BILIŃSKA-STECYSZYN: Melancholia Wokulskiego

Rys. Edward Knapczyk (2001). Aktor Mariusz Dmochowski w roli Wokulskiego. Domena publiczna.

Izabela Łęcka według profesora Krzysztofa Rutkowskiego nie była głupią kobietą (zgadzam się!) ani pustą lalką (tu się nie całkiem zgadzam – jako typowy produkt swojej sfery, była pusta). Kochała się w Apollinie (miała taki posążek, do którego wzdychała), a on, jak wiadomo, był nie tylko opiekunem Muz, ale i niezłym skurczybykiem. Na przykład dzieci miał z dwiema boginiami, a ścigał i napastował trzecią, Dafne. Więc Bela się w Wokulskim – mimo wszystko! – kochała na swój sposób, bo ten “nikczemnik”, “brutal”, wciąż ją “prześladujący” (“Dlaczego pan nas tak prześladuje?”), utożsamiał jej się w tym “napastowaniu” z Apollinem. Przy chuderlakach marszałku i baronie, ze swą budową gladiatora, wydawał jej się zresztą do Apolla podobny. Ach, jakże słodko omdlałaby w ramionach takiego. Gdyby tylko nie był kupcem…

Natomiast Wokulski nie kochał Beli! Zdał sobie z tego sprawę w Paryżu. Dlaczego w takim razie zaraz potem pojechał jak wariat do Zasławia, na wieść, że będzie tam panna Łęcka? Tego profesor już dokładnie nie wyjaśnił. To znaczy – wyjaśnił jakoś mało (mnie) przekonująco. Bo że Stach się wcale nie wysadził w ruinach, to ja wiem od dawna, zawsze w to wierzyłam. Ale to wszystko stało się w wyniku wielkiej przemiany, jaka dokonała się w Wokulskim podczas pobytu w Paryżu. To miasto jest zdaniem profesora Rutkowskiego – polskiego paryżanina – równie ważne w “Lalce” jak Warszawa, a nawet dla losów głównego bohatera ważniejsze. Miasto – żywy organizm, intrygujące i fascynujące. Wokulski chodził po nim non stop pijany. Paryż zachwycał go i wciągał w swoje trzewia. Co ciekawe, Stach zamawiał do numeru karafkę koniaku, a w Paryżu nigdy nie podawano koniaku w karafkach! Prus, tworząc w “Lalce” paryskie sceny, znał to miasto tylko z książek, zdjęć, map, sam był w nim dopiero później. Ale z tą karafką to podobno nie pomyłka, tylko symbol odlotów Wokulskiego. Tak czy siak te pijaństwa i odloty diagnozuje profesor jako chorobę bohatera. Już doktor Szuman stale powtarzał, że Stach cierpi na nieuleczalną chorobę romantyzmu. Ale to coś więcej! Profesor u Stacha diagnozuje melancholię. W dodatku taką, która jest znacząca, jest wartością samą w sobie, której za nic nie da się wyleczyć (i chyba Stach wcale nie miał takiego zamiaru).

Dawna melancholia to dziś depresja, teraz by doradzono Stachowi prozac i leżankę u psychoanalityka, a wtedy co? Najwyżej alkohol i jakieś wody w uzdrowiskach. Nic, tylko zniknąć. Wrócić nad Sekwanę i do Geista, dać się znowu wchłonąć temu paryskiemu organizmowi. Lub jeszcze inaczej pozacierać za sobą wszelkie ślady, nie wiadomo… A może pójdę dalej – to już ja, nie profesor Rutkowski. Może Wokulski cierpiał na afektywną dwubiegunową? A to się żwawo rzucał w pościg za Belą i widział w niej bóstwo, a to nią gardził i się rzucał pod pociąg. Kto wie? I jeszcze jedno pytanie: Czy sam Prus przytaknąłby profesorowi Rutkowskiemu, gdyby usłyszał jego tezy (w programie “Chuligan literacki” w TVP Kultura)? Czy takie historie wymyślił pisarz z pełną świadomością, czy może wyszły mu przypadkiem, bowiem geniuszem był?

Bo że “Lalka” jest genialna, to oczywiste. Dla profesora Rutkowskiego to największe (wraz z “Dziadami”) dzieło polskiej literatury. To również moja najukochańsza polska powieść. Krzysztof Rutkowski, jak oznajmił, wraca do niej przynajmniej raz w miesiącu. I wciąż odkrywa coś nowego.

To wiem. Ja też kocham “Lalkę”. Kocham Stacha, nie lubię Izabeli, i aż mnie zatyka ze współczucia, ale przede wszystkim z szacunku i podziwu, gdy słyszę – SŁYSZĘ! – jak Wokulski jej mówi “Farewell, miss Iza, farewell”. Wymyślam własne zakończenia i przy każdym czytaniu doświadczam nowych odkryć i wzruszeń.

Zanim w liceum przeczytałam “Lalkę”, najpierw byłam ze szkołą w kinie na ekranizacji powieści w reżyserii W. Hasa. Nic a nic mnie nie obchodziła ta biuściasta i nadęta Bela (zresztą ja Beatę Tyszkiewicz najbardziej lubię w epizodzie “nie kop pana, bo się spocisz” z “Kingsajzu”). Tęgi, zwalisty Wokulski – Dmochowski też mało mnie wzruszał. Przy okazji – dla mnie już na zawsze Wokulski będzie miał twarz i głos Jerzego Kamasa z późniejszego serialu telewizyjnego, a Rzecki – Bronisława Pawlika (Małgorzata Braunek jako Bela też była niezła). W filmie Hasa największe wrażenie zrobiła na mnie scenografia, zwłaszcza te góry śmieci i zdechły koń. Byłam za smarkata na rozterki miłosne bohaterów i w ogóle jakiekolwiek głębie. Kiedy krótko potem czytałam powieść, bardzo mnie śmieszyły sceny ze studentami, zwłaszcza te w sądzie, gdy Patkiewicz udawał trupa, a baronowa Krzeszowska spazmowała – i tyle. Czy na studiach czytałam ponownie, bo jako filolożka polska musiałam, tego już nawet dziś nie pamiętam. Wciąż na geniusz Prusa byłam zbyt fiu bździu. Aż gdy jako nauczycielce przyszło mi uczyć w liceum… Miałam wtedy jakieś 28 lat, może 30. Znów musiałam sięgnąć do “Lalki”, skoro miałam nauczać o niej. Wypożyczyłam książkę z biblioteki – i zatonęłam. Do tego stopnia, że gdy doczytałam ostanie słowo, od razu zaczęłam czytać powieść raz jeszcze, od początku do końca, tak ogromny był mój zachwyt i tak żal mi było się z nią rozstawać. Potem przez wiele lat czytałam sobie “Lalkę” w każde wakacje, potem jeszcze – gdy sama miałam już doświadczenia kobiety dojrzałej, macierzyńskie, rodzinne – dołączyły do moich ukochanych lektur wakacyjnych “Noce i dnie”, więc czytałam obie powieści na przemian. Ostatnio jednak mam kilkuletnią przerwę, trzeba to nadrobić – i niekoniecznie tylko w wakacje.

HANNA BILIŃSKA-STECYSZYN