EDELMAN: Podwójne szczęście

Fot. Pixabay.com

Chłopy w naszej gminie zawzięte. Z dziada pradziada, z baby prababy, nie dają sobie w kaszę dmuchać. Porobili nawet osłonki na miski i talerze, i jak tylko w knajpie jest kasza, to ją przykrywają, żeby im nikt nie nadmuchał. I nikt nie dmucha, bo się boją. Nawet sołtys. Władzę ma, a się boi.

Ogłosił niedawno sołtys z ambony, że drogę będą u nas asfaltować. Unia dała pieniądze i trzeba iść do nowoczesności. Taka asfaltowa droga, mówi, to same korzyści. Pójdzie ona środkiem wsi, zahaczy o kościół, szkołę, knajpę i remizę. Do kościoła będzie można od razu w butach iść, a jak kto będzie po pijaku z zabawy wracał i się wywali, to nie padnie gębą w błoto, tylko się elegancko otrzepie i do domu czysty wróci.

Na to się odezwały głosy, że jak to, że tradycja, że nasze ojce zawsze ubłocone wracały z knajpy czy remizy. Władzy to nie przekonało. Trza asfaltować, powiada, taka jest prawda czasu, taka jest prawda ekranu. Nie wiedzieliśmy, o co sołtysowi z tym ekranem chodziło, Stasiek zapytał nawet, czy telewizję będzie na to asfaltowanie zapraszał, ale wykręcił się od odpowiedzi dyplomatycznie. Nie potwierdzam i nie zaprzeczam, rzekł. W ramach przygotowania drogi do asfaltowania, za dwa dni odbędzie się walcowanie drogi, koniec, kropka!

W wyznaczonym dniu zebraliśmy się, wszystkie chłopy, na tej drodze. Rozglądaliśmy się, czy telewizja jakaś się nie pojawiła, ale nie, widać, nie o taki ekran sołtysowi chodziło. Na brak telewizji narzekały trochę nasze baby, bo każda ubrała się na protest jak do kościoła. Całe pobocze zajęły, jednakowoż nie z pustymi rękami, tylko transparentów naszykowały, aby protest przeciwko pogwałceniu tradycji wzmocnić. Na jednym było napisane: „Tradycja TAK, asfalt NIE!”, na innym: „Nie oddamy Unii naszego błota”, gdzieś tam jeszcze widziałem „Precz”. Ale nie było jasno określone, kto i od czego precz. Pewnie od błota.

Ustawiliśmy się na drodze, tworząc zwartą, silną grupę, spletliśmy się ramionami, by dać odpór zamachowi na nasze odwieczne prawo do samostanowienia. Nie będzie nam Unia w kaszę dmuchać. Z napięciem czekaliśmy, kiedy wreszcie pojawi się na piekielnej maszynie Zenek Maciaszczyk, który jako jedyny we wsi odpowiednie kursy zrobił i walec miał prowadzić.

Wreszcie ziemia się zatrzęsła, huk się rozniósł, bo maszyna ciężka i głośna. Ponad wszystkim górował jednak gardłowy śpiew Maciaszczyka, który nie wytrzeźwiał jeszcze po wieczornej balandze, gdyż obchodził poprzedniego dnia urodziny. Zenek głos miał mocny, bo nie dość, że w kościelnym chórze śpiewał, to na każdej zabawie za solistę robił, jak już kapela była pijana i spod stołu o własnych siłach wyjść nie mogła.

Zanim ukazał nam się na drodze, słyszeliśmy na zmianę: „Kiedy ranne wstają zorze”, „Czerwone korale” i „Jak anioła głos”. Śpiew Zenka, hałas maszyny i trzęsienie ziemi narastało. W końcu wyłonił się zza zakrętu przy remizie. Na głowie miał kask, na uszach słuchawki i wydzierał się na całe gardło.

Ustaliliśmy wcześniej, że za chińskiego boga od protestu nie odstąpimy. Choć dzień był upalny, słońce prażyło jak głupie, staliśmy murem. Pozdejmowaliśmy jedynie kurtki i koszule. Kobiety na poboczu wykrzykiwały hasła: „Precz z asfaltem!”, „Nasze błoto jest jak złoto!” i temu podobne. Myśleliśmy, że jak nas Zenek zobaczy, to zatrzyma maszynę, może nawet zejdzie z niej i w ramach solidarności chłopskiej przyłączy się do nas. A tu nic z tego. Z każdą sekundą hałas narastał, Zenek zbliżał się nieubłaganie.

Do dziś nie wiemy, czy był po stronie asfaltu, czy też kasa za usługę walcowania była ważniejsza. Faktem jest, że zwalcował nas wszystkich co do jednego. Jak nam potem baby opowiadały, kiedy dojechał do kościoła, wrzucił wsteczny i, cofając się, ponownie po nas przejechał. W końcu uznał, że robota została wykonana, zszedł z maszyny, wyciągnął zza pazuchy butelkę, opróżnił ją i zataczając się, poszedł do domu.

Zrobiło się cicho jak w grobie. Kobiety przestały wznosić okrzyki, my leżeliśmy wwalcowani w drogę, nie mając pola manewru ani nie mogąc wydobyć z siebie głosu, gdyż gęby nasze były pełne błota.

Nie wiemy, która z kobiet pierwsza na to wpadła. Poczuliśmy nagle drganie, tupot kilkudziesięciu nóg, potem nastąpiła cisza, a po kilkunastu minutach ponownie tupot. To kobiety wróciły z chałup z narzędziami. Każda trzymała w dłoniach szpadel, grabie czy kilof, którymi zaczęły nas z błota wydłubywać. No i tak się jakoś stało, że ci, którzy stali blisko siebie, po walcowaniu zostali na stałe złączeni. Sklejeni, zszyci, zrośnięci. Która z kobiet wyciągnęła swojego pojedynczego, płaskiego chłopa z błota, poszła z nim do domu, zarzucając go sobie na ramię. Problem był z podwójnymi. Bo kobiety dwie, a chłop jeden, tyle że podwójny. Jak się skleili plecami, to pół biedy, bo były dwie twarze i po dwie pozostałe części. Tyle że płaskie, słabo przydatne w codziennym życiu.

Komu się przytrafiło złączyć przodami – o, tu był największy problem. Z karmieniem jakoś szło, dało się wcisnąć rurkę. Jednak pozostałe czynności i obowiązki gospodarskie i mężowskie zostały zablokowane. Była też trzecia opcja – przód jednego chłopa doklejony do pleców drugiego. Trafiło się to na szczęście tylko jednej parze, i trzeba powiedzieć, że podobno nie było to wcale takie złe. Tak słyszeliśmy.

Tuż po przewalcowaniu nas przez Zenka, pojawił się jednak samochód z ekipą telewizyjną. Przyjechał w momencie, gdy już byliśmy wyłupani kilofami i szpadlami z drogi, i trwała inwentaryzacja, który chłop do której kobiety należy. A raczej która para do której pary.

Cwana redaktorka natychmiast podbiegła do zdublowanych i przy kamerze zaproponowała udział w programie naukowym „Co dwie głowy to nie jedna”. Oczywiście za solidne wynagrodzenie. Wszyscy się zgodzili, bo czemu nie. Wieś nasza biedna, roboty prawie nikt nie miał, pomijając księdza i sołtysa.

I tu muszę się do czegoś przyznać. Jak nadjeżdżał walec, stałem w pierwszej linii, bojowo nastawiony przeciwko nowoczesności. Tuż obok, na poboczu, stał ksiądz i wymachiwał kropidłem. Nie wiem, czy święcił drogę, czy walec, czy może wypędzał diabła z walca i Zenka. Fakt, że machał tak zapalczywie, że się zachwiał. Starałem się go chwycić, aby się nie przewrócił, złapałem wpół i… no cóż. Zostaliśmy zwalcowani. Ksiądz był z przodu, ja z tyłu. No tak, byliśmy więc z księdzem drugą parą złączoną w taki, powiedzmy… kontrowersyjny sposób.

Uzgodniliśmy, że zmiany miejsca zamieszkania będą się odbywać co dwa tygodnie. Moja żona nie miała nic przeciwko temu, bo ksiądz młody i, jak się okazało, umiejący dobrze gotować, więc pomagał jej w kuchni. Na plebanii gotowała gosposia, a ja pomagałem jej jak potrafiłem oraz naprawiałem drobne usterki.

Tak więc nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Jak już wszyscy przywykli do nowej sytuacji, sołtys zrobił zebranie. Zgodziliśmy się na asfalt, wynegocjowaliśmy też bardzo dobre stawki za udział wsi w programie telewizyjnym. W każdym domu, w którym mieszkają chłopy zdublowane, są kamery. Program nazywa się po angielsku „Double Trouble”, a po polsku „Podwójne szczęście” i jest nadawany 24 godziny na dobę.

Narzekają tylko ci, którzy wpadli w błoto pojedynczo, nie załapali się do programu. No cóż, w życiu trzeba się umieć odpowiednio ustawić.

WŁADYSŁAW EDELMAN