HEBEL: Gdy mnie już nie będzie…

Grafika – J.W.

Co stanie się z moimi książkami, gdy mnie już nie będzie? Czy też umrą razem ze mną? Mam ich niewiele – może nieco ponad czterysta egzemplarzy. Zostały przeze mnie zgromadzone na półkach regału w jedenastometrowym pokoju. Są pięknie wydane i zawsze, gdy do nich wracam, jakby na powitanie koniecznie muszę każdą z nich powąchać. Każda z nich ma duszę! Do moich ulubionych pisarzy należą: Hłasko, Dostojewski, Remarque czy Żeromski. Kocham literaturę rosyjską, jak również spektakle zrealizowane na bazie twórczości rosyjskich dramaturgów. To paradoks, że Rosjanie mają tylu wybitnych twórców. Podobnie jednak było w przypadku Niemców, których uwiódł Adolf Hitler i doprowadził ten naród do przeraźliwej zguby.

Zastanawiam się jednak, czy moje książki podzielą mój los na tej ziemi? Wolałbym, żeby dalej żyły. Chciałbym, żeby trafiły w ręce kogoś, kto będzie je czytać. I tym samym da im drugie życie. One zaś odmienią jego patrzenie na świat na tyle, że na nowo go ukształtują. To znaczy, że on zaczerpnie z nich cały zestaw pozytywnych wartości. Takich, jak empatię i wrażliwość, kreatywność i wyobraźnię, skupienie i uważność czy tolerancję i otwartość. Chciałbym, żeby przyczyniły się do jego rozwoju osobistego i tchnęły go ku refleksyjności.

*

Można by przyjąć, nawet jeżeli ktoś by je wyrzucił na śmietnik, że znajdzie je jakiś włóczęga, który uwielbia czytać. Będzie siedział na ławce w pustym parku i pożywiał się słowem drukowanym. Która z moich książek najbardziej by mu się spodobała? Czy gustowałby w „Dzienniku psychopaty” zbuntowanego wobec totalitarnego systemu Wieniedikta Jerofiejewa? Możliwe, że rozpłynąłby się w trakcie lektury powieści „Nim nadejdzie lato” Remarque’a? Mogłoby tak właśnie się stać.

Co by jednak było, gdyby na moje książki natknęła się młoda dziewczyna, która właśnie straciła wiarę w prawdziwą miłość? Zależy, co by zaczęła czytać. Przyjmijmy, że wciągnęłaby ją lektura „Białych nocy” Dostojewskiego. Czy zrozumiałaby, że miłość istnieje i może być naprawdę głęboka? Nie każda musi mieć szczęśliwe zakończenie. Weźmy pod uwagę, że nie każdemu jest dane przeżyć miłość, nawet bez szczęśliwego zakończenia. Bywa, że okoliczności są przeciw uczuciu rozwijającemu się pomiędzy dwojgiem młodych ludzi. Tak było chociażby w przypadku Aliny i Wicia, bohaterów powieści „Kronika wypadków miłosnych” Tadeusza Konwickiego. Z tego względu lektura tej książki w pewnym wieku powinna być obowiązkowa.

Mam bardzo dużo książek Marka Hłaski, mojego ukochanego pisarza, do twórczości którego uwielbiam wracać. Nie podzielam zdania, że jego teksty są dołujące. Powiedziałbym, że raczej są do bólu prawdziwe. Znaczy to, że nie stwarzają złudzeń. Przecież cały czas to, co rozgrywa się wokół człowieka w przestrzeni emocjonalnej, pozostaje aktualne. Takie kwestie, jak miłość (czy jej brak) czy samotność, nigdy nie przestaną być na czasie. Bardzo rozczulam się, kiedy czytam w „Ósmym dniu tygodnia”: „Przed każdym dobrym uczuciem człowieka trzeba klękać jak przed świętością, jak przed gwiazdą. Ochraniać, nieść jak światło, a jeśli jest tego chociaż iskierka, to dmuchać aż do utraty tchu”[1]. Jednak moim najbardziej ulubionym tekstem Hłaski jest „Pętla”, w której m.in. napisał: „Żywi są ci, których się kocha”[2].

*

Kocham moje miasto położone nad Wisłą – Warszawę. Twierdzę, że nie ma piękniejszego miasta na świecie. Ktoś mógłby powiedzieć, że przesadzam. Na pewno w mojej ocenienie nie jestem obiektywny. Nikogo to jednak nie powinno dziwić, gdyż tutaj się urodziłem, wychowałem. Tutaj mieszkam i żyję. Przy czym w słowie „żyję” można by bardzo wiele pomieścić. Skoro żyję – na pewno oddycham… Ale to miasto tkwi głęboko w moim sercu, gdyż mam do niego bardzo emocjonalny stosunek. To tutaj przeżyłem wszystko, co w życiu człowieka jest najważniejsze. Z wielkim zachwytem rozczytywałem się w książce Marka Nowakowskiego „Moja Warszawa. Powidoki”. Nikt tak nie zna mojego ukochanego miasta nad Wisłą i nie potrafi tak ujmująco o nim opowiadać, jak czynił to ten pisarz. Odnoszę wrażenie, że każdy spoza stolicy, kto przeczytałby książkę Nowakowskiego, chciałby przeprowadzić się do Warszawy. Dla niego Warszawa była przede wszystkim światem „pełnym tajemnic, symbolicznych znaków, sekretnych tropów”[3].

*

Na to, po jaką książkę sięgamy, na pewno nie bez wpływu pozostaje, w jakim nastroju znajdujemy się w danym dniu. Nie zawsze przecież mamy ochotę na filozoficzne traktaty. Bywa, że sięgniemy na przykład po „Historię Partii Umiarkowanego Postępu (w Granicach Prawa)” Jaroslava Haška. Wtedy, jak w banku, mamy zapewniony ubaw po same pachy, gdy dobrniemy do fragmentu dotyczącego „rehabilitacji zwierząt”.

Był czas, gdy zaczytywałem się w dziełach Johna Steinbecka. Mam jednak wrażenie, kiedy obserwuję młode pokolenie, że Steinbeck nie jest wśród młodych ludzi modnym pisarzem. Obawiam się nawet, że w ogóle takiego nie ma. Internet, w tym media społecznościowe, wypiera czytanie, na które wiele osób nie ma czasu. Jego szmat tracimy na prozaiczne czynności dnia codziennego, w tym także fizjologiczno-metaboliczne – sen, jedzenie, wydalanie z organizmu moczu i kału. Niektórzy mają obowiązki rodzicielskie, a inni jeszcze inne… Nie zwalnia to nas z czytania, które rozwija i kształtuje nas przez całe nasze życie.

Dobrze czytało mi się „Ojca chrzestnego” Mario Puzo czy „Króla” Szczepana Twardocha. Nie ukrywam, że kiedyś zachłystywałem się książkami Charlesa Bukowskiego, jednak ten etap w moim życiu już dawno minął. Uwielbiam, jak pochłaniany przeze mnie tekst porządnie rąbnie mnie w łeb (sic!). Nie wymagam tego od kogoś, kto będzie czytał zgromadzone przeze mnie książki, gdy mnie już nie będzie na tym świecie. Każdy z nas jest inny – nie znaczy, że gorszy. Ale inaczej będzie reagował na czytany przez siebie tekst. Gdy jednego ten sam fragment rozśmieszy, kogoś innego może już zirytować.

Kiedyś uwielbiałem Bohumila Hrabala, którego twórczość darzę wielkim sentymentem. Mam kilka jego książek na półce w regale, w tym także „Zbyt głośną samotność”, w której m.in. napisał: „[…] bo ja gdy czytam, to właściwie nie czytam, biorę piękne zdanie do buzi i ssę je jak cukierek, jakbym sączył kieliszeczek likieru, tak długo, aż w końcu ta myśl rozpływa się we mnie jak alkohol, tak długo we mnie wsiąka, aż w końcu nie tylko jest w moim mózgu i sercu, lecz pulsuje w mych żyłach aż po krańce naczyniek włoskowatych”[4].

*

Bardzo zastanawia mnie jednak to, kto w ogóle obecnie czyta, skoro – jak gdzieś przeczytałem – więcej osób pisze niż czyta. Żeby pisanie miało wartość, trzeba być oczytanym. W najgorszym razie można być niedoczytanym, jak np. autor tego tekstu. Nie wyobrażam jednak sobie, żeby pewnych podstawowych książek nie przeczytać. Nieczytanie, co jest oczywiście mało odkrywcze, na pewno potwornie zubaża jednostkę co najmniej na kilku funkcjonalnych płaszczyznach.

Warto czytać! Chociaż jak zauważyła Justyna Sobolewska: „[…] coraz łatwiej jest nie czytać. Coraz więcej rzeczy rozprasza i walczy o naszą uwagę”[5]. Mimo to chciałbym wierzyć, że moje książki nie umrą razem ze mną i dostaną drugie, trzecie, a może i czwarte życie. Bardzo chciałbym w to wierzyć…

JAROSŁAW HEBEL

 


PRZYPISY:
[1] Marek Hłasko, „Ósmy dzień tygodnia”/ „Cmentarze”, Wydawnictwo Da Capo, Warszawa 1994, s. 25.
[2] Marek Hłasko, „Pierwszy krok w chmurach. Opowiadania”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2019, s. 255.
[3] Marek Nowakowski, „Moja Warszawa. Powidoki”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2010, s. 11.
[4] Bohumil Hrabal, „Zbyt głośna samotność”, Świat Literacki, Warszawa 2003, s. 7.
[5] Justyna Sobolewska, „Książka o (nie)czytaniu”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2025, s. 9.