TOMCZYK: Panta rhei

Stał na czele Teatru Współczesnego w Warszawie nieprzerwanie przez cztery dekady. W tym czasie wyreżyserował ponad czterdzieści spektakli. Jego inscenizacja „Mistrza i Małgorzaty” (na afiszu 339 razy!) przeszła do historii polskiej sceny. We wrześniu 2024 r. zakończył pracę zawodową i ustąpił ze stanowiska. Mowa o Macieju Englercie.
Ostatnim wyreżyserowanym (czy na pewno?) i jednocześnie ostatnim aktualnie granym spektaklem Macieja Englerta jest „Vanitas” (z łac. marność). Tytuł tym bardziej wymowny, biorąc pod uwagę jego pożegnanie ze sceną.
Widz niecodziennie dostaje możliwość przyjrzenia się, w jaki sposób odchodzi wielki człowiek, co po sobie zostawia, jakie przesłanie zawiesza między kwestiami wypowiadanymi przez aktorów. Czy będą to gorzkie prawdy, czy raczej pogodne drogowskazy?
Z wielkim zaciekawieniem wybrałam się więc z całą rodziną na ten spektakl. „Vanitas” to czarna komedia pomyłek, czyli już na wstępie wiadomo, że nie popłyną łzy. No chyba że ze śmiechu. Zabawne dialogi, nieoczekiwane zwroty akcji, z rozmysłem przerysowane postacie, pieczołowicie przygotowana scenografia i punktowe światło rodem z filmów noir padające na bohaterów wyłącznie w momencie, gdy reżyser udziela im głosu, składają się na spektakl spójny, dobrze przemyślany i przystępny dla widzów w różnym wieku.
Główną rolę Englert powierzył swojej muzie (prywatnie żonie), Marcie Lipińskiej. Ta piękna klamra podsumowuje ich wieloletnią zawodową relację. Oto ponad osiemdziesięcioletnia aktorka dostaje rolę pierwszoplanową i do tego najistotniejszą dla fabuły spektaklu! Rolę, w której pokazać może talent komediowy, kunszt aktorski i rozbrajającą naiwność oraz niewinność, a także nieporadność i zagubienie towarzyszące kobiecie dotkniętej chorobą. Bardzo to złożona i niejednoznaczna rola. Okazuje się bowiem, że pani Jeanine ma mnóstwo sekretów, które przyprawiają jej dzieci o palpitacje serca. I kiedy zdaje się, że gorzej być nie może (matka okazuje się nie taka, za jaką przez lata ją brano), pojawia się kolejny kłopot. Stonowana córka (Monika Pikuła), dwóch krewkich synów (Szymon Mysłakowski i Mateusz Król) oraz Barbara (Barbara Wypych), będąca żoną jednego z nich, próbują rozwikłać rodzinną zagadkę, a wraz z nimi robią to widzowie. Tropy dodatkowo myli nieobecny ciałem ojciec rodziny (Leon Charewicz). Rozwiązanie zagadki nie jest wcale takie oczywiste.
Englert wielokrotnie puszcza oko do widza. Gra konwencją. Poważny temat, jakim jest przemijanie, pokazuje bez zbędnego patosu, ale też bez żalu. Żongluje rekwizytami: wybrane elementy „Vanitas”, czyli martwej natury zawieszonej na strychu, stopniowo przenikają do świata bohaterów. Najpierw na stole pojawiają się winogrona. Potem Caroline oświetla drogę świecą. Następnie Bruno sięga po gitarę. A ostatecznie do akcji „wkracza” czaszka.
Spektakl to popis umiejętności przede wszystkim Marty Lipińskiej i Szymona Mysłakowskiego. Mysłakowski, którego cenię już od dawna jako aktora, nareszcie ma szansę wysunięcia się na pierwszy plan. A Marta Lipińska zaskarbia sobie sympatię widza talentem, urokiem, powabem i dojrzałością. Warto wybrać się na „Vanitas”, by zobaczyć ją w takiej odsłonie.
Wszystko mija, ale trzeba się z tym zmierzyć, zdaje się szeptać Englert. Nie walczyć, zrezygnować z buntu na rzecz pogodzenia się z sytuacją i wybrać z niej tylko to, co dobre. Nie oglądać się za siebie, a patrzeć w przyszłość. Bo przyszłość, jak sugeruje zakończenie, jawi się optymistycznie. Tylko trzeba włożyć trochę wysiłku, by to dostrzec.
„Vanitas” to pogodna komedia o przemijaniu, które nigdy nie jest końcem. Spodoba się widzom w każdym wieku, także nastolatkom.
Panie Macieju, dziękuję za tę lekcję życia.
KATJA TOMCZYK
Teatr Współczesny w Warszawie (Duża Scena) – Valérie Fayolle, „Vanitas” (przekł. Bogusława Frosztęga). Reżyseria – Maciej Englert. Występują: Marta Lipińska, Monika Pikuła, Barbara Wypych, Szymon Mysłakowski, Mateusz Król, Leon Charewicz, Sebastian Świerszcz, Krzysztof Wakuliński.
Spektakl trwa: 120 min. (w tym jedna przerwa).






