Kieruję się wewnętrznym imperatywem ochrony każdej inności – wywiad z pisarką Agnieszką Oknińską

Fot. Wiesław Radzioch. Na zdjęciu Agnieszka Oknińska.

– Czy mogłaby Pani krótko powiedzieć, jak zaczęła się Pani przygoda z literaturą?

– Dość wcześnie nauczyłam się czytać i pisać, jeszcze przed pójściem do szkoły. Książka „Dzieci z Bullerbyn” była jedną z moich najbliższych przyjaciółek. Zatapiałam się w jej świecie i czułam się częścią wielkiej rodziny. Wciąż wracałam do kolejnych przygód i przeżywałam je od nowa. Pierwszą powieść zaczęłam pisać w wieku siedmiu lat. Akcja rozgrywała się podczas drugiej wojny światowej. Opowiadała o chłopcu imieniem Kajtek, który w czasie ucieczki przed niemieckim wojskiem zgubił swoich rodziców. Niestety, nigdy jej nie skończyłam.

– Jest Pani autorką niedawno opublikowanej powieści obyczajowej „Berlin. Obce, swoje, niczyje”. O czym jest ta książka?

–To opowieść o trzech kobietach, emigrantkach: Polce, Turczynce i Syryjce, które spotykają się w Berlinie i zaprzyjaźniają. To, co niemożliwe, staje się możliwe. Pochodzące z różnych krajów, wyznające inne religie budują relację, która daje im siłę na uwolnienie się z narzuconych i ograniczających wzorców zachowań i myślenia: o sobie, o innych ludziach i o świecie. Wzajemne wsparcie wyzwala w nich odwagę na podjęcie decyzji o rozpoczęciu zmian w życiu i gotowość na nowy początek. Wreszcie na znalezienie tego, co, mimo różnic, dla wszystkich trzech jest najważniejsze: poczucia bezpieczeństwa, prawdy o sobie i miłości.

–Czy w dzisiejszych czasach trudno jest wydać książkę?

–I tak, i nie. Nie jest trudno, jeśli ma się pieniądze. Wydawnictw oferujących hybrydowy model wydawniczy jest mnóstwo i nie zawsze przywiązują one wagę do wartości literackiej nadesłanej propozycji. Natomiast, jeśli chce się wydać książkę drogą tradycyjną, w renomowanym wydawnictwie, jest to bardzo trudne. Te zalewane są taką ilością propozycji wydawniczych, że nawet nie odpowiadają na zgłoszenia.

– Czy polem Pani zainteresowań literackich jest tylko proza?

– Piszę głównie opowiadania i powieści, ale moją miłością jest również teatr. To on mnie kształtował. Dlatego jestem też autorką kilku sztuk teatralnych. Natomiast nigdy nie zajmowałam się poezją. Mam wobec niej dużo pokory. Jestem pełna podziwu dla poetów, którzy niewielką liczbą słów i wyszukaną metaforą budują przestrzeń nasyconą emocją i treścią. Mówię oczywiście o dobrych poetach.

– O czym będzie Pani następna książka?

– Premiera następnej książki planowana jest na przełom grudnia i stycznia. Tym razem będzie to zbiór opowiadań pod roboczym jeszcze tytułem: „Rollercoaster. Nie chcę żyć szeptem”, który ukaże się nakładem wydawnictwa Seqoja. Wszystkie opowiadania należą do kategorii non fiction i dotykają problemów codzienności. Tych, których większość z nas woli nie widzieć, żeby nie ponosić za nie odpowiedzialności. Takich, które nie pasują do, tak modnego dzisiaj, trendu, konsumpcyjno-hedonistycznego stylu życia. We wszystkim, o czym piszę, kieruję się wewnętrznym imperatywem ochrony każdej inności i głośnego mówienia o krzywdzie i niesprawiedliwości. Poza tym zaczęłam już pisać kolejną część „Berlina”.

– Jak Pani myśli: co decyduje o tym, że chcemy pisać?

– To, co powiem, nie jest wyznacznikiem, czy też zamkniętą definicją, ale patrząc również na innych autorów, mogę stwierdzić, że to, co ich łączy, to nadwrażliwość oraz „widzenie i czucie więcej i mocniej”. I oczywiście mocno rozwinięta wyobraźnia. Ta kompilacja potrzebuje wentyla, możliwości wyrzucenia napięcia, nazwania czegoś, rozmowy, czasami walki o coś. Ale mogę się mylić.

– Czy to jest tak, że najpierw musi być historia?

– Mogę mówić tylko o sobie. Czasami bodźcem jest historia czy jakieś zdarzenie. Często jednak zapalnikiem bywa obserwowany człowiek, bagaż doświadczeń, który niesie. Emocja, którą stara się ukryć, albo ciasno wciśnięta maska, która ma chronić jego wewnętrzne „ja”. Ale tak naprawdę to nie analizuję tego procesu w sobie. Poddaje się mu i po prostu piszę.

– Czy podziela Pani opinię, że w dzisiejszych czasach więcej osób pisze, niż czyta? W takim razie kto czyta? Kto przeczyta to, co zostanie napisane?

– Nie wiem, jak dużo publikacji rocznie pojawia się na rynku literackim. Natomiast medialna promocja premiery mojej powieści pokazała mi, jak w mediach społecznościowych funkcjonują i jakim zainteresowaniem cieszą się obszary literackie: strony czytelnicze, fora, blogi itd. Byłam zaskoczona olbrzymią liczbą czytelniczek i czytelników, którzy czekają na premiery książek, dyskutują o nich, polecają je, dzielą się refleksjami. To niesamowita obserwacja, więc jestem optymistką. Wierzę, że powieść trafi do czytelników, dla których ją napisałam.

–Jak czytelnicy odbierają Pani powieść?

–Chyba jeszcze za wcześnie na takie podsumowania. Powieść dopiero miała premierę, krótko przed nią ruszyła przedsprzedaż. Na razie feedback jest niewielki. Ale ci, którzy ją przeczytali, są poruszeni i pytają, czy będą dalsze części powieści, bo zżyli się z bohaterami i są ciekawi ich dalszych losów. Takie wypowiedzi dodają skrzydeł.

– Gdyby miała Pani w jednym, maksymalnie w dwóch zdaniach zarekomendować swoją książkę, to co by Pani powiedziała?

– To opowieść dla czytelników, którzy tęsknią w życiu za autentycznością i chcą móc bez lęku czuć. Dla tych, którzy wierzą w głębokie relacje międzyludzkie i nie chcą się dłużej dopasowywać.

– Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał:
JAROSŁAW HEBEL