WALCZAK: Zapiski z klatki schodowej

Fot. Pixabay.com

Mieszkanie w bloku z wielkiej płyty czasami przypomina plan filmowy. To konglomerat różnorodności, gdzie między piętrami przemykają statyści. Grupa ta jest najciekawsza, bo zmienna. Przeważnie nie czyta scenariusza (regulaminu spółdzielni) i bywa, że ma w głębokim poważaniu zasady. Oczywiście to nie reguła, są też tacy, którzy znają literę prawa i tworzą ciekawe zwroty akcji w codzienności.

Problem zaczyna się wtedy, gdy komuś przypisana rola zaczyna przeszkadzać. A może inaczej: nie problem, a po prostu ruch w interesie. To wtedy statyści wyciągają swoje działa bojowe, czyli głos ludu: petycje, skargi i zażalenia. Często słuszne. Ile razy winda może w końcu stawać między piętrami, a światło w klatce schodowej nie działać? Szukanie dziurki od klucza w tej ciemności potrafi być doprawdy fascynujące: trafię czy nie trafię? Szczęśliwcy docierają do celu w blasku świateł na czujnik.

Przygód z windą było kilka. Mój mąż ma do nich największy sentyment. Ostatnim razem podróżował w taki sposób, gdy mieliśmy wyjechać nad morze. Spakowany bagaż czekał pod drzwiami, a on tymczasem postanowił pozwiedzać pion: góra (między 10. a 11. piętrem z uśmiechem przywitał sąsiada, spieszącego się do stoczni), środek (pomachał blondynce z dzieckiem w chuście i puchatym husky na smyczy) i dół (mrugnął do uroczego małżeństwa staruszków). Winda zwalniała skrupulatnie między piętrami, po czym obrażona ruszała dalej. Czyżby jej także nie pasował brak konserwacji? Naklejka wewnątrz sugerowała, że konserwator zajrzał do środka… Niemniej wyglądało to podejrzanie. Zgłoszenie wysłano, wsparcie lokatorskie przybyło, mąż odzyskał wolność, a Bałtyk na nas poczekał.

Innym razem światło zagrało ze mną w berka. Bez zasad fair play, bo twardo przywitałam ścianę w holu. Do BDSM było na szczęście daleko, a zdecydowanie nie przepadam za taką formą czułości.

Wracałam do domu po ciężkim dniu pracy. Dyżur w bibliotece nie miał końca, a ścisk w tramwaju zniechęcał do bliskości. Najadłam się zwietrzałym winem i wszystkimi odcieniami żółci spoconych pach. Cóż, nie należę do wysokich osób…

Berek „odklepał” i to solidnie. Jak zwykle wpisałam kod na panelu po lewej stronie i, gdy tylko cichy brzęczyk dał sygnał, popchnęłam drzwi. Po pięciu krokach otworzyłam następne, po czym pamięciowo ruszyłam przed siebie. Byłam zamyślona, nie uchwyciłam momentu, w którym światło nie zabłysło. Pocałowałam twardą ścianę: zimną, nieczułą kochankę. Nazajutrz wyhodowałam pięknego guza. Przez dwa dni nosiłam go niczym herb: ja, mieszkanka bloku, odniosłam ranę na froncie.

Historia z wadliwą instalacją grzewczą była szczególna. Wspólnie z mężem dowiedzieliśmy się o niej wtedy, gdy dwa tygodnie przed rodzinną imprezą zalało nam mieszkanie. Rury już kilka dni wcześniej przemawiały w swoim dziwnym dialekcie. Jęczały, stękały i wzdychały. Pomyślałam: nie będę im przeszkadzać. Każdy ma prawo do intymności, nawet leciwe piony w „Leningradach”. Wybaczcie antropomorfizm, ale lubię wyobrażać sobie, że blok to żywa istota. Wciąż coś w nim szumi, trzeszczy i mruczy. Stary bajarz, który szuka widowni.

Harce w rurach zakończyły się jednak mokro, wytryskiem z instalacji grzewczej. Nie wiem, komu sprawiło to przyjemność, ale z pewnością nie nam. Mąż zadziałał natychmiastowo. Niczym rycerz w sadze arturiańskiej stoczył bój z administracją, aby ostatecznie zatopić Ekskalibur argumentów w paszczy ubezpieczyciela. Nie poszło łatwo. Potu i erudycji wytoczył sporo, a że to doświadczony gracz, to miał czym strzelać. Ustrzelił skutecznie: należne panele i farba tworzą dziś piękną mozaikę w naszym małym mieszkaniu.

Spotkania sąsiadów na korytarzu należą do najciekawszych historii. Wczoraj podziwiałam męski dezabil dżentelmena zza ściany. Wprowadził się niedawno, ale do tej pory nie miałam przyjemności go poznać. Pierwsze tête-à-tête wypadło całkiem bezpośrednio. Do suszarni było przecież blisko, a ja przypadkiem wracałam z siatami zakupów… Bokserki miał pan gustowne. Rumieniec na twarzy idealnie z nimi kontrastował.

Innym razem wywoziłam śmieci, z wyżyn 11. piętra na dół to parę minut podróży. Oczywiście przeszły wcześniej skrupulatną segregację. Z kartonów zdarłam taśmy, zgniotłam butelki, bioodpady w aromatycznym sosie własnym wrzuciłam do specjalnego worka – tak, w tym względzie należę do pedantów. I tu ciekawa dygresja: nie wiedzieć czemu, mały metraż windy przyciągnął w tym momencie pasażerów niczym ćmy do światła.

Z każdym piętrem upychaliśmy się ciaśniej, niczym sardynki w puszce. Narybek był spory, a co kolejna sztuka, to bardziej wybałuszała oczy. To takie sytuacje, których nie sposób uniknąć, small talk lub ostentacyjne obserwowanie żelka przyklejonego do sufitu. Co ciekawe, wciąż tam jest. Podróżuje na gapę, a po tylu kursach nabrał już chyba mocy urzędowej.

Były też spotkania trzeciego stopnia z podejrzanymi zielarzami. Któż inny mieszałby dziwne specyfiki w szklanych kociołkach, siedząc na schodach między piętrami? Pamiętam rozmowy o urnach pupili i bolączkach naszej mieszanej społeczności.

Bycie częścią tego spektaklu to na swój sposób interesujące przeżycie. Bywa, że trzeba improwizować. Czasem też nie sposób schować się w swoich włościach: bo nie wypada, komuś należy pomóc lub po prostu okazać życzliwość i chętne ucho. Mówić nie trzeba wiele, a część tych spotkań „spoza” scenariusza wypada naturalnie i ciekawie. Okazjonalnie wystarczy pokiwać głową.

Tam, gdzie spotykamy uśmiech i szczerość, nawet Bareja rozłożyłby ręce; wsparcie sąsiadów to potężna broń. Nie zliczę, ile razy ktoś pomógł mi wnieść wózek, czy przesunąć lodówkę w kuchni, gdy spółdzielnia nasłała brygadę kontrolną.

Ten życiowy serial ma wiele barw, a jako mieszkańcy danych społeczności sami tworzymy ich odcienie. Wystarczy otworzyć drzwi i zrobić krok do przodu. To, co nas czeka za progiem, pozostaje już tylko przygodą.

AGNIESZKA WALCZAK