HEBEL: Nieszczęśliwa historia

Fot. Anna Orzykowska. Na zdjęciu Katarzyna Dąbrowska i Barbara Wypych.

Wiele sobie obiecywałem, udając się na spektakl „Historia miłosna”, który w Teatrze Współczesnym w Warszawie wyreżyserował Wojciech Malajkat. Przyznaję, że początek jest obiecujący, ale im dalej, tym bardziej – w moim przekonaniu – to przedstawienie blednie i staje się mocno przerysowane w swojej wymowie. Przyczynia się do tego przede wszystkim za bardzo wydumana fabuła, gdzie jedno nieszczęście goni kolejne. To prawda, jak mówi potoczne powiedzenie, że nieszczęścia chodzą parami. Jednak można też powiedzieć, że co za dużo, to niezdrowo. Miałem więc ogromny przesyt ludzkich cierpień w tym spektaklu. Odniosłem wrażenie, że wygląda to tak, jak w tasiemcowych brazylijskich serialach, które oglądającego rozczulają i doprowadzają do płaczu.

Nie mówię już o oszczędnej scenografii z miniobrotową sceną, co jest tylko pewnego rodzaju dodatkiem i innowacją. Mnie bardziej interesuje treść spektaklu, który oglądam – i jak zagrali go aktorzy. Po obejrzeniu przedstawienia wyreżyserowanego przez Malajkata mam mieszane odczucia. Pokrótce jednak opowiedzmy, o czym jest „Historia miłosna”.

Widzimy dwie dawne kumpele – Katię (Katarzyna Dąbrowska) i Helene (Barbara Wypych), które spotykają się po latach i zostają parą. Po jakimś czasie chcą mieć dziecko, więc znajdują anonimowego dawcę nasienia. Gdy Katia zachodzi w ciążę, jej związek z Helene rozpada się i jej ukochana wyprowadza się od niej. Katia jednak urodziła to dziecko i wychowała. Gdy jej córka Kaja ma dwanaście lat, ona dowiaduje się o swojej chorobie nowotworowej. Wie, że umrze, więc szuka kogoś, kto zająłby się dzieckiem. Prosi o to swojego brata Roberta (Marcin Stępniak), znanego i cenionego pisarza. Jego problemem jednak jest częste sięganie po alkohol i nie jest on początkowo zainteresowany zajęciem się dwunastoletnią dziewczynką. Nieoczekiwanie to się zmienia – matka Kai umiera i zostaje ona pod opieką swojego wujka. Jakby tego było mało – na zakończenie dowiadujemy się, że nowy opiekun dziewczynki ma tętniaka mózgu. Jest to tzw. zakończenie otwarte. Widz zostaje skazany na dalsze wygenerowanie w swoim umyśle tej historii, a tym samym pośrednio – skłoniony do refleksji.

Katarzyna Dąbrowska i Barbara Wypych dobrze zagrały role, w których zostały obsadzone, chociaż nie do końca przekonująco. Marcin Stępniak jako pisarz i brat jednej z głównych bohaterek wypadł dość infantylnie. Ktoś inny powiedziałby – szkolnie. Dobrze zaprezentowała się Monika Pawlicka, obsadzona w roli ducha zmarłej w wypadku żony bohatera granego przez Stępniaka. Pochwaliłbym Agnieszkę Pilaszewską, aktorkę z ogromnym potencjałem, która w tym spektaklu miała niestety niewielką rolę kuratorki sądowej. No i – Szymona Mysłakowskiego, aktora niestety niedocenianego, który zagrał lekarza diagnozującego chorobę nowotworową. Chciałbym kiedyś Pilaszewską i Mysłakowskiego zobaczyć w głównych rolach na deskach Teatru Współczesnego.

Na brawa zasługuje Piotr Pawlik za reżyserię światła, które świetnie zgrywa się z opracowaniem muzycznym autorstwa reżysera Wojciecha Malajkata. Jako miłośnikowi teatru tradycyjnego podobało mi się, że nie sięgnięto po idące z postępem rozwiązania techniczno-audiowizualne itp. Dobrze, że nie posługiwano się kamerami i nie transmitowano obrazu na telebimy, co przecież coraz częściej zdarza się w trakcie spektakli teatralnych, a co teatralnie konserwatywnego widza może wprawić w konsternację lub irytację.

„Historia miłosna” nie jest najgorszym przedstawieniem, jakie dotychczas widziałem, ale niespecjalnie się nim zachwycam. Wiele lat temu, gdy Teatr Powszechny trzymał poziom, został wystawiony spektakl „Dotyk” Marka Modzelewskiego w reż. Małgorzaty Bogajewskiej. W jednej ze scen widzimy, jak kobieta/żona (Edyta Olszówka) dowiaduje się, że jej mąż (Szymon Bobrowski) zdradził ją z mężczyzną. Podobało mi się, że aktorzy w tym spektaklu byli w stanie pokazać autentyczne emocje, czego w przedstawieniu wyreżyserowanym przez Malajkata zabrakło. Swoją grą aktorzy w „Historii miłosnej” nie byli więc w stanie mnie porwać i okręcić jako widza wokół małego palca. Powiem więcej – nie skradli mojego serca!

Paradoksalnie „Historia miłosna” wpisuje się w klimat naszej narodowej traumy, chociaż autorem tej sztuki jest francusko-brytyjski aktor, scenarzysta i reżyser Alexis Michalik. Gdy opuszczałem mury teatru, towarzyszyła mi myśl, czy my w kraju nad Wisłą zawsze musimy się umartwiać? Czy miłość, przecież jedna z piękniejszych rzeczy na świecie, zawsze musi być nieszczęśliwa i musimy doświadczać jej przez ból?

Kiedyś w filmie Janusza Zaorskiego „Szczęśliwego Nowego Jorku” bohater grany przez Bogusława Lindę powiedział do Polaków, którym nie powodziło się w Stanach Zjednoczonych, że „chodzić po ulicy ze szczerą twarzą po Nowym Jorku, to jakby z wywieszonym fiutem na wierzchu”. Na co w odpowiedzi usłyszał, że było tyle wojen, jest tyle biedy… Do czego zmierzam? Ano, że ten smutek i umartwianie się wypływa z naszego charakteru narodowego.

„Historia miłosna” to spektakl, który można obejrzeć na własną odpowiedzialność. Widziałem tłumy w teatrze. Niektórzy nawet musieli to przedstawienie oglądać na stojąco, ewentualnie siedzieć na krzesłach bez oparcia lub na schodach przejściowych. Czy ten spektakl jest wart aż takiego poświęcenia? Zamiast tylu skondensowanych w nim nieszczęść wolałbym zobaczyć, jak dwie kochające się kobiety tworzą szczęśliwą rodzinę z urodzonym przez jedną z nich dzieckiem (ewentualnie adoptowanym). Jak ich miłość do tego dziecka cementuje ich związek. Czy taką sztukę jest trudniej napisać i później w teatrze wystawić, a co się z tym wiąże – także sprzedać?

Jak dla mnie – o ile chodzi o Teatr Współczesny – cały czas numerem jeden jest przedstawienie „Gdybym cię nie poznał” w reż. Jarosława Tumidajskiego. Numerem dwa – „Kim jest pan Schimtt?” – również w reż. Jarosława Tumidajskiego. Numerem trzy – „Wstyd” w reż. Wojciecha Malajkata. Z wielkim ustęsknieniem czekam na kolejny spektakl w reżyserii Jarosława Tumidajskiego, jednego z moich ulubionych reżyserów, którego spektakle (luźne w formie, ale poruszające sprawy istotne!) zawsze skłaniają mnie do głębokiej refleksji i po obejrzeniu których jestem w pełni zachwycony.

JAROSŁAW HEBEL


Teatr Wspólczesny w Warszawie (Duża Scena) – Alexis Michalik, „Historia miłosna” (przekł. Barbara Grzegorzewska). Reżyseria – Wojciech Malajkat. 
Spektakl trwa – 95 min. (bez przerwy).