Piszmy to, na co mamy ochotę – wywiad z pisarką Patrycją Pustkowiak

Fot. Szara Reneta. Na zdjęciu Patrycja Pustkowiak.

W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że “W życiu jestem bardzo miła, w pisaniu bardzo niemiła”. Jaką pisarką jest Patrycja Pustkowiak? Czy zgodziłaby się Pani z twierdzeniem, że jest Pani pisarką wyrazistą?

– Zgadzam się z teorią twórczości, którą wygłosił Woody Allen, myśląc o Szymborskiej, że pisarz powinien być głęboki i tak dalej, ale jego najważniejszym zadaniem jest zabawienie czytelnika. Szczególnie w czasach, gdy musimy konkurować z YouTube`em i Instagramem! W swoich książkach zawsze starałam się przedstawić taką bohaterkę, która przykuwa uwagę, jest dziwna, prowokująca, wyrazista właśnie, bo wydaje mi się, że bez tego nie ma dobrej powieści. W książkach buduję jakieś dziwne alter ego, które bywa dość odległe od tego, kim jestem prywatnie, ale myślę, że ta metoda ma sens. Ilekroć próbowałam pisać “sobą”, to jakoś nie wychodziło, było płaskie, nudne. Chyba w pisaniu wolę przekroczyć siebie, zrobić coś zaskakującego, chorego wręcz, coś, na co mnie nie stać w życiu. Tylko wtedy to jest ciekawe też dla mnie. Wchodzę w swoje książki, tak jak chyba wchodzi się w gry “role playing” – gram dziwną, pojechaną rolę, której nie miałabym odwagi grać w życiu, testuję różne scenariusze, dopuszczam do głosu jakieś dziwne wersje siebie, które na co dzień pozostają w ukryciu, zanurzam się we własnych dziwactwach, badam swoją piwnicę Fritzla. Gdybym po prostu opisywała swoje życie “jeden do jednego”, zupełnie mnie by to nie bawiło. Pisząc, chcę być chyba kimś, kim nie mogę i nie umiem być na co dzień. Bardzo mnie to kręci i chyba właśnie dlatego chce mi się siedzieć przy kompie tyle godzin.

Zetknąłem się z Pani twórczością dzięki mojej znajomej, która kilka lat temu pożyczyła mi “Nocne zwierzęta”. Książkę wziąłem ze sobą, wyjeżdżając do Ustki. Siedziałem we wrześniu w koszu plażowym i czytałem… i byłem coraz bardziej zafascynowany. Nawet nie bohaterką, która jest osobą tragiczną, ale mistrzowskim sposobem, w jaki Pani napisała swoją debiutancką powieść. Co Panią zainspirowało do napisania tak mocnej książki?

– Przede wszystkim brak wtedy takiej bohaterki w literaturze. Szczególnie polskiej, bo od niej się głównie odbijam, ale kiedy pisałam “Nocne zwierzęta”, nie bardzo mogłam znaleźć podobną bohaterkę w ogóle – samotną, zanurzoną we własnym świecie, skupioną na sobie, nie na innych, przede wszystkim na związkach z innymi, pogrążoną w depresji i używkach, złośliwie komentującą świat. Potem jakoś nastąpił wysyp tego typu bohaterek, szczególnie tych “używkowych”, więc może coś krążyło w powietrzu i też to wyłapałam? Wielką inspiracją dla mnie wtedy, pamiętam, było “Poszerzenie pola walki” Houellebecqa. Zastanawiało mnie to, że facet może opisywać swoje rojenia samotnika z gruntu nienawidzącego rzeczywistości, mającego problem z tym, by przebić się do współbraci, zdegustowanego współczesnością, a nie ma podobnej narracji kobiecej. Sama jakoś czułam się wtedy podobnie jak ten bohater i postanowiłam coś wokół tych uczuć i refleksji literacko nakręcić. Bardzo pasjonowała mnie w młodości literatura “używkowa” wszelkiego rodzaju, to pokłosie tych fascynacji. Proszę pamiętać, że gdy to pisałam, miałam tylko trzydzieści lat. Uwielbiałam “Pod wulkanem” czy Bukowskiego, podobała mi się “Moskwa-Pietuszki” i chciałam spróbować zrobić kobiecą wersję podobnej literatury, a też i może powiedzieć coś o społeczeństwie polskim ówczesnych czasów. Bo tak to chyba wyszło – moje ambicje były niby skromne – napisać coś o pogrążonej w używkach i zatraconej w sobie kobiecie, a wyszła z tego grubsza analiza społeczna pokolenia trzydziestolatków tych czasów, rodzaj satyry na ówcześnie promowany styl życia. Cóż mogę powiedzieć, sprawy wymknęły się spod kontroli, ale chyba to jest najlepsze w pisaniu.

Tamara, bohaterka “Nocnych zwierząt”, jest osobą uzależnioną od wszystkiego, od czego można się uzależnić (alkoholu, narkotyków, seksu, hazardu itd.). Czy pisząc swoją powieść, miała Pani wiedzę na temat uzależnień? Czy opierała się Pani jedynie na obserwacji życia dnia codziennego?

– Według mnie ona w ogóle nie jest uzależniona. Ona po prostu chce testować wszystko, co jest dostępne, dojść do kresu doświadczenia. Nie chciałam napisać powieści o uzależnieniu od czegokolwiek, nie znam się na tym. Nie jestem od niczego uzależniona, choć chyba tak chciano tę książkę czytać – jako osobiste wyznanie. Nigdy nim nie była. Jak już mówiłam, w pisaniu kręci mnie maksymalizacja własnego doświadczenia, jakieś totalne wyjście poza siebie, które oczywiście zaczyna się tam, gdzie jestem ja, ale od tego ucieka – pisząc, robię rzeczy, jakich nigdy nie zrobiłabym w życiu, wyobrażam sobie rzeczy, jakich nigdy nie chciałabym przeżyć, wchodzę w dziwną rolę, jakiej nie umiałabym grać na co dzień. To mnie właśnie w tym wszystkim podnieca. Charles Bukowski mówił, że nie pisze codziennie, ale jak mu się chce, to bierze butelkę wina, siada w swoim pokoju, zaciąga kotary i zaczyna to robić, oddziela się od świata – i to jest najlepsza impreza w mieście. Może nie robię tego dokładnie w ten sposób, ale chyba traktuję całą sprawę podobnie. Chcę się trochę zabawić, wejść w coś dziwnego, oddzielić od świata, który mnie mierzi i mi nie wystarcza.

Inna sprawa – muszę przyznać, że w latach swojej młodości miałam przyjaciółkę, która potrafiła żyć w sposób pod pewnymi względami zbliżony do Tamary i chyba też troszkę na niej wzorowałam tę postać – chciałam opisać kogoś, kto ma odwagę wyjścia poza system, pojechania do końca, zagrania na nosie światu. Ja nie umiem. Ale wzoruję się na najlepszych.

Powiedziałbym, że zupełnie inną powieścią jest “Maszkaron”, a więc Pani druga książka…

– Różne rzeczy słyszałam na temat tej powieści – że podobna i że zupełnie inna… “Maszkaron” też jest o bohaterce totalnej – która testuje na sobie granice tego świata i próbuje przed nim w rozpaczliwy sposób umknąć. Wymyka się obowiązującym kanonom, bo jest brzydka – wydawało mi się to ciekawą pozycją, z jakiej można obserwować świat, i znów jakoś sądziłam, że to była dość oryginalna perspektywa. Ktoś nazwał tę książkę esejem o brzydocie i może to było dość trafne. Tak czy siak chyba zawsze interesują mnie dziwne, nieprzystające do rzeczywistości bohaterki. Takie, które stoją z boku i z powodu swojego nieprzystosowania mogą powiedzieć coś ciekawego o naszym małym tu i teraz. Złośliwie je skomentować, wymknąć się oczywistościom.

Marianna, bohaterka Pani drugiej powieści – powiedzmy to – jest brzydka i z tego tytułu ma kompleksy. Czy myśli Pani, że my jako ludzie jesteśmy wzrokowcami? Czy rzeczywiście jest tak, że – jak powiada jeden z moich znajomych – “ładni mają w życiu łatwiej”?

– No są chyba nawet badania, które to potwierdzają. Ładni szybciej znajdują zatrudnienie i tak dalej. Ale mnie kompletnie nie interesują badania, statystyki. Nie piszę powieści społecznych, które pokazują jakąś kondycję. Raczej staram się po prostu znaleźć pewną oryginalną perspektywę, punkt widzenia, z którego rzeczy niby to oczywiste można zobaczyć inaczej. A perspektywy Tamary i Maszkarona wydawały mi się ciekawe, więc to zrobiłam.

Jak Pani ocenia kondycję polskiej literatury współczesnej? Czego Pani nie znosi w polskiej prozie? I czy jest coś, za co ją Pani lubi, a nawet być może i ceni?

– Rzeczywiście, jest chyba coś, czego nie znoszę i co jest bardzo popularne, czyli opisywanie swojego prowincjonalno-rodzinnego doświadczenia, choć niektórzy potrafią to świetnie zrobić (na przykład uwielbiam “Guguły” Wioletty Grzegorzewskiej) – trochę mnie nudzi kolejne nurzanie się we własnym dziadku i przemocowej rodzinie.

Nie chcę oceniać kondycji współczesnej literatury, zawsze uważałam, że pisarze powinni robić to, co im się podoba, i mieć gdzieś zdanie krytyków i różne “zapotrzebowania”. Nie, nie trzeba nam żadnej kolejnej “Lalki”, niczego nam nie trzeba. Piszmy absolutnie to, na co mamy ochotę, koniec.

Jak Pani myśli, dlaczego tak ciężko jest przebić się młodym pisarzom z własną twórczością na rynku wydawniczym? Niektórzy z nich decydują się na self-publishing, ale… czy nie jest to ślepa uliczka? No bo przecież czy ktoś, kto sam wydaje, ma szansę na to, żeby inni o nim usłyszeli?

– Nie do końca sądzę, że jest tak trudno się przebić z pierwszą książką. Wydaje mi się, że raczej trudno się utrzymać na powierzchni. Dziś mamy chyba do czynienia z czasem pierwszych i jedynych książek, a nie budowania trwałej pozycji autorskiej. Ludzie wydają jedną, może potem drugą książkę i przepadają, bo nikt nie chce inwestować w trwałą karierę autora. Chyba nikt w nią nie wierzy.

Czy pisarz to ten, kto pisze, nawet do tzw. szuflady? Czy jednak ktoś, kto jest w stanie utrzymać się z pisania? No bo chyba zgodzi się Pani z tym, że współcześnie nieporównywalnie więcej ludzi pisze, publikuje, niż np. miało to miejsce w czasach Remarque’a, kiedy pisali jedynie pisarze? Czy to dobrze, że dzisiaj po pióro sięgają również np. celebryci?

– Hm… Nie wiem chyba do końca, kto to pisarz. Rzeczywiście współczesność sporo tu namieszała. Ktoś to już chyba wygłosił, że dziś mamy do czynienia z nadmiarem publikacji i zbyt małą liczbą osób, które chcą to czytać. Na pewno nie powiedziałabym, że pisarz to ten, który potrafi utrzymać się z pisania. Wielu świetnych do dziś nie potrafi. Co do pisania do szuflady – też trudno mi sprecyzować pogląd, generalnie wydaje mi się, że sztuka żyje, kiedy żyje, czyli kiedy jednak wchodzi w obieg. Możesz zostać za nią skrytykowany, ale jednak coś nastąpiło, kogoś to poruszyło, zszokowało. Wyobrażam sobie, że mogą gdzieś istnieć genialne szufladowe dzieła, no ale że ich nie czytałam, to ich genialność pozostaje na zawsze potencjalna.

Co teraz pisze Patrycja Pustkowiak? Czy zdradzi nam Pani, o czym będzie kolejna powieść?

– Piszę trzecią powieść, ale niczego nie zdradzę, wolę atakować znienacka.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał:
JAROSŁAW HEBEL