OCHODEK-SZPAK: Szybko cofnięta taśma dyktafonu

Fot. Domena publiczna. Na zdjęciu Antoni Słonimski.

Biografia Antoniego Słonimskiego zawiera się w datach 1895-1976. Kim był? Polskim poetą i felietonistą. 15 listopada bieżącego roku przypadnie 130. rocznica urodzin twórcy, który – obok Stefana Żeromskiego, Olgi Boznańskiej, Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Władysława Stanisława Reymonta – jest patronem 2025 roku.

Nie sposób w krótkim tekście pomieścić wszystkiego, można próbować zwrócić uwagę na to, co w moim przekonaniu, stanowi o wyjątkowości artysty, który posługiwał się pseudonimem „Pro-rok”.

W publicystyce z lat siedemdziesiątych ubiegłego stulecia notował.: „Boję się bełkotu, gwałtu, zacietrzewienia, lękam się tego muru, który wyrasta nagle między ludźmi. Mur fanatyzmu jest nie do przebicia”. Przypomniane słowa nie tyle wydają się aktualne, co oddają charakter, przekonania twórcy pochodzenia żydowskiego, ale po kolei…

Antoni Słonimski należał do jednego z najważniejszych ugrupowań poetyckich dwudziestolecia międzywojennego, obok Juliana Tuwima, Jana Lechonia, Kazimierza Wierzyńskiego, Jarosława Iwaszkiewicza współtworzył grupę Skamander. Z tego okresu właśnie pochodzi powtarzana przez podręczniki literatury fraza poematu, który ukazał się w 1919 roku, nosił tytuł „Czarna wiosna” i niemal od razu został skonfiskowany przez cenzurę. Zawierał bowiem oskarżenie powojennej Europy, a także idee pacyfistyczne.

„Ojczyzna moja wolna, wolna…/ Więc zrzucam z ramion płaszcz Konrada”, zapisał w przywołanym tekście. Szata bohatera III części „Dziadów” Adama Mickiewicza ciążyła młodym artystom, którzy zachwyceni świeżo odzyskiwaną wolnością wdzierali się na literackie salony międzywojnia, deklarując jednocześnie „programową bezprogramowość”. Na łamach miesięcznika poetyckiego „Skamander” ze stycznia 1920 roku pisali: „Nie występujemy z programem, gdyż programy są zawsze spojrzeniem wstecz, są dzieleniem nieobliczalnego życia przez znane”.

I trudno się nie zgodzić, wszak artyści za punkt honoru stawiali sobie odejście od ideałów poprzednich epok – mocno zaangażowanych w idee podtrzymywania tożsamości narodu, który na 123 lata zginął z map Europy i świata. Poeci nie chcieli być profetami – wieszczami, duchowymi przywódcami narodu, ani tym bardziej autorytetami. Adresowali wiersze do zwykłych ludzi, bo za takich się uważali. Opiewali w nich radość życia, witalność, codzienność, miasto i naturę.

Na szczególną uwagę w dorobku pisarskim Antoniego Słonimskiego zasługują felietony i tu wspomnę jeden z nich. Na łamach „Wiadomości Literackich” w „Kronikach tygodniowych” 1927-1931 pisze o sztuce filmowej.

„Metropolis” w reżyserii Fritza Langa, do którego scenariusz napisała Thea von Harbou, to pierwszy film umieszczony przez UNESCO na liście światowego dziedzictwa ludzkości. Słonimski nazywa go „głupkowatym dziwowiskiem”. Zaleca pokazanie produkcji rosyjskim chłopom, publiczności, która „żegna się na widok roweru i ucieka do lasu przed lokomotywą”. Film traktuje o technice, stojącej tak wysoko, że stworzenie sztucznej kobiety nie jest trudne.

„Metropolis” jest miastem przyszłości, w którym dostrzeżemy podział ludzkości na mózg (panowie) i ręce (niewolnicy). Wspomniany felieton Słonimskiego został opublikowany w październiku 1927 roku. Za dwanaście lat rozpocznie się wojna, która utrwali ideologię o wyższości ras. Chichot historii nie pierwszy. Reżyserem filmu był mąż scenarzystki, co skłania Słonimskiego do konstatacji, że „mógł przecież rozwieść się z żoną, mógł ją nawet zastrzelić, bo wszystko byłoby lepsze od produkcji filmowej »Metropolis«”.

W świadomości zbiorowej Antoni Słonimski trwa jednak nade wszystko jako poeta. W tomie „Nowe wiersze” z 1959 roku „niepogodzony z bezsensem istnienia” poszukuje jednego punktu, za sprawą którego można uchwycić dźwięk, obraz, odnaleźć blask oczu, ciepło dłoni, bo podobni do duchów ludzie dzwonią jedynie łańcuchami wśród pamiątek minionych stuleci. Mądrość ludowa zawiodła, odwieczne prawdy również, a królestwem Morfeusza zawładnął barbituran. Ten nasenny środek upośledza percepcję, odwraca znaczenia. Król pustyni – lew jest jak tchórzliwa owca, a piąte koło u wozu staje się konieczne, bo człowiek nie potrafi już wędrować prosto, bez wsparcia zagłuszaczy prawdy.

Dość wspomnieć fragment z wiersza pt. „Lamus”, który odnaleźć możemy w tomiku „138 wierszy”: „Są słowa, co umarły, jak wszystko, co śmiertelne”. Jak bardzo prawdziwie brzmią.

Słonimski był też poetą drobnych radości. W liryku pt. „Wszystko” zachęca, by letnią porą usiąść z książką pod starym jaworem i w towarzystwie brzęczących komarów, rżących koni zatrzymywać czas. Zachwycić się gwiaździstym niebem
i chlebem przełamać – zwyczajnie.

Za oknem lato, choć w tym roku deszczowe, chcę mu wierzyć! Choć wiadomo, że „szybko cofnięta taśma dyktafonu” zawsze rzuca w nieistnienie jakieś słowa.

IWONA OCHODEK-SZPAK