JASTRZĄB: Synkretyzm pana Ryszarda

Rys. Edward Kanpczyk. Portret Ryszarda Kapuścińskiego. Domena publiczna.

Nieprzypadkowo powołuje się na starogreckiego historyka Herodota i na jego prekursorską metodę zbierania wiadomości u źródeł; nazywa go pierwszym reportażystą. Herodot stwierdza: „aby lepiej poznać siebie, trzeba poznać Innych, bo to Oni właśnie są tym zwierciadłem, w którym się przeglądamy”.

Ta uwaga jest kluczem do zrozumienia twórczości Kapuścińskiego: pisma Herodota są jego brewiarzem i zabiera go ze sobą wszędzie.

Nie urządza sobie wypraw turystyczno-rekreacyjnych. Przeciwnie: omija ekskluzywne hotele, a mieszkając razem z tubylcami, stara się wniknąć w atmosferę miejsca ich pobytu. Przesiąknąć jego klimatem. Utożsamić się z nim po to, by móc go odtwarzać.

W odróżnieniu od innych korespondentów zagranicznych, woli być blisko opisywanych wydarzeń. Uczestniczyć w nich; ciekawy nieznanego świata, pragnie go poznać gruntownie, ponieważ zdaje sobie sprawę, że inaczej nie będzie uczciwy w tym, co ma zamiar powiedzieć.

*

Zanim dotarła do Polski międzynarodowa sława jego dzieł, w prasie znajdowałem artykuły pisane przez niego z odległych stron. Korespondencje z Indii, Chin, Ameryki Łacińskiej, Afryki, informacje i depesze z miejsc nasiąkniętych ludzką krzywdą i nędzą. Teksty relacjonujące, komentujące, przedstawiające wielobarwną, egzotyczną rzeczywistość kraju, z którego je wysyłał. A były one tak niedościgłe, że wkrótce okrzyknięto go cesarzem reportażu.

Istotnie: nikt przed nim nie pisał w ten sposób reportaży. W takim stopniu nie usiłował zrozumieć drugiego człowieka, jego otoczenia, mentalności, lokalnych tradycji, a zwłaszcza różnic pomiędzy europejskim pojmowaniem kultury, a kulturami pozostałych kontynentów. Kulturami lekceważonymi i umniejszanymi przez naszą, bezpodstawnie zadufaną w sobie i swoich dokonaniach.

Dla Kapuścińskiego fakty i daty nie są tak ważne, jak aura wytworzona wokół nich. Interesuje go sedno problemu. Mechanizm powstawania wydarzeń.

Na podstawie przeżyć zapamiętanych z różnych miejsc, buduje kolaże, mozaiki złożone z omawianych zagadnień. Tym samym tworzy atmosferę uczuć i narzuca ją czytelnikowi; za nic ma drobiazgowe przedstawianie szczegółów: przesadny weryzm zachwaszcza wyobraźnię.

Jego teksty zawsze są wierne z emocjonalnego punktu widzenia; pisze zgodnie z konkretnymi zdarzeniami i ich dosłowną lokalizacją, z czego inni reportażyści czynią mu zarzut.

Lecz ten jego „konfabulacyjny” styl pojawia się tylko w książkach. Natomiast w serwisach informacyjnych kierowanych do PAP, pan Ryszard ściśle trzyma się dat, miejsc i zdarzeń.

Dlatego należy oddzielić lakoniczne raporty przesyłane do kraju, od literackiej twórczości. W niej mógł sobie pozwolić na rozmach i głębię przemyśleń. Natomiast teksty płodzone na zlecenie PAP, z konieczności niedługie, kłócą się z jego niepokornym i żywiołowym temperamentem epika; niejednokrotnie chciałby pogalopować po zawiłościach tematu, poszerzyć go i wzbogacić, ale redakcyjne wymogi krótkich depesz ograniczają mu wypowiedź do mikroskopijnych rozmiarów. Nad czym ubolewa.

Narzeka, że, zamiast pisać książki, rozmienia się na drobne, pisząc komunikaty, sprawozdania, polityczne meldunki nie mówiące o przyczynach wydarzeń, ale przedstawiające ich skutki. Tęskni więc za spokojem, domem, za chwilami, gdy będzie mógł bez reszty oddać się prawdziwej pracy. Zanim to jednak nastąpi, męczy się i przycina swoje teksty. Zmusza go to do bezustannego dokonywania wyboru, miotania pomiędzy tym, co może, a tym, co powinien umieścić w artykule; galernicza praca nad słowem przynosi efekt w postaci unikalnego stylu.

*

Czytanie jego książek zacząłem wcześnie. Na długo przed „Szachinszachem”, „Imperium” czy „Wojną futbolową”.

W trakcie lektury jego utworów starałem się zrozumieć, dlaczego powstały w tym akurat kształcie. Jakim sposobem dokonywał analiz poszczególnych rewolt i szukał dla nich wspólnego mianownika, impulsu pobudzającego każdą z nich.

Ciekawił go mechanizm przekraczania granicy ludzkiej odporności. W jakim momencie niesprawiedliwość, zniewagi, szykany, lęk i ból stają się nie do wytrzymania i kończą się wybuchem rewolucji. Odpowiadał na zadawane sobie pytania w sposób niewygodny dla dyktatorów: z chwilą przełamania psychicznej blokady – paraliżującego strachu. W chwili, gdy człowiek przestaje bać się wroga, staje naprzeciw niego i nie ucieka przed nim. Od wtedy, gdy tłum przemienia się w naród: niesterowalny bojaźnią i świadomy własnej siły (przezwyciężenie strachu przed władzą było i jest zapowiedzią triumfu nad nią).

*

Pasjonuje się podróżami. Wędrówką po bezdrożach Historii. Jest zwolennikiem ruchu i czynu. Świadkiem eksplodowania ulicznych zamieszek i pałacowych przewrotów; społecznych rozgardiaszy, które są warte skomentowania. Jest obsesjonistą obserwowania początkowych wybuchów i końcowych akordów dogasających rewolucji. Rodzących się nadziei z nimi związanych i częstych rozczarowań, jakie po nich zostają.

Kapuściński, mistrz lekkiego pióra, fanatyk podróży po wydarzeniach, chodząca encyklopedia dziejowych fermentów i doskonały znawca pisarskich technik, w trakcie tworzenia kieruje się intuicją, wyczuciem. Podobnie jak Malcolm Lowry, autor powieści „Pod Wulkanem”, jest chorobliwym cyzelatorem słów: konstruuje swoją prozę z fragmentów wielu wersji jednego zdania, rozdziału czy akapitu, ze ścinków zanotowanych myśli i spostrzeżeń, w rezultacie czego powstają teksty impulsywne i rozedrgane.

MAREK JASTRZĄB