KANICKA: Gdzie należy szukać samego siebie

Dobrze czyta się przemyślany i dopracowany debiut poetycki. Można wówczas powiedzieć, że jest udany. Z pewnością można do takich zaliczyć “Wpół do czwartej”. To książka poetycka Wojciecha Dobrowolskiego, która została wydana nakładem Wolnej Inicjatywy Artystycznej “Wytrych” na początku października 2022 roku.

Publikacja intryguje już grafiką na okładce. Symbolizującego wolność ptaka uwikłano w szereg innych elementów, co w połączeniu z tytułem sugeruje różne niedopowiedzenia i wskazuje na zawiłości, których może się spodziewać czytelnik. Tytułowa godzina oznacza czas, gdy nie wszystko jest jasne, gdy należy się zastanowić, czy to już realny, czy jeszcze senny obraz. Podmiot liryczny, mówiący: “… patrzyłem jak ziemię unosi pierwszy oddech/ dnia, do którego podobno każdy dotrwa/ tylko raz” (“Przed wschodem słońca”, s. 7) daje pewną wskazówkę, jak odczytywać całość zbioru, który jest swego rodzaju metaforą zatrzymania. Artysta robi to jednocześnie w tak realistyczny sposób, że odbiorca czuje, jakby wkraczał w jakiś prywatny zakamarek: “Od teraz trzeba iść w ciemności, przed własnymi śladami, zostawiając w pamięci drogę odwrotu” (“Na grobli”, s. 5).

Wojciech Dobrowolski zabiera czytelnika w świat mu najbliższy. Można śmiało powiedzieć, że wiersze mają charakter biograficzny, co sugerują dedykacje przy utworach. Jednak utwory te nie są ckliwymi opisami, a podróżą i sięganiem do najbardziej oddalonych zaułków pamięci, a w nich do ludzi oraz miejsc, w których przebywali. I to właśnie miejsca – i oddanie swojej małej, beskidzkiej ojczyźnie – są pierwszym, choć zaznaczam, nie najważniejszym, punktem tego zbioru: “Przy drodze żółci się szeroki dywan, rzepak w płytkiej dolinie/ kontrastuje z granatem odległych gór…”. (“Imre Kertész czyta Dziennik geniusza”, s. 29).

Poeta maluje słowem krajobrazy z wyostrzeniem najważniejszych szczegółów. Przenosi odbiorcę w konkretne, występujące na mapie, miejsca, i przypina do nich pinezkę obecności: “leżałem na mokrej trawie gdy Beskidy jeszcze spały/ biodra wtulone w kołdrę zaciągniętą ze słowackich nizin/ ugniatały kamienie pełne zziębniętego wiatru” (“Przed wschodem słońca”, s. 7). Potrafi wyrysować te zakątki tak, by nie było żadnych wątpliwości, że trafiło się właśnie w te wyznaczone. Autor, zakochany w swojej krainie, świetnie sprostał zadaniu bycia przewodnikiem, pokazującym więcej niż wyuczone frazesy, sprzedawane kolejnym grupom zwiedzających. Jednak nie stosuje on opisów przyrody jako materiału przewodniego. Są one tłem tego, co ważne.

A co tak naprawdę jest ważne? Otóż artysta, poprzez przywołania miejsc, przedstawia fragmenty życia, tak, by przekaz nabierał prawdziwej mocy: “pokaszliwałem wciąż dymem z porannej koszuli/ wyzwalając łzy i zamglone pobliskie Skrzyczne/ (…)/ dopijając kawę daję czas trawie na ucieczkę/ gospodyni nie jest tak łaskawa” (“Znowu będziemy kosić trawę”, s. 10). Robi to tak, by czytelnik chciał w tej podróży uczestniczyć, dostrzegał ulotność chwil i zrozumiał, że z człowiekiem pozostaje to, co zapisze się w pamięci. Odtworzenie wydarzeń i ożywienie wywołanych przez nie odczuć jeszcze bardziej je urealnia.

To właśnie te aspekty stają się głównym tematem całego zbioru. Wojciech Dobrowolski, poprzez trwający monolog swojego podmiotu lirycznego, zaznacza przemijalność, m.in. przyrody: “nie dziwi mnie że z przyjściem jesieni schną liście/ im mocniej tym wyżej unosi je wiatr” (“Pustoszeją topole”, s. 22), jak i ludzi: “Obudź się – tato!” (“Obudź się tato”, s. 20). Dzięki temu wyczuwa się dominującą w utworach tęsknotę. Autor skupia uwagę czytelnika na człowieku, jego byciu w różnych sytuacjach: “pierwsze czereśnie ochrzciłem pluciem pestek/ opadały spokojnie w zapomniany krajobraz traw” (“Czerwcowe”, s. 11) czy “stoję i płaczę/ gdy piłka wpada kolejny raz w krzypopę” (“Sekretne życie pokrzyw”, s. 18). Zwraca uwagę na to, jak wiele istotnych kwestii pojawia się w trakcie całego życia i z czym trzeba sobie poradzić, by móc powiedzieć: “teraz jestem bardziej odporny na ból/ ale i mniej chętny do grania w piłkę/ na byle poletku” (j.w.).

Podmiot liryczny Dobrowolskiego, poza tą ulotnością, ukazuje również dramatyzm. To coś więcej niż nawiązanie do poparzonych pokrzywami łydek. Potrafi opowiedzieć o historii, “kiedy trzeba było na łeb na szyję uciekać na drugi brzeg rzeki” (“Dobry dzień cioci”, s. 17), a wspomniana w wierszu osoba “zabrała w albumie piędź ziemi dając szansę przeżycia korzeniom” (j.w.). Autor mówi tak o czyjejś potrzebie, dzięki której on sam teraz istnieje, bo “dlaczego nie miałbym być sobą / i odkrywać prądy wznoszące kurz albo liście / właściwie to mnie samego” (“***”, s. 26). W ten sposób poeta ukazuje trwającą od zawsze nić łączącą pokolenia, by mógł zadać pytanie: “czy z jednej pestki Boże/ odbudujesz raj” (“***”, s. 15) i powiedzieć sobie wprost, że należy chronić to, co zapisane w ludzkiej pamięci, gdyż za chwilę pojawią się kolejne obrazy, a on sam stanie się “miejscem które zarośnie las” (“***”, s. 19.) – tłem, przestrzenią zapomnienia.

“Wpół do czwartej” z jednej strony nie narzuca odbioru, a z drugiej jest dojrzałym spojrzeniem w siebie – bo, jak przeczytać możemy już we wstępie: “Patrzę jeszcze chwilę za siebie na czarne drzewa i ciche stawy; otrzepuję przyklejony śnieg” (“Na grobli”, s. 5), a tytułowa niepełna godzina jest motywatorem postrzegania życia, które trwa nie tylko z nami w roli główniej, ale również w naszych wnętrzach. Książka Wojciecha Dobrowolskiego nie pozwala czytelnikowi na znużenie: wymaga dużego skupienia uwagi, by nie przeoczył najmniejszych szczegółów – tak jak nie można ich przeoczyć w trakcie życia. Bo to właśnie szczegóły tworzą człowieka, a człowiek jest częścią otaczającego go świata.

SYLWIA KANICKA


Wojciech Dobrowolski, “Wpół do czwartej”, Wolna Inicjatywa Artystyczna “Wytrych”, Bielsko-Biała 2022.