PROKOPIAK: Spotkanie

Fot. Pixabay.com

Nieraz przeklinałem dzień narodzin niczym prorok w dwudziestym rozdziale Księgi Jeremiasza. Nie, żebym szukał zaszczytnej analogii między własnym życiem a losem tego zacnego męża – choć płaczliwy lament niekiedy bywał również moim udziałem. Szczególnie gdy nikt nie widział. Przypadkowa obecność na tym padole, choć przez długi czas zupełnie dla mnie niezrozumiała, niosła ze sobą frustrację i zwątpienie w boską życzliwość.

Zdarzało mi się przepraszać nie wiedzieć kogo za sam fakt zaistnienia. To ostatnie – przyznaję – było nie tyle nieracjonalne, ile niedorzeczne. Bo jakże kajać się za coś, na co nie miało się najmniejszego wpływu? Skutkiem tego stanęło na fatalistycznej konkluzji: należę do wielomiliardowej rzeszy pechowców. Świadomość własnej kondycji jako wybryku natury utwierdzał w buncie i pogardliwym stosunku do większości ludzkich działań. Nawet zgorzknienie i lenistwo sankcjonowałem uszlachetniającym bólem egzystencjalnym. W fazie chronicznej współczułem każdemu nowo narodzonemu, a z czasem nabawiłem się wyrzutów sumienia za popełnienie własnego „grzechu powielenia”. Ów pokutny kierat krępował długie dziesiątki lat, rzadko przerywanych chwilami uniesienia – bo przecież nawet najwięksi malkontenci miewają swoje wzloty. Niestety, każdy z nich okazywał się później wizerunkową klapą i jałową „gonitwą za wiatrem”. Żadna z filozoficznych czy teologicznych doktryn nie dawała satysfakcjonującej odpowiedzi (ewentualnie banalnej nadziei), a ślęczenie nad uczonymi księgami skutkowało wyłącznie bólem oczu. Zjadliwe tyrady zgorzkniałego Schopenhauera o „najgorszym z możliwych światów”, aczkolwiek zbieżne z moim odczuwaniem, pogłębiało jedynie udrękę w przeintelektualizowanej wegetacji, skupionej na żmudnym balansowaniu pomiędzy cierpieniem a nudą. Za to Mainländer – jego uczeń – był przynajmniej konsekwentny. Po napisaniu swojego ostatniego dzieła i stwierdzeniu, iż dążący do nicości świat jest tylko „rozkładającymi się zwłokami Boga”, poszedł w ślady „Stwórcy” i w wieku trzydziestu pięciu lat popełnił samobójstwo.

Zatem fundamentalne pytania: „dlaczego ja?” oraz „dlaczego w ogóle?”, a wreszcie to jedno, najbardziej kluczowe: „po co?”, w całej swej absurdalnej prostocie pozostawały poza zasięgiem jakiegokolwiek rozumowania. I o ile pierwsze oraz drugie wciąż są dla mnie nieprzeniknione, o tyle odpowiedzi na trzecie doczekałem się tuż przed pięćdziesiątką, w pewien ponury, listopadowy dzień.

Stało się to w chwili, gdy mama postanowiła zabrać wszystko. Pod jej powiekami zastygł cały znany świat, a ostatni oddech zamknął komplet ksiąg – również tych z dzieciństwa, czytanych wieczorami, kiedy przestrzeń wokół była jeszcze bezmierna, a nogi stołu zdawały się kolumnami Partenonu. Patrzyłem na jej ciało, tak mocno przeorane chorobą w ostatnich latach, i trwałem w zadumie nad strukturą ciszy. Cała mapa wspomnień skurczyła się do niej jednej. Domknięta wewnątrz milczenia, cicha niczym opadający śnieg. Przyłożyłem martwą dłoń do swojej głowy, ale nie odpowiedziała. Być może nie odnalazła już w siwych włosach czupryny tamtego chłopca, kiedyś biegnącego we mnie.

– O której godzinie nastąpił zgon? – Pytanie lekarza dotarło stłumione jakby zza ściany.

Siostra odpowiedziała, ale słowa nie przebiły się do mnie. Mur okazał się zbyt szczelny. Z niesmakiem i urazą odkryłem, że auta w dalszym ciągu suną ulicami, ptaki tną powietrze, drzewa zaś gestykulują gałęziami w dziwnym przejęciu. A ja, wbrew wszystkiemu, wciąż oddycham… Jednak w inny sposób, bardziej płytko, jakby odcięto mnie od rześkiego, wspólnego powietrza, zmuszając do karmienia się próżnią. Stałem się osobny, nagle chromy wobec napierających zewsząd sprawności. Odtąd każdy krok będzie naznaczony konfrontacyjną negocjacją o prawo do bycia niewidzialnym. Na nic się zdały wszelkie przygotowania do tęsknoty. Wobec ewidentnej manifestacji ostateczności brzmią teraz jak naiwne scenariusze do kiepskich filmów. Ironia w tym miejscu ma jedynie przykryć zażenowanie i absolutną kapitulację intelektu.

Mama zmarła w rodzinnym mieszkaniu. W ścianach mojego dawnego pokoju na zawsze zostanie zarejestrowane jej pożegnalne spojrzenie, które, wsiąkając w mury, zasili tajemne świadectwa innych historii. Pożegnalne spojrzenie, pożegnalne słowo i wydech nikotyny. Tak, mama kurzyła do ostatnich godzin.

– Kazia, kiedy rzucisz to palenie? – Pamiętam pytanie ojca, zawziętego wroga tej używki. Przez kilkadziesiąt lat małżeństwa wielokrotnie wyrażał stanowczy sprzeciw, by w ostatnich dniach spolegliwie pogodzić się z nałogiem przykutej do łóżka żony. Mama, trzymając w powykręcanych palcach tlącego się kiepa, spojrzała na niego ostro i kategorycznie odparła:

– Nigdy! I choć sytuacja była tragiczna, to jedno słowo zabrzmiało wtedy niemal komicznie.

Mając zaledwie naście lat, tylko czekałem, aż pośle mnie po swoje ulubione Klubowe do pobliskiego kiosku. Na tę okazję zawsze miałem przygotowany szkolny klej Plastuś. Po drodze delikatnie odrywałem bok paczki, wyciągałem jeden, dwa – a w porywach nawet trzy – papierosy i starannie zaklejałem kartonik. Musiałem potem chwilę odczekać na półpiętrze, aby Plastuś zaschnął, skutecznie zacierając ślady mojego przestępstwa.

– Zobacz Piotruś – powiedziała za którymś razem, obracając w dłoniach dostarczone paczki. – Wszędzie teraz oszukują. Zamiast dwudziestu wkładają o jeden, a czasem nawet o dwa papierosy mniej.

Obłudnie wyrażałem zdumienie, drżąc jednocześnie z obawy, by mamie nie przyszło do głowy pójść do kiosku z reklamacją. To niechybnie naprowadziłoby na ślad mojego łobuzerskiego procederu. Niniejsze wyznanie oficjalnie motywuję obroną honoru socjalistycznego przemysłu tytoniowego. W rzeczywistości – łagodzę cierpkie wyrzuty sumienia. Ale niech tam… Dziś te wynurzenia są nieistotne i niczego nie naprawią. Być może historia kontynuuje się w jakimś alternatywnym wymiarze: tam mama odkrywa moją tajemnicę, bierze ścierkę i wymierza razy swojego oburzenia. Niestety, tu i teraz stoję nad jej drobnym, wychudzonym ciałem, bezwolnym wobec zabiegów mających przygotować do podróży bez powrotu.

Wieczorem przyjechali dwaj pomocnicy Charona – chłodni jak śmierć pracownicy zakładu pogrzebowego. W odruchu szaleńczej desperacji próbuję zatrzymać, ochronić pozostałości matczynej obecności. Naiwnie obejmuję i całuję w policzek. Moja perswazja, aczkolwiek przyjęta przez nich z wyrozumiałością, nie jest w stanie zapobiec temu, co musi nastąpić. Czeluście czarnego worka połknęły ją łapczywie. Suchy zgrzyt zamka błyskawicznego wybrzmiał niczym okrutna kpina, był sekundowym, lakonicznym podsumowaniem ośmiu dekad ludzkiego istnienia. Oto człowiek w obliczu wieczności: zabawka losu, ostatecznie zredukowana do bezwolnego przedmiotu.

– Taki ma być koniec? – zapytałem nie wiedzieć kogo.

– Taki jest koniec! – odpowiedział tajemniczy skryba ukryty w głębi ścian.

Samotnie ruszam za śpiącą na noszach mamą cztery piętra w dół. Ostatni raz razem w miejscu, przez które – zdawałoby się – wieki temu prowadziła mnie za rękę. W dół i w górę. W dół i w górę. Dziś już osobno i tylko w dół… W dół, który nie obiecuje nic, poza nieobecnością. Mijamy drzwi mieszkań zatrzaśnięte w głuchym pożegnaniu – te same, do których przez lata tak często pukała. Większość koleżanek podążyła tą samą drogą. Tego zimowego wieczoru progi milczą, obojętne na ten żałobny wspólny przemarsz.

Przez otwarte drzwi wejściowe mrok wdarł się do domu z furią lodowatego wichru. „Jesteś za lekko ubrana” – przemknęło przez myśl echo dawnej troski. Jednak mama milczała. Żadnego sprzeciwu, żadnego gestu. Ta obca bierność bolała najbardziej.

– Czy ty tu jeszcze jesteś? – wykrztusiłem. – Czy to podwórko jest tym samym miejscem, na którym goniłaś mnie z łyżką zupy? Czy ja… to wciąż ja?

Kiedy zatrzaskują się za nią wrota karawanu, dociera do mnie z całą mocą: nigdy tu nie wróci. Do domu, któremu oddała całe życie. Bezgwiezdne niebo, czarny worek i czarne auto znikające za zakrętem. Wtedy, w samym jądrze pustki, pojąłem wreszcie, po co pojawiłem się w tym zakątku wszechświata. Przyświecał mi wyłącznie jeden cel: spotkanie tej kobiety i możliwość nazywania jej mamą. Cała reszta była zaledwie tłem dla tej jednej, najważniejszej relacji.

PIOTR PROKOPIAK