BILIŃSKA-STECYSZYN: Pochwalone niech będą ptaki*

Mariusz Urbanek swojej najnowszej książce – obszernej, rzetelnej, opartej na wielu źródłach i niezwykle ciekawej biografii Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego – nadał podtytuł „Kanarek w klatce”. Nawiązuje nim do znanego wszystkim miłośnikom poezji K.I.G. faktu, kiedy to w roku 1950 na zjeździe Związku Literatów Polskich sugerowano poecie, by „ukręcił łeb temu rozwydrzonemu kanarkowi, który zagnieździł się w jego wierszach” (autorem tego nikczemnego apelu był Adam Ważyk), na co Gałczyński miał ponoć odpowiedzieć, że „wtedy wszyscy zobaczą klatkę. Co zrobić z klatką, koledzy?”.

Ja jednak zacznę od… kur. Podobno – wbrew obiegowej opinii, że kury trudno nazwać mądrymi – są to stworzenia przejawiające zachowania rozsądne i socjalne. Tak przynajmniej twierdzi pani, od której kupuję jajka. Ba, nawet ponadawała imiona temu gdaczącemu towarzystwu i jej kury na nie reagują! Sama widziałam. Ale też dostrzegłam w tym stadku taką jedną z różową pupą, do połowy grzbietu pozbawioną piór. Tak ją podziobały koleżanki z tego samego podwórka! Dlaczego? Może z zawiści, bo zapowiadała się na piękniejszą od nich, albo może opiekunka ją wyróżniała, sypiąc jej więcej smakowitych ziarenek…

Gdy czytałam książkę Mariusza Urbanka, co rusz nasuwała mi się ta analogia. Gałczyński – podniebny orzeł i wokół niego gdaczące, zawistne kury, zazdroszczące mu talentu i sławy, a może tylko pragnące zasłużyć się mocodawcom, w trosce o własne być albo nie być. Oprócz Ważyka któż to taki? Ba, nie tylko w dobie socrealizmu; także w czasach przedwojennych, gdy nie chciano drukować poety w „Wiadomościach Literackich”. Daruję sobie przytaczanie nazwisk, zachęcam do lektury.

Jeśli ktokolwiek z zagorzałych fanów twórczości Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego (do których i ja się zaliczam) sądził, że wie o nim wszystko, jakże srodze się mylił! Biografia Mariusza Urbanka odsłania takie kulisy, kuliski i kulisiątka, że tylko klękać z podziwu nad pracowitością i talentem jej autora. Ponad 550 stron, 805 przypisów, imponujące bibliografia i indeks osób (kolejnych ok. 20 stron), 37 rozdziałów omawiających szczegółowo kolejne etapy życia i twórczości Gałczyńskiego. Każdy z nich opatrzony ciekawym, często zabawnym tytułem – a jeszcze lepszym podtytułem. Na przykład: „Referent Karakuliambro, czyli w »Cyruliku« i gdzie indziej” albo „»Mężczyzna w damskim kapeluszu«, czyli Chrystusowy atleta”. Ostatnim jest rozdział „Prawo córki, czyli co chciała ukryć Kira Gałczyńska”. Córka, strażniczka i jednocześnie kreatorka pamięci ojca autorom biografii K.I.G. miała za złe, że ujawnili niektóre fakty z jego życia, które ona w swoich książkach pomijała bądź pomniejszała (również do Mariusza Urbanka zadzwoniła z pretensjami!).

W biografii Urbanka znajduje się jeszcze jeden smakowity kąsek: rozmowa z Wojciechem Kassem, poetą i dyrektorem muzeum Gałczyńskiego w Praniu. Niezwykle ciekawa! Znajdziemy w niej na przykład stwierdzenie, że Gałczyński był jak Mozart (z talentem od Boga, który rozmieniał na drobne), a jego „zbiorowy Salieri” to tłum zawistników, świadomych, że mają do czynienia z geniuszem, z czym nie wszyscy potrafili sobie poradzić.

Mariusz Urbanek, przytaczając niezliczone fakty z życia Gałczyńskiego i jednocześnie historię powstania wielu jego utworów (bo jedno z drugim w twórczości autora „Zaczarowanej dorożki” nierozerwalnie się łączy), stworzył dzieło monumentalne. A przy tym, dzięki wartkiej narracji, czyta się tę biografię jak fascynującą powieść „z życia wziętą”, od której nie można się oderwać. Historię twórcy, który był fenomenalnym artystą słowa o niespożytej wyobraźni, a jednocześnie człowiekiem słabym, pogubionym i niekiedy wręcz budzącym politowanie. Przygniatanym raz po raz przez własne małości – i wielką historię. Ofiarą odgórnej, doraźnej polityki, od sanacji i antysemityzmu począwszy, a na socrealizmie skończywszy. I jego geniusz nie zawsze umiał się należycie obronić, a niekiedy bywało i tak, że „bronił” się nadgorliwie i koniunkturalnie, bo trzeba było „zarobić ździebełko na bułeczki i masełko”. Dowody? Są nimi przede wszystkim przedwojenny „List do przyjaciół Prosto z Mostu” (wręcz paszkwil szkalujący Żydów – nawet przychylnego poecie Tuwima!) czy powojenny „Wyjątek z listu do córki” (choć może powinno się odczytywać go jako kpinę i chichot autora, bo w „Wyjątku” nad córką poety świeci słońce „robotnicze i chłopskie”, a ona swój obiad, pokoik i nawet lampkę, przy której czyta książkę, zawdzięcza m.in. Nowotce, Walterowi, Hance Sawickiej i Jankowi Krasickiemu, a przede wszystkim Leninowi!). Wprawdzie, jak pisze Mariusz Urbanek, takich wierszydeł było zaledwie dwadzieścia kilka, lecz nawet tak pięknemu poematowi jak „Wit Stwosz” dopisał Gałczyński – sztucznie i koniunkturalnie do niego doklejony – „Finał” opiewający… Karola Marksa i „Manifest komunistyczny”!

Tylko że… kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamień. I chociaż z win Gałczyńskiego uskładałby się niemały garb, czymże są wobec faktu, że był geniuszem? François Villon, bard średniowiecza, był – podobno – hultajem i rzezimieszkiem, a jego „Ballada o paniach minionego czasu” zachwyca nas do dziś. I jeśliby Gałczyńskiego nazwać polskim Villonem, to przecież do rzezimieszka mu daleko!

Lecz alkoholizmu (według żony i córki dypsomanii, wg lekarzy choroby dwubiegunowej) i niektórych socrealistycznych wierszydeł nie da się z życiorysu poety wymazać – mimo że swego czasu próbowały to uczynić Natalia i Kira, strażniczki i twórczynie jego legendy. Oprócz bigamii (!) i wierszy ku czci Stalina, jakie jeszcze grzechy chciały ukryć? O tym pisze Mariusz Urbanek. W jego biografii, niczym w kopalni wiedzy o Gałczyńskim, znajdziemy całe pokłady informacji. Znanych już – i zupełnie nowych, do których Urbanek się dokopał. Czy na przykład wiedzieliście, że Inge Bartsch, bohaterka słynnego wiersza Gałczyńskiego, to nie tylko postać wykreowana przez poetę? I wcale się nie zabiła (grubo po wojnie zmarła w Holandii). Kochliwy Konstanty Ildefons najprawdopodobniej i w niej się podkochiwał (zaś w Natalii zakochany był wtedy Jan Piotr Morel, egzaltowany Szwajcar, także bywalec berlińskiego kabaretu Katakumby – ten podobno zmarł śmiercią samobójczą).

O Natalii, żonie i muzie poety, jego największej miłości i zarazem wiernej niczym Penelopa opiekunce, której poświęcił tyle pięknych wierszy, wiedzą wszyscy. A o młodzieńczej, bynajmniej nie przelotnej miłości do kuzynki Jadwisi zwanej Alraune, zbagatelizowanej później przez córkę Gałczyńskiego Kirę? Wcale nie było to uczucie bagatelne, za to nieszczęśliwe; młody poeta bardzo Jadzię kochał i dążył do zawarcia z nią ślubu, lecz rodzina zmusiła ją do odrzucenia awansów Konstantego. Potwierdzają to niedawno odkryte listy Kostka do Jadwisi. Jej dedykował wiersz „Do Alraune” (datowany 31 grudnia 1919 roku), faktyczny debiut K.I.G. (początkowo za debiut uważano „Szturm”).

Są w tej biografii ciekawostki lżejszego kalibru, na przykład zabawna i wręcz zaskakująca relacja o napisanej przed wojną powiastce dla dzieci „Młynek do kawy”, po wojnie drukowanej w zmienionej, socrealistycznej wersji pt. „Obywatel Szybkomielący”(!). Przykłady takich frapujących historii przytoczonych przez Mariusza Urbanka można mnożyć.

Konstanty Ildefons Gałczyński, jeden z najznamienitszych polskich twórców XX wieku, zmarł w grudniu 1953 roku. Przeżył niespełna czterdzieści dziewięć lat, lecz dorobek tak krótkiego życia (a lat twórczości w sumie naprawdę niedługich) jest imponujący. „Blisko tysiąc wierszy i poematów, kilka powieści, »Zielone Gęsi« i »Listy z fiołkiem«, »Notatnik z Altengrabow«, tłumaczenia” – pisze Mariusz Urbanek.

To smutne, lecz dla wczesnych czasów socjalistycznej PRL znamienne (a może nie tylko dla nich?): pochowano go wprawdzie na Powązkach, lecz w bocznej alei i bez honorów należnych tak wybitnemu poecie. Znowu nasuwa mi się tu porównanie – do pogrzebu Mozarta… Urbanek zaś przytacza słowa Stefana Kisielewskiego: „Przecież to był wielki poeta, więc go musieli chować po cichu, żeby nie drażnić innych”.

Biografia „Gałczyński. Kanarek w klatce” – pozornie obiektywnie, według mnie jednak z wielką dozą osobistej fascynacji autora – prezentuje postać człowieka niezwykle skomplikowanego, pełnego sprzeczności i ciemnych stron. Jednocześnie – wielkiego artystę, którego usiłowano wepchnąć do marnej klatki dla kanarka i niejednokrotnie podcinano mu skrzydła – na szczęście dla nas, potomnych i „późnych wnuków”, nieskutecznie! Był wielobarwnym ptakiem, dla którego nawet klatka ze złota byłaby za ciasna.

Zatem „Pochwalone niech będą ptaki” – i biografia Mariusza Urbanka. Fascynująca lektura obowiązkowa nie tylko dla filologów.

HANNA BILIŃSKA-STECYSZYN

 


Mariusz Urbanek, „Gałczyński. Kanarek w klatce”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2026.
*Nawiązanie do tytułu wiersza Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego