HEBEL: Dostojewski w Teatrze Studio

Już dawno nie widziałem tak beznadziejnie słabej sztuki, jak “Biesy” Dostojewskiego w Teatrze Studio w reżyserii Natalii Korczykowskiej. Coś jest na rzeczy w tym, że nasi reżyserzy nie potrafią wystawiać klasyki na teatralnych deskach. Spektakl z Teatru Powszechnego w Warszawie sprzed kilku lat “Lalka. Najlepsze przed nami” też nie udał się Wojciechowi Farudze i można by podejrzewać, że wbrew oczekiwaniom – samego reżysera, jak i widzów – okazał się parodią powieści Bolesława Prusa. Szybko więc zszedł z afisza.

Dzieło Fiodora Dostojewskiego to powieść w dużym stopniu filozoficzna, która nawiązuje do tradycji oświeceniowej, a jednocześnie jest pierwowzorem literatury rozrachunkowej. “Biesy” są alegorią potencjalnych katastroficznych skutków politycznego i moralnego nihilizmu, nastrojów popularnych w Rosji końca XIX wieku (w fabule dzieła Dostojewskiego widzimy próbę wszczęcia rewolucji zaaranżowanej przez Piotra Wierchowieńskiego jako głównego spiskowca). W utworze mamy też do czynienia z materialnymi realiami epoki, co na scenie można było wyeksponować, a czego niestety nie widać z powodu bardzo ubogiej czy wręcz nawet skrajnie surowej scenografii.

Za co skrytykowałbym “Biesy” w reż. Natalii Korczykowskiej? Za chaos i niespójność w płynącym ze sceny przekazie, z powodu czego człowiek siedzący na widowni co najmniej do połowy spektaklu nie za bardzo wie, o co chodzi w oglądanej przez niego sztuce. Miesza się w niej zbyt wiele pojęć: wolność, śmierć, dobro, zło, Bóg czy moralność. Reżyserka często dokonuje odniesień Rosji końca XIX wieku do współczesnego świata, który zawsze przeżywa większy lub mniejszy kryzys wartości. Jeden z bohaterów sztuki Korczykowskiej mówi: “Skoro nie ma Boga, to wola jest we mnie i wszystko jest dozwolone”. Inny zaś dodaje: “Nie ma dobra ani zła. Jest tylko przesąd”. Recepta na zdławienie tego nihilizmu zostaje pokazana w szokujący i nieco prześmiewczy sposób w formie nacjonalistycznej religijności.

Należy zgodzić się z recenzentem “Gazety Wyborczej”, który napisał, że twórcy “Biesów” w Teatrze Studio “Próbują […] opowiedzieć o rewolucji październikowej i o PiS-owskiej kontrrewolucji moralnej, nakreślić pejzaż duchowej pustki i przy okazji wystawić polityczną komedię. Im bardziej pompują swój zamiar, tym boleśniejszy jest upadek”. Może warto przypomnieć, że 20 lat temu w Teatrze Powszechnym w Warszawie był wystawiany “Swidrygajłow” w reż. Artura Domalika na motywach powieści Fiodora Dostojewskiego. Główną rolę – lekko i płynnie, jednocześnie trzymając publiczność w napięciu – po mistrzowsku zagrał Janusz Gajos. Tamta sztuka była jednak mocno osadzona w realiach epoki – inaczej niż “Biesy”, z powodu czego sztuka wystawiana w Teatrze Studio poważnie ucierpiała.

Szczególną uwagę zwraca też i to, że aktorzy grają słabo, sztywno jak roboty, na zasadzie “każdy sobie rzepkę skrobie”. Wiadomo, że Dostojewskiego nie wystawia się łatwo. Po co jednak XIX-wiecznym utworem literackim próbować wprost opisywać współczesną rzeczywistość polityczną? Widzowie naprawdę nie są kretynami i potrafią sami wyciągać odpowiednie wnioski, więc nie trzeba im podawać ich na tacy.

JAROSŁAW HEBEL

 


Teatr Studio w Warszawie, Scena im. Józefa Szajny, Fiodor Dostojewski, “Biesy”; tłum. Adam Pomorski, reż. Natalia Korczykowska (150 min. z jedną przerwą).