KUŹMA: Miniatury

Fot. Pixabay.com

Cmentarne róże

Przechadzając się pogrążoną w smutku aleją, wsłuchuję się w słodycz melodii wyrzeźbionej na dnie duszy. Wspomnienie brzmienia, tak odległe i zszargane zawodną pamięcią, wciąż żywcem wyrywa chore z miłości serce, pozostawiając po sobie jątrzącą się ranę. Atakująca samotność, zapachy kadzideł i rozoranej ziemi pogłębiają melancholijny trans podczas odwiedzin miasta umarłych. Czuję się, jakbym już należał do tego miejsca.

W końcu odnajduję przeklętą ścieżkę i, uważając na nierówności kamiennych płytek przypominających pogruchotane kości, kieruję się w morze granitu i marmuru. W spoconej dłoni ściskam bukiet róż, których szkarłatne płatki wyglądają jak świeża krew. Nie mam przy sobie znicza. Tylko kwiaty przywodzące na myśl uczucie skradzione przez zachłanną śmierć.

Wmawiam sobie, że przychodzę tu nie na ostatnie pożegnanie, a na koncert. I wciąż nie pojmuję odejścia Anieli — tak młodej i radosnej istoty o wielkich marzeniach, spełnianych, gdy oddawała się grze. Oczyma wyobraźni widzę smukłe palce wędrujące po klawiszach i skupienie malujące się na jej twarzy. Tutaj wyraźniej słyszę dźwięki, które tak bardzo kochała, a gdy z  poszarzałych chmur spływają lodowate strugi deszczu, można odnieść wrażenie, że cały świat ją opłakuje. Wystarczyła jedna niefortunna chwila nieuwagi, by zgasić płomień życia — zarówno Anieli, jak i mój.

Tracę rachubę czasu, tułając się między światami, niezdolny do zagrzania miejsca innego niż przy jej boku. Wybudzam się dopiero po piekielnej chwili, czując, jak po policzkach spływają gorące łzy maskowane ulewą. Kładę bukiet na grobie w kształcie fortepianu upamiętniającym żar pasji Anieli, muskam chłód nieruchomej nakrywy. Usiłuję nie spoglądać na zdjęcie i napisy. Staram się powrócić do żywych, ale opętany żałobną muzyką, nie potrafię.

 

Przewodnik

Cuchnące powietrze da ci znać o tym, że zbliżasz się do miasta koszmarów. Pordzewiałym mostem górującym nad rzeczną breją, na której powierzchni unoszą się gnijące ryby, skieruj się w gąszcz obskurnych kamienic udekorowanych wulgarnymi napisami. Zapewne zauważysz obszarpańców oblegających pustostany, przyspiesz więc kroku, gdy któryś chwiejnie ruszy w twoim kierunku.

Dalej obojętnie przejdź obok starego szpitala z królującą zarazą, gdzie wymęczone twarze spojrzą na ciebie poprzez osmolone szyby. Udaj, że ich nie widzisz. Bzz. Znając cię, wiem, że zerkniesz na pęknięty ekran, gdy z gąszczy myśli wyrwie cię wibrujące powiadomienie. Jedno. Drugie. Trzecie. Otworzysz kolejną stronę, by wypłynąć w brud fałszywych informacji, w nadmiar niepotrzebnych treści, pustych i toksycznych komentarzy. Strzeż się, łatwo utonąć w tym bagnie.

Na następnej przecznicy dołącz do nurtu złożonego ze stłoczonej masy. Popychany, wyśmiewany, podeptany, zawalcz o miejsce w niekończącym się szeregu, gdzie próżno szukać jakichkolwiek zasad. To tutaj odkryjesz skażenie własnego serca, nieczystość otaczających cię dusz. Tylko nie upadnij na ciernistej drodze, wielu właśnie na to czyha. Jeśli dopisze ci szczęście, zdołasz wdrapać się na zaśmiecone szczyty. Wszystko jasne?

 

Gnicie

Gdy wpatruję się w tablicę informacyjną, napis „Opóźnienie” dręczy mój umysł, a pięta rytmicznie uderza o podłogę. Nigdy nie grzeszyłam cierpliwością, tym bardziej podczas marnowania czasu w wypchanej po brzegi poczekalni. Wskazówka zegara zdaje się ze mnie kpić, gdzieś wśród wrzawy niesie się ryk oskarżający kasjerkę o zaistniałą sytuację. Furiat wyzywa z taką pasją, jakby mogło to przyspieszyć pociąg, który utkwił nie wiadomo gdzie i z jakiego powodu. Wzdycham ciężko. Mówią, że nieszczęścia lubią chodzić parami, dlatego zastanawiam się, co jeszcze pójdzie dziś nie tak. Przeklęte poniedziałki.

— Aneta? — słyszę obok znajomy głos, którego tak bardzo mi brakowało, i naraz otaczająca mnie przestrzeń traci na znaczeniu.

Lena wygląda dokładnie tak, jak ją zapamiętałam: dziewczyna o uśmiechu boskiej Wenus, hardych oczach i zamiłowaniu do rozjaśnianiu włosów. Zamieram, gdy krzyżują się nasze spojrzenia. Od razu przypominają mi się spędzone razem lata, wspólne szukanie kłopotów o nieprzyzwoitych godzinach, koncerty i wypady nad morze. Potem nagle wszystko się urwało. Lena nie zdążyła się nawet porządnie pożegnać, a ja winy doszukiwałam się w jej matce, która nienawidziła naszej znajomości. Podobno po moich wizytach sprawdzała, czy przypadkiem nie zwinęłam jakiegoś drogocennego drobiazgu. „Nie powinnaś się z nią zadawać” — zwykła szeptać do córki. Udawałam, że nie słyszę. Teraz jakaś część mnie krzyczy, że cała nasza relacja oparta była na czystej złośliwości Leny, która lubiła sprawiać problemy nadgorliwej rodzicielce. Wciąż łudzę się, że to nieprawda.

— Nie wierzę… — urywam, przygryzając usta. To naprawdę ona. Witam się i ginę w jej ciepłym uścisku. — Co za spotkanie…

— Prawda? — Przystaje obok jak gdyby nigdy nic.

Nie wiem, co powiedzieć. Minęło tyle czasu. Tyle pytań bez odpowiedzi. Budzą się uczucia, które upychałam głęboko na dnie pamięci. Lena kiedyś wiele dla mnie znaczyła. A przynajmniej tak mi się wydawało.

— Też utknęłaś w tym bagnie, co? — Wodzi wzrokiem po zgromadzonych z wyraźnym obrzydzeniem. — Jak tam życie?

— Jakoś leci. — Wzruszam ramionami. Trudno przeoczyć jej markowe ubrania i przywiązanie do luksusu. Jej dystyngowaną aurę, z pewnością przyciągającą kieszonkowców.

Niepytana zaczyna o sobie opowiadać, wymachując przy tym smartfonem i biletem. Biznes klasa. Nie powinno mnie to dziwić. W końcu to dziewczyna z najdroższej dzielnicy w mieście, która zaraz po otrzymaniu prawa jazdy rozbijała się białym porsche po ulicach. Po chwili wsłuchiwania się w jej paplaninę moja dusza zaczyna wędrówkę do innych światów. Mimo to wymieniam z nią fałszywe uśmiechy, udając, że obchodzą mnie jej studia na prestiżowym uniwersytecie czy jej awans na dyrektorskie stanowisko, podejrzanie szybki. Wygląda na to, że Lena lubi słuchać własnego głosu, zupełnie jakby przeistoczyła się w kopię chełpliwej matki. A może od zawsze takie zachowanie leżało w jej naturze? Tylko nie potrafiłam tego dostrzec, gdy łapała mnie za rękę, szeptała do ucha tysiące kłamstw i fundowała bilety na koncerty. Ponosi ją ten cały sukces, a ja zaczynam podejrzewać, że właśnie dlatego unikała mnie tak długo. Najwyraźniej taka niewarta uwagi, dawna, zabiedzona… Właśnie. Kim naprawdę dla niej byłam? Nie potrafię odpowiedzieć.

— Najnowszy model. — Śmieje się, podążając za moim wzrokiem utkwionym w smartfonie. Jej śmiech przypomina nieprzyjemny chrobot.

Chyba chce na mnie zrobić wrażenie, tak przynajmniej to odbieram. Popatrz, stać mnie na coś takiego. Na moje usta niemal cisną się słowa: „No i co z tego?”. Nie rozumiem. Naprawdę nie rozumiem. Najwidoczniej nie wpisuję się w ramy tego komercyjnego świata.

Zdradza mnie twarz. Chyba mam na niej wymalowane te wszystkie emocje, ponieważ Lena unosi brew i patrzy na mnie oczami pełnymi politowania. Nie podoba mi się jej oceniające spojrzenie. Jakby chciała, żebym poczuła się przy niej tanio. Niemal słyszę, jak w myślach nazywa mnie idiotką, nieudacznikiem, i Bóg wie jeszcze czym. Może wolę nie wiedzieć.

Zapada między nami duszące milczenie. Zaczynam rozważać zaszycie się w leśnych głębinach, byle tylko uciec od przytłaczającego zgiełku, życia na wariackich papierach i definiowania ludzkiej wartości grubością portfela. Aż robi mi się od tego niedobrze. Odchrząkuję.

— Wiem już, co robiłaś przez te wszystkie lata – mówię.

Lena mruga, ale zanim zdąży coś powiedzieć, kończę:

— Gniłaś.

Nie obchodzi mnie, czy wyjdę z tej konfrontacji z twarzą, czy bez, co sobie o mnie pomyśli. Nim chwycę za walizkę i oddalę się w tłum, mierzymy się wzrokiem jak bokserzy przed walką o mistrzowski pas, a mój nagły uśmiech wyraźnie wybija ją z rytmu niedowierzania i wściekłości widocznej na purpurowych policzkach. Cieszę się z tego spotkania. Los mi ją zesłał, żebym już nigdy nie żałowała dawnej straty.

ALEKSANDRA KUŹMA