KMIECIK: Koliber

Fot. Pixabay.com

Zgniotłem ulotkę zapraszającą na kolejną rocznicę. Rzuciłem ją w stronę kosza. Nawet nie sprawdziłem, czy doleciała. Chwyciłem za smycz. Tajfun, dwuletni owczarek niemiecki, natychmiast poderwał się z legowiska.

– Tajfun! Siad!

Założyłem ciemnozielony ortalion i nacisnąłem klamkę do drzwi. Wyjść jak najszybciej. Bez telefonu. Sam. Jak co roku o tej porze. I nie czuć już na sobie jej wilgotnego spojrzenia.

Pocałowała mnie w policzek, poczułem jej dłoń na moim boku. Wyszedłem bez słowa.

Na horyzoncie kłębiły się czarne chmury, raz po raz przecinane błyskawicami. Początkowo odległy hurkot z każdą minutą był coraz bliżej. Burza szła prosto na Ustanów.

Tajfun, spuszczony ze smyczy, szedł blisko mnie. Dochodziliśmy leśnym duktem do Piskórki, gdy poczułem na twarzy pierwsze krople deszczu. Momentalnie ciemność spowiła okolicę, rozświetlana fleszem piorunów. Tajfun zatrzymał się nagle. Nastroszył sierść i zaczął warczeć. Nisko, przeciągle, jakby z trzewi. Pomiędzy grzmotami usłyszałem wystrzały. Polowanie?! Pies zbiegł z ubitej drogi i zniknął mi z oczu.

– Tajfun! – krzyknąłem. Bez skutku.

Biegłem przed siebie, łamiąc gałęzie. Szczekanie zagłuszane było przez strzały, grzmoty i szum ogromnych kropli, zmywających z liści kurz.

Grom. Wystrzał. I nagła cisza. Zatrzymałem się zdezorientowany. Odruchowo wsunąłem ręce do kieszeni. Scyzoryk. Maleńki, z wyrytą literą A. Jej dłoń na moim boku przy wyjściu. To wtedy musiała go podrzucić. Ścisnąłem go w dłoni, drugą przecierając mokrą twarz. I oczy.

Znałem ten las doskonale. Spacerowałem tu regularnie, aż do Łosia, jednak nigdy nie zapuszczałem się między krzaki. Może dlatego poczułem niepokój, słysząc zbliżających się w moją stronę rozbawionych mężczyzn.

– Chowaj się! Prędko! – Szept dobiegał spod konaru leżącego przy rowie.

Zanurkowałem, ochlapując się obficie błotem. Obok mnie kulił się rozdygotany chłopiec. Mógł mieć dziesięć lat, może nieco więcej. Nie spuszczał ze mnie wzroku, niczym mały zwierzak, obserwujący drapieżnika. Ubrany był w ciemne, płócienne spodnie, zieloną bawełnianą koszulę, do której przyszyty był brązowy, żołnierski guzik. Bose stopy. Czarne od błota. Czerwone od ran.

– Co tu robisz? – spytałem, próbując przełamać jego nieufność.

– Siedzę na warcie.

– Zabawa w chowanego w taką pogodę to zły pomysł. – Chłopiec uciszył mnie, przykładając palec do ust. Drugą ręką wskazywał na teren ponad nami.

Kilku mężczyzn podeszło do pnia, pod którym się kryliśmy. Szydzili z kogoś, kto szedł razem z nimi. Rozmawiali po niemiecku. Gdy odeszli, spojrzałem na chłopca. Miał przymrużone oczy, mocno zaciśniętą szczękę i pobielałe od zaciskania pięści palce.

– Uciekłeś im? – W odpowiedzi przyłożył złożone dłonie do ust i dmuchnął. Dźwięk puchacza pofrunął wśród liści.

Odpowiedzią był jedynie huk pioruna. Blisko. Chłopiec odruchowo przytulił się do mnie. Odskoczyłem, natychmiast tego żałując. On natychmiast zesztywniał, patrząc w dal.

– Jak masz na imię? – Chciałem zatrzeć złe wrażenie.

– Antek. Pseudonim Koliber – odpowiedział z żołnierskim drylem.

– Bardziej pasuje Komar – mruknąłem, patrząc na jego wątłe, wychudzone ciało.

Zdjąłem z siebie kurtkę, oddając zziębniętemu Antkowi. Spojrzał z wdzięcznością. Ponownie przyłożył dłonie do ust, by w las wypuścić sygnał puchacza. Znów bez odzewu. Siedzieliśmy obok siebie w milczeniu. W ciągu kilkunastu minut przeszło sześć, może siedem grup mężczyzn. Słyszałem każde ich słowo, ale nie dostrzegłem ich ani razu. Chowaliśmy się przed nimi. Myślałem, że to zabawa. Antek pozostawał jednak śmiertelnie poważny.

Schemat się powtarzał: dźwięk ciężkich kroków i rozmowy po niemiecku. Blada twarz Antka i jego dłoń na guziku z orzełkiem. Krótki postój mężczyzn przy naszej kryjówce, kroki niknące w oddali. Pohukiwanie Antka, bez odpowiedzi. Strzały – śmiertelna cisza – piorun.

Przy każdym grzmocie Antek wtulał się we mnie. Już nie uciekałem.

– Boisz się burzy? – spytałem po jednym z huknięć.

– Niczego się nie boję – odpowiedział, łapiąc jednocześnie za guzik.

– Zobaczyłeś kominiarza? – zażartowałem.

– Brakuje K. – Antek pokazał mi scyzoryk, wyjęty z kieszeni kurtki.

– Jakiego K? – Uniosłem brwi.

– Armii Krajowej.

– To scyzoryk mojego Adasia.

– Adasia?

Nie mogłem odpowiedzieć. Na szczęście deszcz lał się na nas strumieniami. Łatwiej było obetrzeć twarz. I oczy. Objąłem Antka ramieniem, a on wtulił się jeszcze mocniej. Chłopiec więcej nie spytał. Wpatrywał się w stary scyzoryk z nabożną czcią.

– Weź go sobie. Jest twój – powiedziałem szybko, by nie zmienić zdania. Antek skinął głową, nie spuszczając oczu z ostrza. Pierwszy raz się uśmiechnął.

Nie wiem, jak długo siedzieliśmy razem w rowie. W przerwach pomiędzy strzałami, opowiadałem Antkowi anegdoty o Tajfunie. On z kolei radził mi, jak rozpalić ogień bez zapałek lub zbudować kryjówkę w lesie. Graliśmy w gry z mojego dzieciństwa. Gdy pytałem o szkołę lub rodziców, Antek milknął. Zamiast odpowiedzi wycierał oczy o mój rękaw. Po przemarszu ostatniej grupy mężczyzn, spoważniał. Wbił palce w moją rękę i spytał:

– Będziesz o mnie pamiętać? – Nie spuszczał ze mnie wzroku. Nie mrugał. – Będziesz pamiętać? – Powtórzył. – Nie chcę…

– Czego nie chcesz? – Nie zrozumiałem pytania.

Odsunął się ode mnie w milczeniu.

Deszcz zelżał. Burza przycichła, ruszając dalej. W oddali usłyszałem wycie psa.

– Tajfun! – Wybiegłem z kryjówki i ruszyłem w stronę, skąd dochodził dźwięk. Przystanąłem, by zawołać Antka. Chłopca nie było. Na gałęzi wisiała moja ortalionowa kurtka. Sięgnąłem do kieszeni. Scyzoryk wciąż leżał na swoim miejscu.

Wycie psa nie ustawało. Biegłem, nie zważając na to, że gałąź rozpruła mi rękaw i skórę. Krople krwi wsiąkały w ziemię. Wreszcie odnalazłem Tajfuna. Stał na brzegu wykrotu po zwalonym przez burzę drzewie. I wył przeraźliwie.

W wykrocie spod ziemi wystawał brązowy guzik z orzełkiem, przyszyty do resztki zielonej bawełny.

***

Do dziś nie wiem, co się wtedy wydarzyło. W kolejnych miesiącach las oddawał swoje tajemnice. Odkryto w nim groby żołnierzy Armii Krajowej.

Podczas kolejnej uroczystości rocznicowej w Piskórce siedzieliśmy z żoną w pierwszym rzędzie.

Żołnierze Armii Krajowej. Bohaterowie Lasów Chojnowskich. Te słowa padały dziś wyjątkowo często. Na scenie pokazywano zdjęcia znalezisk z grobów partyzantów. Szmaciana lalka. Menażka. Krzyżyk z łańcuszkiem. Brązowy guzik z orzełkiem.

Chwyciłem żonę za rękę. Poprowadziła moją dłoń na swój brzuch, byśmy ten moment przeżywali we troje. Nareszcie. Znów.

– Wszystko OK? – Wpatrywała się we mnie czułym wzrokiem.

– Tak – skłamałem.

***

Po uroczystości pojechaliśmy na cmentarz do Jeziórka. Nie byłem tu od pogrzebu. Srebrzyste litery na ciemnej marmurowej płycie wciąż wyciskały mi łzy. Zginął tragicznie. Jedenaście lat. Oby nie miał czasu się bać.

– Cześć, Synku – szepnąłem, wpatrując się w jego uśmiechniętą twarz. Zdjęcie z naszego spaceru po lesie.

– Pamiętam. – Bezdźwięcznie poruszyłem ustami.

Przy pomniku obficie kwitła lawenda, przyciągając bzyczące owady.

– Patrz! – Żona wskazywała na coś, co zawisło nad fioletowymi płatkami, trzepocąc skrzydełkami.

– Fruczak gołąbek! – Żona wpatrywała się w owada z zachwytem. – Polski koliber.
Uśmiechnąłem się i powtórzyłem, tym razem głośniej, kierując wzrok ku niebu:

– Pamiętam.

MICHAŁ KMIECIK