HEBEL: Trzy przyjaciółki i urna

Fot. Z archiwum Teatru Kwadrat. Na zdjęciu Ewa Wencel i Hanna Śleszyńska w spektaklu „Umrzeć ze śmiechu”.

Wybrałem się na zaproszenie Teatru Kwadrat na spektakl „Umrzeć ze śmiechu” w reż. Andrzeja Nejmana. Jednym z powodów była chęć zobaczenia Ewy Wencel w innym wcieleniu niż dotychczas przeze mnie oglądane. Już widziałem ją w przedstawieniu „Promieniowanie”, które jest artystycznym majstersztykiem. Szkoda, że czegoś podobnego nie mogę powiedzieć o komedii autorstwa Paula Elliotta. Miałem wrażenie, że to przedstawienie jest raczej typową masówką do zachichiwania. Momentami czułem się tak, jakbym w telewizji oglądał „Miodowe lata”. Nie chodzi przy tym o konstrukcję opartą na ścieraniu się wewnętrznie i zewnętrznie dwóch małżeństw. Ważny jest poziom całości, który według mnie nie był zadowalający.

Bohaterkami tego spektaklu są cztery przyjaciółki, które raz w tygodniu spotykają się, żeby pograć w brydża. Gdy jedna z nich umiera, kontynuują spotkania w trzyosobowym gronie. Mary jako ta czwarta towarzyszy im w urnie, w której znajdują się jej prochy. Jedna z przyjaciółek wyniosła urnę z domu pogrzebowego, gdyż nie wyobrażała sobie, żeby zmarłej miało z nimi nie być.

Zgadzam się, że w tym spektaklu poszczególne elementy akcji zazębiają się po mistrzowsku. Najbardziej publiczności podobał się fragment, w którym przebrany za policjanta striptizer wykonał potrójny pokaz tańca erotycznego. Jak się okazało, był wynajęty przez niedawno zmarłą Mary. Dodatkowo okazał się partnerem córki jednej z jej przyjaciółek, o czym dowiadujemy się po pewnym czasie, co wywołuje rozbawienie i śmiech na widowni. Czy jest w tym coś dziwnego lub szokującego, że Bobby jako doktorant na wyższej uczelni w ten sposób sobie dorabiał?

Pierwszy raz widziałem w Teatrze Kwadrat spektakl wystawiany na dużej scenie i muszę przyznać, że zrobiła na mnie wrażenie imponująca pod względem rozmiaru widownia. Chociaż siedziałem w ostatnim rzędzie, miałem doskonałą widoczność i słyszalność. Brawa należą się scenografowi Wojciechowi Stefaniakowi, który wyczarował wspaniałą przestrzeń salonu domu na przedmieściach. To fantastyczna scenografia, na jaką wiele teatrów z różnych przyczyn (najczęściej finansowych) raczej się nie porywa.

Ciekawie w tym przedstawieniu wypadła Ewa Wencel, która zagrała Lenę, kobietę mającą problem z alkoholem. Najzabawniejsza wydaje się być bohaterka wykreowana przez Hannę Śleszyńską, która jako Millie rozbawiła publiczność m.in. niewłaściwym rozumieniem pojęcia seksu oralnego. Lucyna Malec (Connie) była zabawna – jak w każdym spektaklu, w którym można ją obejrzeć. Czego innego można bowiem było się spodziewać, skoro jest to aktorka typowo komediowa?

Jeżeli chodzi o minusy tego spektaklu, to można by powiedzieć, że w sposób nazbyt naiwny autor każe nam wierzyć w dobroć człowieka na tym świecie. Zmarła bardzo hojnie i szlachetnie zadysponowała swoim majątkiem, podarowując pięćdziesiąt tysięcy dolarów Bobby`emu, ale pod warunkiem, że zrezygnuje z pracy striptizera. Swoim przyjaciółkom sprezentowała zaś po bilecie lotniczym do miejsca, do którego sama chciała się za życia wybrać. One postanawiają, że zabiorą ją ze sobą, a w każdym razie na pewno jej prochy. Gdy dowiadujemy się o tym, mimowolnie łezka w oku się kręci, chociaż ta pośmiertna lojalność raczej nie jest niczym nadzwyczajnym wobec kogoś, kogo lubiło się i szanowało za jego życia.

Nie nazwałbym spektaklu wyreżyserowanego przez Andrzeja Nejmana „parodią teatru”, ale – delikatnie mówiąc – do sztuki wysokiej trochę mu brakuje. Jeżeli ktoś chce się jedynie rozerwać, to śmiało może wybrać się na „Umrzeć ze śmiechu”. Jeżeli o mnie chodzi, to widoczny w niej dość lekki teatralny styl nie prezentuje tego, co w teatrze najbardziej cenię. Nie wzruszył mnie ten spektakl, a jego bohaterowie nie skradli mojego serca.

Zgadzam się, że ta sztuka jest o przyjaźni silniejszej niż śmierć. Są w niej liczne zwroty akcji. Gdyby ktoś miał wątpliwość, czy przyjaźń pozagrobowa istnieje, powinien ją obejrzeć. Zrealizowana została w ciepłej i lekkiej atmosferze. Aktorzy grają wyśmienicie, czy nawet wręcz brawurowo. Mimo to ma się uczucie, jakby ta sztuka nie skłaniała do głębszej refleksji. W sensie wizualnym niewątpliwie jest na czym zawiesić oko, ale jej treść przecieka przez nas niczym przez sito. Poza dobrym humorem po wyjściu z teatru nic w widzu nie pozostaje.

Spektakl „Umrzeć ze śmiechu” podobał się zdecydowanej większości publiczności. Świadczą o tym zarówno okrzyki zachwytu, jak i ogromne brawa po zakończeniu przedstawienia. Tak powierzchowna sztuka jednak nie prezentuje teatru, o jakim osobiście bym marzył, za jakim bym tęsknił i o jakim bym śnił.

JAROSŁAW HEBEL


Teatr Kwadrat w Warszawie (Duża Scena) – Paul Elliott, „Umrzeć ze śmiechu” (przekł. Bogusława Plisz-Góral). Reżyseria – Andrzej Nejman. Scenografia – Wojciech Stefaniak. Występują: Olga Kalicka/ Marta Wiśniewska, Lucyna Malec, Ewa Wencel, Hanna Śleszyńska, Mikołaj Bartosiewcz.
Spektakl trwa: 90 min. (w tym jedna przerwa).