BILIŃSKA-STECYSZYN: Może za pięćset lat?

Fot. Pixabay.com

Francois Villon, poeta późnego średniowiecza (żył w latach 1431-1463), lecz jak zaświadcza jego spuścizna, twórca o myśli już wczesnorenesansowej – w tzw. życiu prywatnym był niezłym hulaką. Ba, opryszkiem i hultajem, który psim swędem uciekł spod szubienicy, gdy wyrok zamieniono mu na dziesięcioletnie wygnanie z Paryża. Jednak dla kogo dziś, po pięciu wiekach, ma to znaczenie? Pozostała barwna legenda, lecz nie toczymy polemik o to, czy autor „Ballady o paniach minionego czasu” był wzorem moralności, czy przeciwnie. Powtarzamy za poetą – „Ach, gdzie są niegdysiejsze śniegi”, najpopularniejszy bodaj cytat z jego „Wielkiego testamentu”, i tylko to ma znaczenie. Twórczość, którą można zachwycać się do dziś.

Dlaczego wspominam średniowiecznego barda? Ano dlatego, że może trzeba kolejnych pięciu wieków, żeby świat (o ile wtedy jeszcze będzie istniał) zachwycił się bez żadnych już „ale” spuścizną Gałczyńskiego, Broniewskiego, Szymborskiej – że wymienię tylko tę trójkę. Skończy się percepcja ich dzieł w powiązaniu z „aktualnym tłem politycznym”. Odejdą w niebyt oskarżenia, że owszem, autor „Ballad i romansów” stworzył piękne liryki o swojej zmarłej córce Ance, lecz co z tego, skoro był „komunistą”! Szymborska? Za co jej tego Nobla dali? Przecież ona pisała o Stalinie! Iwaszkiewicz – PRL-owski bonza. Miłosz – przez jedną ekipę wyklęty, bo uciekł z Polski Ludowej, przez inną przywrócony do łask, a na koniec nawet z pochówkiem był kłopot.

No, a Gałczyński? Ten to dopiero miał życiorys! Nie tylko prywatny (romanse, alkoholowe ciągi, nieślubny syn), również literacki. Gdy po wojnie z dwuletnim poślizgiem wrócił na ojczyzny łono, w Polsce „demokratycznej inaczej” szykowały się już potężne zmiany socrealistyczne, a do śmierci Stalina i jakiej takiej „odwilży” musiało upłynąć jeszcze sporo lat. Tworzono więc produkcyjniaki, bo jeść trzeba, i Konstanty Ildefons też się próbował wpasować w tę nutę. Ba, chyba sam próbował sobie wmówić, że to jest słuszny kierunek. A że dzisiaj zęby bolą, gdy czyta się niektóre jego wiersze z tamtego okresu, to inna sprawa. Te socrealistyczne tezy, niczym hasła na pierwszomajowych transparentach, w takich wierszach jak „Dwie gitary”, „Pierwszy Maja”, „Przed mauzoleum Lenina” – i jeszcze sporo by się znalazło. Oj, mogą mieć dzisiejsi krytykanci używanie… Sam poeta czuł, jakie pisze gnioty. Czystą liryką nie dało się tego „ubogacić”, ratował się więc stale obecną w jego twórczości groteską. Tyle że znowu narażał się na ataki, że robi z siebie błazna. Na zjeździe literatów apelowano do niego, by „ukręcił łeb temu rozwydrzonemu kanarkowi, który zagnieździł się w jego wierszach”. Miał problemy z publikacją utworów. Pił. Nawalało mu serce. Nawet ucieczka na Mazury nie mogła go już uratować.

To prawda, napisał masę wspaniałych utworów, do dziś znanych i podziwianych. Pozostawił po sobie ogromną spuściznę i przez długie lata był uznawany za najpopularniejszego polskiego poetę. A jednak opuścił ten ziemski padół przedwcześnie, jako zaledwie czterdziestoośmiolatek, i niewykluczone, że odrobinkę mu w tym „pomogli” koledzy po piórze oraz „publisia”. Ile jeszcze mógłby stworzyć…!

To smutne, że tak mało w nas wyrozumiałości dla cudzych wyborów, dla ludzkich potknięć i błędów. Tych zawinionych, lecz co gorsza – dla niezawinionych, popełnionych bez złych zamiarów, ba, z najlepszą intencją – też. Dlaczego Kamila Stocha, gdy wygrywa Turniej Czterech Skoczni, gotowiśmy nosić na rękach, lecz niech no mu się noga, tj. narta powinie?… Hejt murowany.

Krytykantów zawsze nakręca ich „jedynie słuszna racja”. Nie ma sensu dyskutować z tezą, że poeta „X” był niezłomny i nigdy nie ugiął się przed reżimem, a poeta „Y” czy „Z” się ześwinił.

Za pięćset lat niech mówi za nich już tylko ich twórczość. „Pomnik trwalszy niż ze spiżu”*).

HANNA BILIŃSKA-STECYSZYN


*) Horacy, „Exegi monumentum”