OCHODEK-SZPAK: O przyjaciołach i wrogach Iwaszkiewicza

Żółta barwa okładki najnowszej publikacji Beaty Izdebskiej-Zybały pt. „Iwaszkiewicz. Przyjaciele i wrogowie” wzbudza mój niepokój. Być może dlatego, że wspomniany kolor przywołuje zakorzenione w historii literatury konotacje. Dość wspomnieć o elewacjach kamienic ze „Zbrodni i kary” Fiodora Dostojewskiego – mgle, która spowija Petersburg w przywołanej powieści czy „żółtym niebezpieczeństwie” z pisarstwa Stanisława Ignacego Witkiewicza. Warto też wspomnieć o kwiatach w dłoniach Małgorzaty z prozy, w której Woland daje pstryczka w nos tym, którzy zapomnieli, że dobro czynić może jedynie człowiek wolny. Wspomniany żółty kolor został zestawiony na recenzowanej okładce z grafitową czernią, a to z kolei przypomniało mi publikację Wydawnictwa Znak autorstwa Małgorzaty Czyńskiej pt. „Kobiety Witkacego. Metafizyczny harem”.

Tytuł ocenianej publikacji wyraźnie wskazuje na obecność w życiu prozaika przyjaciół i wrogów. Nie jestem zwolenniczką takiego podziału, choć staram się nie oceniać ludzi, którzy w ten sposób porządkują relacje z innymi. We wstępie do publikacji Beata Izdebska-Zybała zaznacza, że wspomniana książka to eseje na temat Jarosława Iwaszkiewicza. Więc może należało zatytułować książkę „Iwaszkiewicz. Zbiór esejów”? Tym bardziej, że odnajdziemy tu również szkice na temat tekstów literackich poety i prozaika ze Stawiska. Jest jednak w pierwszym kontakcie z publikacją pewien niezaprzeczalny atut – jakość papieru. Dla czytających w tradycyjnej formie to ważne. Sięgając po najnowszą propozycję wydawniczą o Jarosławie Iwaszkiewiczu, takie kolaże miałam w głowie. Choć przez pryzmat okładki, jak wiadomo, oceniać nie przystoi.

Beata Izdebska-Zybała zaznacza, że pracowała nad książką niespiesznie, odkrywając kolejne ważne dla publikacji źródła. Tę powolność czytelnik zauważa i docenia. Nie otrzymuje bowiem chaotycznej, pobieżnej refleksji na temat życia autora „Brzeziny”, tylko rzetelne, gęste, czasem lepkie, bywa, że gorzkie, kompendium wiedzy o relacjach pisarza z rodziną, przyjaciółmi, znajomymi, kobietami i mężczyznami. A, że to kompendium miejscami przypomina studium samotności i świadomości, to tylko zaleta! Z kart książki wyłania się zatem człowiek, stojący pomiędzy komunistyczną władzą a oczekiwaniami „ludzi pióra”. Człowiek, który postanowił, że będzie wklejał do albumu niewybredne w słowach anonimy otrzymywane niemal codziennie.

Ze wszech miar zachwycił mnie jeden z ostatnich rozdziałów publikacji, w którym Beata Izdebska-Zybała rozważa niczym „rasowa polonistka” (wszak nią jest!) niepublikowany dotąd wiersz Jarosława Iwaszkiewicza. Stawia hipotezę, że „nowy” liryk, któremu poeta nie nadał tytułu, jest kompletny i nie stanowi próby czy szkicu do jakiegoś innego utworu. Przywołany wiersz dotyczy „iskier dzieciństwa” i „starczych łez”. To refleksja, którą czyni się dość często wówczas, gdy pokaźna część czasu już przeminęła. Są w nim echa ważnych dla poety miejsc, takich jak Kalnik – przestrzeń dzieciństwa. Tu ogromnie dziękuję za wspomnienie pieca do wysmażania konfitur, przy którym siadywała matka przyszłego poety, pilnując wrzenia różanej masy czy purpurowych wiśni. Wdzięczna jestem i za domniemanie, że pierwszym zapamiętanym przez Iwaszkiewicza smakiem z dzieciństwa mógł być smak agrestu. I tak sensualnie spoglądam na książkę w żółtej okładce, tym bardziej, że za oknem przełamuje się lato, a w mojej pamięci trwają fioletowe astry i dojrzałe brzoskwinie z pisarstwa twórcy „Panien z Wilka”.

Autorka najnowszej publikacji o Jarosławie Iwaszkiewiczu stoi na stanowisku, że niepublikowany dotąd wiersz autora „Uranii”, który powstał w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, mógł zostać przez poetę zwyczajnie zapomniany. Był to bowiem dla niego czas „napiętego grafiku”, wypełnionego obowiązkami posła na Sejm PRL, redaktora naczelnego „Twórczości” oraz prezesa Związku Literatów Polskich.

Bezdyskusyjnym atutem książki Beaty Izdebskiej-Zybały jest materiał epistolograficzny. Fragmenty korespondencji Jarosława Iwaszkiewicza z Włodzimierzem Odojewskim, Zbigniewem Herbertem czy Andrzejem Wajdą pozwalają uchwycić wielowymiarową perspektywę nie tylko człowieka, ale i czasów, w których żył. Z przywołanych listów wyłaniają się przede wszystkim relacje oparte na szacunku dla dorobku literackiego autora „Sławy i chwały”, choć nie brakuje w nich tonu pełnego ironii za to, że chadzał na kompromisy z władzą czerwieńszą od krwi. Wybrzmiewa w tych listach także wdzięczność literatów za artystyczny mecenat, przecieranie niełatwych pisarskich szlaków. Szczególnie autor „Pana Cogito” wiele zawdzięcza Jarosławowi Iwaszkiewiczowi. Ale nie wypunktuję tego, bo byłoby to odebranie przyjemności obcowania z książką Beaty Izdebskiej-Zybały. Przyjemności, podkreślę.

Należę do grona tych odbiorców literatury, którzy starają się oddzielać dzieło artysty od prywatnego życia. Co to dla mnie oznacza? Uważam na to, by świat przedstawiony w utworach trwał we mnie na tyle skutecznie, karmiąc obficie, a codzienne upadki – mniejsze czy większe – autorów, w żadnym razie go nie umniejszyły. Tak wybieram. Wiem, że w stosunku do Jarosława Iwaszkiewicza to nie jest łatwe, ale jest możliwe.

Na zakończenie przywołam fragment głośnego tekstu Kazimierza Wyki pt. „Apel do wielbłądów” (pierwodruk „Odrodzenie” – 1948), który stanowił polemikę z Kazimierzem Brandysem (warto sięgnąć) : „[…] prozaicy zmienili się z powrotem na prozaików, a przestali być prezesami, redaktorami, publicystami, mówcami, społecznikami […] wszystko na Jarosława Iwaszkiewicza zwalając. Ale dla niego podróże, kongresy i reprezentacja to też jest warsztat pisarski […]. Czyli jemu to nie szkodzi”.

Tak! Iwaszkiewiczowi nie zaszkodziło. Takie mam prywatne przekonanie. Oczywiście nie trzeba się z nim zgadzać.

IWONA OCHODEK-SZPAK


Beata Izdebska-Zybała, „Iwaszkiewicz. Przyjaciele i wrogowie”, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2026.