Moje pisanie ma sens – wywiad z pisarką Katarzyną Gołdą, autorką powieści „Złoty spadochron”

– Minęło już pół roku od ukazania się debiutanckiej powieści „Złoty spadochron”. Czy w tym czasie coś się zmieniło w Twoim życiu?
– To jest bardzo pojemne pytanie, bo zmieniło się wiele. Zrealizowało się moje największe marzenie. Robię coś, na co czekałam od dawna. W pisaniu się spełniam i realizuję. Otworzyły się przede mną nowe perspektywy. Zrobiłam rzeczy, o których nigdy wcześniej bym nie pomyślała, takie jak na przykład napisanie sztuki teatralnej. Poznałam wartościowych ludzi. Ale są też te gorsze strony – w tym roku nie mam pomidorów, mój warzywnik zarósł zielskiem z braku czasu na pielęgnację. Praktycznie przestałam piec. Nie żałuję.
– Czy jeszcze będziesz wracała do afery „Żelazo”?
– Zdecydowanie tak i to już niebawem. Obecnie pracuję nad trzecią powieścią o losach funkcjonariuszek i funkcjonariuszy ABW. Przygotowując się do pisania, dotarłam do byłej funkcjonariuszki Służby Bezpieczeństwa, która pośrednio pracowała przy sprawie „Żelazo”. To spotkanie zaowocowało wieloma ciekawymi informacjami i detalami, które aż proszą się, by wpleść je w fabułę. Dodatkowo zaskoczyło mnie tak duże zainteresowanie czytelniczek i czytelników aferą „Żelazo”, dlatego tym razem wycisnę z afery znacznie więcej niż przy pierwszej książce. Mogę śmiało powiedzieć, że jest na co czekać.
– Jesteś po spotkaniach z czytelnikami. Jakie masz wrażenia i jakie towarzyszą Ci obserwacje po wieczorach autorskich?
– Przede wszystkim takie, że spotkania autorskie najlepiej organizować w weekendy, bo jeśli dopiero zaczynasz i niewielu czytelników cię zna, to w środku tygodnia są małe szanse, że ktoś na nie przybędzie. To obserwacje. A wrażenia mam oczywiście niezapomniane i tylko dobre. Każdy kontakt z czytelniczkami i czytelnikami – nie tylko podczas spotkań autorskich, ale także podczas festiwali literackich, targów książki czy zakupów w lokalnej piekarni – udowadnia, że ludzie lubią czytać i spotykać się z autorami. To wymiana doświadczeń i wrażeń. A często także emocji. Kontakt z żywym człowiekiem i możliwość rozmowy oko w oko pozwala na lepsze zrozumienie. Mnie te spotkania budują i dowartościowują. Są jak kapsułka z ekstraktem dobrej energii i wiary w to, że moje pisanie ma sens nie tylko dla mnie i moich najbliższych.
– Na ile już czujesz się pełnoprawną/zawodową pisarką, jakimi byli na przykład Zofia Nałkowska czy Witold Gombrowicz?
– Mam nadzieję, że to pytanie jest żartem, więc odpowiem na nie także żartobliwie: Nałkowską czuję się na trzydzieści procent, ale za to Gombrowiczem na osiemdziesiąt. Lubię absurd i groteskę. A tak serio: zawodowy pisarz żyje z pisania, pisanie go utrzymuje i jest dla niego pracą zarobkową. Ja także traktuję pisanie jak pełnoprawną pracę, ale na razie jestem, powiedzmy, stażystką. Gdyby pominąć kwestie finansowe, czuję się pisarką zawodową.
– Czy doczekamy się Twojej tzw. powieści wysokiej, w której w sposób okołofilozoficzny podejmowałabyś ważne problemy natury egzystencjalnej?
– A co sprawia, że powieść zalicza się do konkretnego gatunku? Weźmy na przykład „Gołoborze” Macieja Siembiedy. Występuje pod kategorią literatura piękna, ale także jako powieść kryminalna. Tu i tu zbiera laury. No to który to w końcu gatunek? „Złoty spadochron” to thriller, co nie przeszkadzało mi, by podjąć w nim uniwersalne tematy, takie jak motyw winy i kary, a także odpowiedzialności za popełnione czyny. Czy przede wszystkim kwestię dotyczącą odwiecznego problemu, czy są zbrodnie, które można usprawiedliwić w imię wyższych celów, a jeśli tak, to kto o tym decyduje. Czy to są ważne problemy natury egzystencjalnej?
Zastanawia mnie też, czy gdyby zamiast mojego nazwiska na okładce pojawiło się nazwisko uznanej pisarki, nagradzanej prestiżowymi nagrodami literackimi w kategorii polska literatura piękna, a rzeczona okładka byłaby bardziej niszowa, w konwencji okładek, jakie robił Marcin Wicha, to jaki gatunek byś jej przypisał? Pytam o to z pełną powagą. Rynek wydawniczy wkłada autora do szufladki, co równa się z tym, że kryminał nie może być jednocześnie literaturą wysoką. Zaznaczam, że nie dodaję tu sobie splendoru, czci i chwały, bo oczywiście są jeszcze inne elementy świadczące o tym, że coś jest piękne albo nie (na przykład kunsztowny lub osobliwy język w przypadku powieści), ale zwracam uwagę, że przynajmniej procent książek gatunkowych mogłoby stać na innej półce w księgarni niż te, które im przyporządkowano.
– Ci, którzy śledzą Twój profil na Facebooku, zapewne widzieli, że zaangażowałaś się w akcję charytatywną. Czy to jest coś, co wpisuje się w image współczesnego pisarza?
– No właśnie – image. Pisarze i pisarki mają swój, często celowo wykreowany, wizerunek i postępują zgodnie z ustalonymi zasadami. Czasem jest to wynik studiów i analiz dotyczących tego, co się lepiej sprzeda. A czasem ludzie pozostają po prostu sobą. Mogłabym kolejne dziesięć lat kreować zdystansowaną i chłodną byłą funkcjonariuszkę służb specjalnych. Unikać kontaktu z czytelnikami i owinąć się woalem tajemnicy. Miałam ku temu sposobność i predyspozycje. Ale to nie ja. Jestem towarzyska, empatyczna i lubię ludzi, więc postawiłam na siebie prawdziwą. Na osobę, jaką jestem prywatnie, i tylko od czytelników zależy, czy będą chcieli pić z kimś codziennie kawkę (słynne fejsbukowe „smacznej kawusi”), czy towarzyszyć mi w mojej literackiej podróży, z jej cieniami i blaskami. Ale bez smacznej kawusi.
A co do akcji charytatywnej zorganizowanej przez TeamPisarze, to zachęcam do wsparcia Jasia Greli. Pomagam od zawsze. Bezinteresownie. Niezależnie od tego, czy takie działania wpisują się w wizerunek współczesnego pisarza.
– Dlaczego teatr jakby zniknął/zaginął w Twojej aktywności publicystyczno-literackiej? Czy to jest definitywny rozwód?
– Rozwody są zwykle bolesne i praktycznie zawsze oznaczają definitywny koniec relacji, a ja z teatrem mam zbyt wiele wspólnego, by z niego zrezygnować. Po chwilowej przerwie mam nadzieję, że wrócę do tej aktywności. Zacieram ręce na zbliżający się sezon teatralny i liczę na wspaniałe emocje i wrażenia, jakie tylko teatr może mi zapewnić.
– Kiedy możemy spodziewać się kolejnej książki? Czy jej fabuła będzie podobna do tej, z jaką mieliśmy do czynienia w „Złotym spadochronie”?
– Premiera drugiej książki już tej jesieni. Będzie to kontynuacja losów bohaterów, których czytelnicy poznali w „Złotym spadochronie”. Tym razem także pokażę kulisy pracy ABW, ale przede wszystkim zaskoczę. A przynajmniej mam taką nadzieję. Gwarantuję emocje, zagadki i nieoczekiwane zwroty akcji. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że czas akcji powieści to przełom roku 2019 i 2020, czyli moment, kiedy zaczęły się już pojawiać pierwsze informacje o tajemniczym wirusie, który dziś znamy pod nazwą SARS-CoV-2. Motywem przewodnim książki jest zemsta, a główna bohaterka powieści kpt. Bogna Bohr musi stoczyć walkę z wrogiem, który towarzyszy jej każdego dnia i jest bliżej niż ktokolwiek inny. Nie będzie więc to łatwe starcie.
Jako ciekawostkę dodam, że do współpracy przy tworzeniu audiobooka udało się zaprosić osobę obdarzoną wielkim talentem aktorskim i fantastycznym głosem, dlatego liczę na znakomitą interpretację. Już teraz zapraszam czytelniczki i czytelników do śledzenia moich profili społecznościowych na Facebooku i Instagramie, gdzie będą pojawiać się informacje o premierze i działaniach promocyjnych, których wraz z Wydawnictwem Literackim szykujemy naprawdę sporo. Dziękuję też za wszelkie dobre słowa o „Złotym spadochronie” i mam nadzieję, że druga powieść spodoba się Państwu jeszcze bardziej.
– Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiał:
JAROSŁAW HEBEL

