dziewczyny” Barbary Stanisławczyk. Zastanawiał się co chwilę, czy jego siostra też była kobietą do towarzystwa. Nie miał z nią żadnego kontaktu. Od ponad dwóch dekad nie utrzymywała relacji z rodziną.
Gdy chodził do kiepskiego technikum, niektórzy z jego kolegów wyszukiwali anonse o charakterze seksualnym w prasie codziennej. Byli młodzi, rozbrykani. Mieli pieniądze od rodziców prowadzących podejrzane interesy. Świat należał do nich. Przynajmniej tak wtedy myśleli. Próbowali wszystkiego, co nie było do końca legalne. Budziło kontrowersje i moralny niesmak.
Trzymał się na uboczu. Był inny i wcale nie gorszy. Wierzył w Boga, chodził do kościoła. Głosował na partie centroprawicowe. Jego świat znacznie różnił się od wartości preferowanych przez jego szkolnych kolegów.
Czasami mu dokuczali. Nie wiedział, dlaczego to robią. Nie skarżył się nikomu.
Pewnego dnia, na długiej przerwie, usłyszał rozmowę dwóch z nich.
– Jedziemy dzisiaj na Miedzianą?
– Mam kasę od starego, to czemu nie.
– Już mi stoi na samą myśl… znowu będę ruchał jego siostrę.
– Ha, ha, serio?
Nie wtrącił się. Stał kawałek dalej, ale słowa uderzyły go jak coś ciężkiego i twardego. Nie połączył ich z niczym konkretnym. Dopiero jakiś czas po tym fakcie to się zmieniło.
Zaczął ją obserwować. Wracała późno do domu. Zawsze miała pieniądze. Nikt jej ich nie dawał. Ani ojciec pijak. Ani matka, której ciężko się żyło z dwójką dzieci bez alimentów.
Łączył z sobą fakty. Co tydzień po obiedzie siadała przy parapecie pod oknem i się malowała. Wychodziła i zmęczona wracała nad ranem. Siadała w pokoju na fotelu i liczyła pieniądze. Raz podjechał pod nią luksusowy audik. Teoretycznie nie musiała zajmować się tym, o czym myślał. Wiele poszlak jednak wskazywało, że odnajdywała się w byciu dziewczyną do towarzystwa.
Musiała mieć klientów z górnej półki. Tak wtedy pomyślał. Jednocześnie poczuł wstyd i wstręt, gdy w wyobraźni zobaczył swoją siostrę uprawiającą nierząd. Czy ona jest w stanie spojrzeć w lustrze na swoją w twarz? – pozostawał z tym dylematem.
Kiedyś znalazł w jej biurku czasopismo dla nastolatków ze stroną założoną na poradach seksualnych, pod nazwą „Jak zaspokoić mężczyznę?”. Wtedy jeszcze z niczym nie wiązał tego… Teraz wszystko zaczęło układać się w jedną całość bardzo wyraźnie.
Pijany chłopak z sąsiedniej klatki wykrzyczał jej pod oknem: „Jesteś kurwą! Pierdolisz się po agencjach!”. To był Sebastian. Chudy. Niski. Osiedlowy złodziej. Taki praski cwaniaczek. Mocny w gębie. Wyszło, że jego żona zajmuje się tym samym. Wpadł w szał. Musiał to z siebie wyrzucić.
Chyba miał rację… Znalazł w jej biurku półnagie zdjęcie z jej koleżanką Dagmarą. Obie dziewczyny pokazywały języki, na które ktoś polewał szampana. Były bardzo ordynarnie wymalowane. Miały ostry makijaż, jaki kojarzy się nieobyczajnie.
Jako nastolatek podkochiwał się w Dagmarze, której pożyczył książkę do historii. Nie miał śmiałości, żeby ją poderwać. Po ponad dwudziestu latach kilka razy spotkał się z nią na mocną popijawę. Popłynęli wtedy w Kameralnej. Był już wtedy innym człowiekiem. Stał po drugiej stronie bariery. Nie umie odpowiedzieć na pytanie, kiedy to się stało… Zaczął lubić takie dziewczyny. Tym bardziej żałował, że z nią nie udało mu się uprawiać seksu.
Na początku wszystko wydawało mu się poukładane. On miał swoje miejsca, historie swoje wyraźne krawędzie, a wybory prostą logikę. Później przyszło życie i niepostrzeżenie przesunęło akcenty. Nagle to, co było „obce”, stało się dziwnie bliskie, niemal własne. I tylko gdzieś w środku pojawiła się myśl, cicha i nieco spóźniona. Może lepiej było zostawić więcej miejsca na zrozumienie niż na pewność.
JÓZEF WARSZAWSKI

