WALCZAK: Czego szukamy w poezji?

Fot. Pixabay.com

„Poezja wiele tłumaczy, ale niczego nie usprawiedliwia” – taki cytat dostałam kiedyś z dedykacją od przyjaciela w tomiku „Kresy wszechświata”. Początkowo nie potrafiłam znaleźć kontekstu, lecz im więcej różnorodnej liryki czytałam, tym wyraźniej rozumiałam, o czym te kilka słów mówi. Zaczęłam też zastanawiać się, co sprawia, że poezja tak przyciąga, czasami wręcz hipnotyzuje. Postanowiłam więc poszukać odpowiedzi, zwłaszcza na pytania naruszające strefę komfortu czytelnika.

Liryka potrafi być bezczelna. Bywa, że interpretacja wiersza przypomina efekt musującej tabletki i działa jak substancja czynna. Nie zdobi, tylko przyspiesza reakcję. Ktoś „wrzuca” słowa, analizuje, trawi… lub nie – i zostaje z treścią, która potrafi wywołać zgagę. Dobry wiersz nie poprawia humoru, częściej zmusza do wejścia głębiej w temat i konfrontacji z własnym rozumieniem przekazu.

Tu może dojść do spięcia, bo poeta gra z odbiorcą w intelektualną ciuciubabkę i nie zawsze zostawia logiczne wskazówki. Dla siebie stosuje katalizator: wyrzuca emocje, ten wewnętrzny przymus twórczości, a potem celuje w kogoś, kto za jego pracę zapłaci. Czy trafi w dziesiątkę? Lotka może ominąć środek tarczy, wszystko zależy od ręki autora. A tarczostrzał słów ma przecież wiele filtrów i odbiorców. Efekt potrafi zaskoczyć.

Poezja to miniaturowy sabotażysta. Dobra liryka porusza emocje, ale podskórnie. Często jeden wers działa silniej niż cała powieść. To metaforyczna drzazga pod paznokciem, która zostaje na długo. I jątrzy, aż nie sposób nie wrócić do ulubionych metafor.

Często łapię się na tym, że czytam od nowa znany niemal na pamięć fragment, a i tak dostrzegam nowe elementy. Rozbieram go na czynniki pierwsze, by odkryć prawdę schowaną nie tyle pod interpunkcją, co pod sercem. Tam tkwi spiritus movens miniatury. I chętnie się nim upijam.

Liryka nie powinna krzyczeć ani wpadać w wiralowe schematy, tylko szeptać. Do jednej osoby, zbiorowo, z pasją, apolitycznie, nie wprost. Dosłowność uśmierca, a właśnie to, co pomiędzy słowami, daje jej uroku.

Wiersz jest jak pudełko zapałek, w którym mieści się cały pożar. Nie ma granic ani taryfikatora. Jedyne, co ogranicza odbiór, to plastyczność wyobraźni. Minimalizm rzuca ostre światło na historie pisane przez lata i daje luksus prostoty w czasach, gdy minuta jest na wagę złota. A to się teraz ceni: krótko, z pazurem, na temat. Nie ma nic gorszego niż przegadany wiersz o czymś, co mogłoby wzniecić ogień. Poeta jest więc w pewnym stopniu terrorystą: ma narzędzie, umiejętności i odpowiednią dozę szaleństwa, by dotknąć siarki. Nic go nie ogranicza. Brzmi trochę groźnie, prawda?

Czytanie poezji potrafi zmęczyć. Ona nie tłumaczy się sama, wymaga intelektualnej pracy – nie tej szkolnej, tylko żywej korespondencji z własnym doświadczaniem lektury i intuicją. To wysiłek myślenia, zgoda na odrzucenie schematycznych instrukcji i kluczy na rzecz gimnastyki serca i rozumu. Bez niej trudno odkryć głębię. Najlepsze zostaje na końcu: satysfakcja, że choć przez chwilę spojrzało się na świat oczami poety.

Nieważne, ile argumentów wymienię, najważniejszy pozostaje niedostrzegalny. Poezja dotyka. Nie zawsze romantycznie, częściej bezpośrednio, kierunkowo, czasem nieprzyjemnie. Trafia w nerw pozbawiony ochrony. Jest światłoczuła, reaktywna, koresponduje z biochemią ciała. Proza puka i pyta o pozwolenie, liryka natomiast wchodzi, zajmuje fotel i zostaje.

Wiersze dotykają wspomnień, które miały siedzieć cicho. Czasami są dla poetów jedynym sposobem na zachowanie więzi z adresatem. Metafory mogą pieścić, stymulować i pobudzać, dzięki temu pamięć nie zanika, tylko pokonuje kolejne bariery. Czasami trąci to masochizmem, bo czułość ukierunkowana ociera się o ekshibicjonizm, lecz właśnie to przemawia: szczerość, prostota i prawda. Taka poezja rośnie w odbiorcy, jak apetyt na kolejny kęs słowa (ciała?). Wystarczy przerzucić stronę albo zrolować posta w dół, o ile tekst czytamy online. To jednak uzależnia.

Liryka jest uniwersalna, ale działa jak odcisk palca. Zatrzymuje, trafia w sedno życia i daje dystans, bo zmusza do spojrzenia z boku. Uwrażliwia, nie pozwalając przejść obojętnie obok własnych emocji. Zmusza również do gimnastyki intelektualnej, tym trudniejszej, im bardziej wymagającą lekturę czytamy.

Szukamy w niej wielu rzeczy: katalizatora, dopaminy, bezkresu zamkniętego w miniaturze, w końcu namiastki fizycznej obecności. Wiersza nie można pocałować, ale mentalnie ukierunkować się na cel – już tak. Znam tę taktykę i czasami nadużywam, ale kto z nas tego nie robi…

Najpiękniejsze jest to, że w poezji można zabłądzić, a pytania i odpowiedzi wciąż zrodzą się nowe. Czułości ani nagiej prawdy o rzeczach trudnych nie sposób ominąć. Chyba, że z metaforą na ustach. Interpretacja pozostaje już w rękach czytelnika, a może sercu. Każdy wybiera tu własną drogę.

AGNIESZKA WALCZAK