STOJAK: Po drugiej stronie rzeki

Fot. Pixabay.com

Siła i moc były zawsze obok mnie, sprawowały nade mną opiekę. I mimo że złych zdarzeń i cierpień w moim życiu nie brakowało, to zawsze wychodziłam z nich cało, chociaż potargana psychicznie i emocjonalnie. Zawsze byłam i jestem małą dziewczynką, zbierającą kwiaty, szczególnie polne, błądzącą w zbożach i po łąkach, zanurzając się w nich aż po szyję. Bukiety, jakie tworzyłam, umieszczałam w słoikach i stawiałam wszędzie tam, gdzie było to tylko możliwe.

Ta młoda dziewczyna odzywa się we mnie w najmniej spodziewanych momentach. Przychodzi jak dobry sen po ciężkim dniu, szczególnie teraz, gdy srebrzą mi się już włosy, a na skórze pokazały się pierwsze wątrobowe plamy. Jest wówczas, gdy, patrząc w lustro, widzę starszą kobietę ze zmarszczkami na twarzy. Czuję jej zapach, wyraźny i soczysty, widzę uśmiech z tamtych lat. To sprawia, że mam w sercu czystą radość, odżywam jak kwiat na wiosnę. To sprawia, że znowu jestem tą panienką z minionych lat… Piegowatą, z rudą czupryną na głowie, ze zmarszczonym nosem i iskierkami ciekawości w oczach.

*

Dziś częściej niż kiedyś uderzają mnie obrazy minionej młodości. Im jestem starsza, tym częściej widzę Bażantarnię, Park Kajki, Balonówę pełną krzewów dzikiego bzu i ziół, igloo w ogrodzie Mirka, kwitnącą mirabelkę na podwórku, maliny w lesie i jeżyny przy drodze. Zmienność, jaka odcisnęła się śladem na moim dorastaniu i rozwoju, dała się odczuć dwukrotnie. Była to przeprowadzka z Pomorza na Kujawy, gdy byłam dwunastoletnią panienką, co przeżyłam, mocno płacząc i nie zgadzając się z decyzją rodziców, na którą jednak nie miałam żadnego wpływu, a potem zmiana ustroju państwa i, co za tym idzie, wiele zmian społeczno-politycznych i gospodarczo-egzystencjalnych. Legły w gruzach nawyki, przyzwyczajenia, przyszły zmiany, także w zaaklimatyzowaniu się w nowym środowisku, życiu i świecie.

Nie doznawałam akceptacji ani miłości w domu rodzinnym, tak bardzo potrzebnych dziecku, może dlatego szukałam ich gdzie indziej. We własnym domu, od rodziców doznawałam jedynie obelg i reprymend, że wszystko, co robię – robię źle i jestem zła. Zapamiętałam krzyki i kary cielesne. Ja, mała dziewczynka, skrywałam się za piecem i roniłam łzy, nie rozumiejąc, co zrobiłam źle. Zginęły miejsca dziecięcych uciech i schadzek potajemnych we dwójkę, pełnych żółtego mlecza, pańskiego chlebka i szczawiu, gdzie piegowaty Adaś trzymał mnie za rękę i mówił, że jestem jego narzeczoną – ja, dziewczynka z rudymi włosami, która zawsze miała niskie poczucie własnej wartości.

Co rano budziła się szczęśliwość razem ze mną. Póki wszyscy spali, mogłam przez szybę okna mojego pokoju obserwować okolicę. Moją uwagę zwracały ptaki obudzone ze snu jak ja, z pieśnią na ustach. Latem zaglądały do mojej sypialni one, i jeszcze kwiaty: peonie, róże i floksy. Ogrodowy groszek piął się do góry wszystkimi kolorami. Gdy nastała zima, czułam bosymi stópkami zimny i szczypiący lód. Można było go lizać, gdy nikt nie widział i pomyśleć, że smakuje się waniliowe lody. Jesienią brałam w dłonie żółte słoneczniki i wyrywałam im płateczki, rzucając na wiatr słowa wróżby: „Kocha, lubi, szanuje…”. A potem słoneczniki zamieniłam na akacje.

Lato lubiłam najbardziej. Moczyłam w wodzie gołe stopy i krzyczałam radośnie, tak było mi dobrze. Woda mnie chłodziła, wtedy jeszcze nie obmywała mojej obolałej duszy, wtedy jeszcze nie… Bez umiaru przyglądałam się żuczkom, mrówkom; obserwowałam ich ruchy i zastanawiałam się, skąd wzięły się tu, na Ziemi. Doznania były tak silne, że wymazywały z mojej duszy lęk i strach, jakie mi towarzyszyły w ciągu dnia i zawsze wtedy, kiedy niedaleko mnie pojawiała się matka. Podwórko było moim domem. Podwórko i dzieci z podwórka mnie akceptowały. Dla nich byłam skocznym, zwinnym ptaszkiem, którego każdy chciał pogłaskać. A gdy ten ptaszek schodził z drugiego piętra, pokonując śpiewnie schody, wyglądali sąsiedzi, chwalili śpiew, nagradzali czekoladowym cukierkiem wykonawczynię i głaskali po głowie.

W domu byłam dzieckiem samotności i w niej czułam się bezpiecznie. Nawet siostry mnie nie rozumiały. Najstarsza, z którą zajmowałam łóżko, ciągle mnie szczypała i straszyła matką. Gdy przebywałam poza domem, nagle świat wydawał mi się taki piękny, a ludzie przyjaźni. Stawałam się ptaszkiem i kwiatkiem, które zachwycały innych swoją urodą, innością, wrażliwością i pięknem. Mój świat istniał i dawał mi nadzieję, że kiedyś zatańczę tak pięknie, że wszyscy będą klaskali. Marzenia w nas tkwią, zagrzewają sobie miejsce, pęcznieją, dojrzewają, by w odpowiednim czasie wystrzelić jak rakieta; nagle, z siłą kosmiczną, pięknie. Stałam się rakietą. Czy może ona wylądować po drugiej stronie rzeki?

*

Znajdowałam się po stronie przegrywających. Było to oczywiste, bo nade mną wisiał pas; gruby, skórkowy, wojskowy. Towarzyszący mi lęk sprawiał, że we śnie ciągle uciekałam, a moje ucieczki kończyły się zwycięstwem; spadał mi kamień z serca. Frunęłam, unosiłam się coraz wyżej i wyżej. To była wolność, która mnie uskrzydlała i sprawiała, że życie stawało się wielką przygodą, przynajmniej we śnie. Wierzyłam, że kiedyś ten sen się urealni. We śnie byłam lotnikiem, samolotem – podążałam wśród chmur w poszukiwaniu lepszego świata. Czułam się wówczas lekka, wolna i szczęśliwa. Gdy przelatywałam nad Afryką, gdzie wszystkie dzikie zwierzęta szczerzyły ostre zęby, okazywało się, że są łagodne i przyjazne. Wszystkie patrzyły w moją stronę, unosiły swoje łby i posyłały mi uśmiechy i pozdrowienia. Nawet węże, których bałam się panicznie, były moimi przyjaciółmi.

Chciałam żyć w świecie baśni, z dala od despotycznych rodziców, więc kiedy tylko nauczyłam się czytać, sięgałam po książki i czytałam je z uwielbieniem. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie dwie książeczki, moje nagrody z pierwszej i drugiej klasy szkoły podstawowej: „Na jagody” i „Dwie wiewiórki”. Zamykałam się w swoim świecie. Gra słów szeptała mi do ucha, zachęcając do tworzenia. W wierszach, jakie powstawały, jak grzyby po deszczu, rozmawiałam z trawą, konwaliom szeptałam, że chciałabym być ich koleżanką, pokrzywy karmiłam potokiem słów upominających. Moje ciągłe fascynacje, czy to magnoliami o silikonowych kwiatuszkach, czy zielonym kolorem łąki, czy też muzyką wydobywającą się z gardeł ptaków, trwają do dziś. Ciągle je podziwiam z jednakowo mocnym natężeniem „ochów” i „achów”.

Oczarowanie jest błogosławieństwem. Byłam oczarowana ogrodami, rozciągającymi się za naszym blokiem od strony kina Promyk. Tam biegałam w każdej wolnej chwili i podziwiałam kosmosy. Żółto-pomarańczowe kwiaty pięły się do słońca. Przyglądałam się szczypiorkowi w naszym ogródku i myślałam sobie, jak to się dzieje, że taki mizerny i cieniutki, a żyje aż siedem lat. To jakiś cud natury. Moje błogosławieństwo naznaczone było słońcem, w świetle którego moje włosy lśniły jak sztabka złota.

*

W latach samotności będę wracała do chwil spędzonych z ogrodami i z ukochaną babunią, która kochała mnie taką, jaką byłam: piegowatą i rudą. To ona widziała we mnie studnię o wielobarwnej wodzie i bogatym dnie, na którym spoczywały perły i diamenty. To ona raczyła mnie kompotem z wiśni, za którym wręcz przepadałam. Za jej domem wiśnił się wielki sad.

Często sięgałam w przeszłość, a moja wyobraźnia podsuwała mi obrazy z dzieciństwa szczęśliwego wśród ludzi obcych. Byli to dorośli, spoglądający na mnie z ciekawością i podziwem, także rówieśnicy patrzący z zazdrością. Bo przecież ja byłam dzieckiem urodzonym w czepku szczęścia.

Jako kilkuletnia dziewczynka tworzyłam teatr dziecięcy. Obdarzona talentem i słuchem śpiewałam piosenki wymyślone, naśladując zagraniczne języki. Stałam przed barem w za długiej maminej spódnicy i jej butach na wysokich obcasach i śpiewałam. Oczywiście, pożyczyłam sobie te ubrania pod jej nieobecność. Wychodzący z zadymionego baru mężczyźni wrzucali do beretu monety, a raz zdarzyło się, że wpadł tam banknot. Występy zostały nagle zakończone, a ja z koleżankami pobiegłyśmy po lalki i lody. Radość trwała krótko, bo do akcji wstąpiła matka z pasem w ręku.

*

Prostota granicząca z prostactwem to obraz matki, osoby niewykształconej, butnej i przebiegłej. Ta kobieta, nieprzebierająca w słowach, by osiągnąć swój cel, wielokrotnie używała w stosunku do dzieci przemocy psychicznej i fizycznej. Prymitywna do bólu, podstępna, wroga. Ojciec nosił w sobie traumę wczesnego osierocenia i w zasadzie nie wiedział, co to znaczy mieć rodziców. Nie potrafił być ojcem, wychowanie dzieci scedował na małżonkę. Był jej całkowicie uległy, do tego stopnia, że nie potrafił jej się przeciwstawić. Ciągłe uwagi i pretensje zdominowały stosunki między nimi. Obydwoje stali się katami, którzy wymierzali kary swoim dzieciom za byle przewinienia.

Koleje mojego życia nie należą do spektakularnych. Bynajmniej. Dźwigam garb, który otrzymałam w spadku po rodzicach, nieznających słów miłość czy tolerancja. Apodyktyczni starali się zawładnąć nie tylko naszymi sercami, ale także duszami. Robili wszystko, by własne dzieci okaleczyć i unieszczęśliwić. To otoczenie i świat poza domem rodzinnym otwierał swoje wrota i przyjmował mnie – dziecko, czyste, niezepsute, ale narażone na wszechobecne zło, i ofiarował mu nowe doświadczenia, radości i smutki.

*

Wakacyjne podróże dostarczały mi wytchnienia i odrobinę luzu. Byłam innym człowiekiem i znajdowałam się w innych świecie. Może wyimaginowanym, ale ja go smakowałam i połykałam, jak połyka się słodkie cukierki. Dyscyplina i rygor panujące w domu rodzinnym, odpoczywały od młodzieńczych wybryków i drobnych nieposłuszeństw, gdy nas w tym domu nie było. Poza domem panowała tolerancja, a moja artystyczna dusza rozwijała swoje skrzydła. Skomplikowany obraz świata jawił się nieskomplikowanym, a wręcz przyjaznym tworem.

Dzieciństwo skończyło się gwałtownie i przyszła niepewność i obawa o przyszłość. Czas dorastania to niespokojna wiosna. Zapachy, kwiaty, ale też burza i wiatr. Czy tak musi być? Stałam wielokrotnie z nosem przylepionym do szyby kiosku Ruchu i podziwiałam siedzące na półce lalki z włosami. Wiedziałam doskonale, że nie są w moim zasięgu, by je mieć, pozostało mi o nich tylko marzyć i podziwiać ich urodę na odległość. Wiedziałam doskonale, że uczynię wszystko w dorosłym życiu, by na nie zapracować. Wierzyłam, że po drugiej stronie rzeki czeka na mnie inny, lepszy świat…

MIROSŁAWA STOJAK