STOJAK: Enklawa

Fot. pixabay.com

Nieprzebranie czułość we mnie wezbrała, czułość wielka, a to noc i ciemność. Jeszcze wczoraj wierzyłam, że to się nie spełni, że marzenia to tylko marzenia i mrzonki. A świat zawirował, zakręcił się niczym kobieta w spódnicy rozkloszowanej i z kurpiowskim motywem, jak kobieta w tańcu i zezwolił na więcej. Zezwolił, by spełniły się noce i dni, nie dzisiaj, nie wczoraj, a jutro, a pojutrze, by się spełniły, żeby się spełniły… Niewierząca byłam, nie wierzyłam, że marzenia mogą się spełniać. To są spełnione marzenia. Są faktem, który mocno trzymam w dłoni. Stałam tak w dzień i w noc stałam, i patrzyłam tak, stojąc, i byłam zmęczona, ale szczęśliwa. Czekałam na stojąco, by złapać szczęście w swoje ręce, by niczego nie przeoczyć, nie przegapić. Nie wybaczyłabym sobie przeoczenia. Nie można błądzić znowu, nie można zwlekać, trzeba stać i pilnować. Trzeba iść.

Już tak przeoczyłam słońce, przeszło na zachód nim się spostrzegłam, nie zauważyłam,
a ono było już na zachodzie, zaszło, a ja nie zauważyłam. Zachodzące słońce zaszło nim wzeszło. Powinnam tego dopilnować, ale byłam zmęczona. Życie mnie zmęczyło nim zamknęłam oczy. Teraz nie zasnę, nie zasnę więcej, przypilnuję słońce nim pójdzie na manowce.

Nie wiem, ile czasu zostało do zachodu, do wschodu, nie liczyłam dni, ani godzin, zostały minuty, nie, minuty przeleciały jak wiatr. Trzymam wieki całe na uwięzi, trzymam dla siebie, dla ciebie, dla nas, bez nas. Nie pozwolę odejść ci beze mnie. Beze mnie już byłeś. Zgubiłeś się w lesie, do którego ścieżką dreptałeś, a drogę zgubiłeś. Nie pozwolę zagubić ci się więcej, więcej nie pójdziesz do lasu sam, ani beze mnie.

Otworzyłam okno szeroko, by stanąć bliżej nocy. Była noc, bo skończyła się jasność. Stanęłam blisko ciemności, bo jasność już odeszła i stanęłam bliżej ciebie. Ujrzałam twoją twarz i ciebie całego w świetle księżyca, który przyświecał całą mocą, by oświetlić ci twarz.

Ból, który był we mnie, odszedł i jestem bez bólu, znowu wolna. Wszelkie bóle poszły, a ja nie oglądam się wstecz. Idę przed siebie, idę drogami, którymi chodziliśmy. Znowu idziemy, w radości, bez bólu. Idziemy jedną drogą, blisko i przy sobie, i droga nasza nie ma końca. Nie widzę, gdzie się kończy, jej koniec jest niewidoczny, nie wiem, gdzie jej kres.

Przyszłam do domu, w którym mieszkam. Gdzie w czajniku gotuję wodę na herbatę albo kawę. Napijemy się, bo dzisiaj nie piliśmy jeszcze, herbatę tak, ale kawę – nie. Napijemy się, a potem potrzymasz mnie za rękę, pogłaszczesz jak kota. Koty lubią głaskanie, ja nie, ale ty mnie głaszcz. Może kupimy sobie kota. Och, kota nie, bo koty lubią głaskanie, a ja nie. Głaskanie nie ma nic wspólnego z duszą. To ciało nie lubi, jak koty ocierają się o nogę. Dusza daje im mleko…

Zbudowałeś dom, nie z klocków, nie z marzeń. Dom z cegieł, czerwonych. Dom, który jest enklawą spokoju. Zamieszkamy w enklawie, w domu, który jest nasz. Spokojny dom. Nasz dom, podobny do ciebie i do mnie. Dom z duszą.

Ogarnia mnie czułość wszechmożna, mogłabym cię tulić całą noc. Potem bym była zmęczona, ale czułość do ciebie jest ważniejsza. Jest najważniejsza. Z czułością przytulam cię do moich piersi, tulę i nie jestem zmęczona, chociaż wczoraj byłam. Gdy jesteś blisko zmęczenie odchodzi jak poranna mgła. Słońce wstaje, wita nowy dzień. Ja nie jestem zmęczona, z czułością podaje ci szklankę mleka, a kot tego nie widzi. Ach tak, nie ma kota. Jesteś ty, jestem ja i nasza enklawa.

MIROSŁAWA STOJAK