SZMAŁZ: Człowiek epoki – Ireneusz Iredyński

Fot. Autor nieznany. Ireneusz Iredyński. Domena publiczna.

„Poeci mają jedną, jakże kruchą broń – talent”.
Ireneusz Iredyński

W zeszłym roku minęła 80. rocznica urodzin Ireneusza Iredyńskiego, obecnie prawie zapomnianego, dawniej uznawanego za pisarza kontrowersyjnego, ale wybitnie utalentowanego. Stefan Kisielewski, przyjaciel Iredyńskiego, pisał o nim: „Przedziwny. Zabawny. Trochę bandyta, trochę wariat, duży alkoholik. Ale niesłychanie zdolny chłopak”.

Ireneusz Andrzej Iredyński (niektóre źródła podają nazwisko Kapusto, ale to jedna z mistyfikacji pisarza) urodził się 4 czerwca 1939 roku w Stanisławowie. Wychowywany przez ojca tyrana, doświadczył przemocy i okrucieństwa, co sprawiło, że po części przejął te postawy i znalazły one odbicie w jego utworach. Mając 14 lat, wyjechał do Krakowa, gdzie debiutował jako poeta wierszem „Podhale zimą”. W wieku 18 lat przeniósł się do Warszawy. Był jednym z młodych debiutantów (obok Hłaski, Stachury, Grochowiaka i Nowakowskiego) pokolenia „Współczesności”, które wkroczyło do literatury ostentacyjnie i hałaśliwie, przekonane, że tylko krzyk wyrazi prawdę o współczesnym świecie. Ówczesna Polska to czas stalinowskiej odwilży i monokultury, czas Gomułki i wszechobecnej propagandy partyjnej. Jadwiga Staniszkis, długoletnia partnerka pisarza, wspomina, że śmieszyło go środowisko władzy, której nienawidził. Jakby na przekór otaczającej go zgniliźnie socrealizmu, żył po swojemu, dystansował się, egzystował obok. Tworzył. Pisał szybko, dużo, z potrzeby odreagowania na swoisty terror filozofii masowych i wbrew poprawności politycznej. Stworzył bohatera zbuntowanego, egzystencjalistę – takiego na swój obraz i podobieństwo.

Utrzymywał się z literatury i święcił sukcesy (po jego debiucie w „Twórczości” Stanisław Lem porównał go do Dostojewskiego), przekładano i wystawiano na świecie jego utwory. Nigdy nie był skromny: „Jest pierwsza liga i jest druga liga, i trzecia, tak jak w piłkarstwie. W pierwszej lidze – mówię o sztukach, no to gra Mrożek, ja i Różewicz ewentualnie. Kilku pisarzy lubię. Kilku uważam za wicechujów i tyle”.

Wielkiej popularności przysporzył Iredyńskiemu tom „Wszystko jest obok” – zbiór poetyckich rozważań o beznadziejności życia, samotności, nieuniknionej śmierci, z całą ohydą fizycznego rozkładu ciała. Napisał też „Męczeństwo z przymiarką” – dramat psychologiczny, antycypujący problematykę kryzysu małżeństwa (Iredyński ożenił się z Maszą Kapelińską w wieku niespełna 18 lat). Wreszcie – najbardziej znana powieść pisarza, „Dzień oszusta”, moim zdaniem jedna z najbardziej przygnębiających książek w „czarnej” literaturze polskiej. Mordercy, degeneraci i wszelkiej maści dewianci mogliby uczyć się z niej „fachu”, bezlitośnie obnaża ludzką ohydę moralną. W rozmowie z Arturem Ilgnerem Iredyński powiedział: „[…] piszę o jednostce wobec przemocy. To bym określił jako swój główny temat”. Książka wywołała burzę. Uznano, że autor „Dnia oszusta” jest bohaterem utworu (jego styl życia dawał ku temu podstawy; niejednokrotnie notowany był przez MO jako alkoholik i chuligan). Naraził się władzy jako propagator niepoprawnych treści, postanowiono go zniszczyć. Oskarżony o próbę gwałtu (była to mistyfikacja), trafił na 3 lata do więzienia, skąd wyszedł z piętnem zaszczucia. W rozmowie ze Zbigniewem Jerzyną w „Przeglądzie Tygodniowym” gorzko wspominał tamten czas: „[…] ten Sztum to mnie przeorał na wskroś. Wszystko we mnie pozabijał”.

Lata 1966-1969 to już wyraźna cenzura jego twórczości. W latach 70. powstały trzy tomy prozy, „Człowiek epoki”, o wyraźnie autobiograficzno – rozrachunkowym charakterze. Pisarz jakby złagodniał, dotychczasowa brutalność ustąpiła miejsca wrażliwości i delikatności. Dowodem tego są teksty piosenek jego autorstwa (polecam, są dostępne na YouTube). „Moja miła, moja cicha, moja śliczna” w wykonaniu Jerzego Połomskiego, „Magiczne ognie” śpiewane przez Grażynę Łobaszewską, czy choćby „Anatomia miłości” w interpretacji Barbary Brylskiej – to perełki.

Iredyński mawiał o sobie, że jest łagodnym i lirycznym poetą. Nie mam co do tego wątpliwości. Lubił kobiety, a one jego. Miał dwie żony i kilka poważnych, głośnych romansów. Był przystojny, inteligentny, błyskotliwy. Niczym aktor teatru, który nieustannie tworzył. Marek Nowakowski, przyjaciel pisarza, tak go wspomina: „Przedstawiać się kobiecie jako straszny zbir, jako brutal, cynik, a potem czułym nagle być. To teatr. To mienienie się zachowań, reakcji”, a Dorota Marczewska dodaje: „Lubił prowokować, grać, być jako ten demon zła, a było to tylko przykrywką jego wrażliwości, piekielnej inteligencji i nadświadomości”.

Jadwiga Staniszkis w filmie „Errata do biografii” wspomina ich związek jako traumatyczny i toksyczny: „Pił dużo, trzeba go było przywozić, być przy nim, pamiętać, by zawsze w lodówce była ćwiartka, jak miał lęki”. Iredyński sam nigdy nie przyznał się do tego, że się upija. „Piję, owszem, ale jestem trzeźwy” – mawiał. Stale utrzymywał poziom alkoholu we krwi, przez co – jak twierdził – nie miewał kaca. Pił tylko czystą. Jak relacjonuje Dorota Marczewska (córka Teresy Polkowskiej, drugiej żony Iredyńskiego), często „wychodził z butelką w siatce i popijał po drodze”. Opowieści o jego ciągach alkoholowych i wybrykach przeszły do legendy. Bardzo mu na niej zależało, wręcz pielęgnował ją. W książce „Każdy szczyt ma swój Czubaszek” autorka wspomina swoje wesele, na którym był Iredyński. Przysiadł się do jej nobliwej matki i w rozmowę wplatał słynne „kułwy” (nie wymawiał „r”). Zachwycona nim matka nawet nie protestowała… Czubaszek pisze: „Gdyby przyjęcie potrwało trochę dłużej, Iredyński przekonałby ją do kułwy i wódki. Niewykluczone, że nauczyłby ją, jak zamrozić kota. Bo krążyły plotki, że kiedyś to zrobił i poczęstował gości”. Pewnie sam tworzył te historie, bo zależało mu, by szokować i grać rolę okrutnego brutala…

Chorował. Miał zwapniałą trzustkę. Na kilka tygodni przed śmiercią powiedział w wywiadzie radiowym: „Każdy litr wypitej wódki to dla mnie gra do jednej bramki”. Odchodząc z tego świata, miał zaledwie 46 lat… Zmarł 9 grudnia 1985 roku. Został skremowany i pochowany w katakumbach na warszawskich Powązkach.

Ireneusz Iredyński to pisarz zapomniany? Odkryłam go na nowo i pewnie zostanie ze mną na zawsze. Choć nazywano go skandalistą, playboyem i pijakiem, we wspomnieniach przyjaciół pozostał ciepłym, serdecznym człowiekiem. Pozostawił wspaniałą spuściznę literacką – sięgajmy po nią, jest tego warta.

MAŁGORZATA SZMAŁZ