HEBEL: Miłość jest najważniejsza

Fot. Katarzyna Kural-Sadowska. Na zdjęciu Weronika Książkiewicz w spektaklu „Głowa w piasek”.

Czy trzy kobiety o bardzo różnych światopoglądach mogą znaleźć nić porozumienia? Jeżeli ktoś chciałby się o tym przekonać, powinien wybrać się do Teatru Polonia w Warszawie na spektakl „Głowa w piasek” w reż. Marii Seweryn. Okazuje się bowiem, że Seweryn jest nie tylko wybitną aktorką, ale również znakomitą reżyserką.

Ten spektakl opowiada o pochodzących z zupełnie różnych światów trzech kobietach, które w sposób nieplanowany spotykają się w mieszkaniu jednej z nich. Widzimy więc Holly (Weronika Książkiewicz), która w swoim małym mieszkaniu usiłuje zmusić się do pisania kolejnej powieści. Gdy już to czyni, a nie idzie jej zbyt dobrze, odwiedza ją kobieta, której syn spotyka się z jej dzieckiem. Pam (Magdalena Stużyńska) chce dowiedzieć się, z kim tak naprawdę jej syn spędza tak dużo czasu poza szkołą. Jest ona dość konserwatywna, religijna i ma swoje zasady, które Holly często przyprawiają o ból głowy. Jest żoną prokuratora, któremu przez telefon melduje się i zdaje relacje, gdzie jest, co robi, co przygotuje na kolację itd. itp.

Zupełnie inny typ osobowościowy prezentuje Cheryl, którą brawurowo zagrała Paulina Holtz. Jest zupełnie wyluzowana i nie ma najmniejszych zahamowań, gdy szczegółowo opowiada o swoich przygodach seksualnych. W sposób wyśmienity potrafi wbić szpilę swojemu rozmówcy, dzięki bezpośredniości i mówieniu tego, co w danej chwili myśli. Ktoś mógłby powiedzieć, że jest to typ tzw. „twardej babeczki”. Być może tak wygląda na pierwszy rzut oka, chociaż czasami warto jednak zapytać, czy pod maską z pozoru twardej i jednocześnie wyluzowanej kobiety nie kryje się tęsknota za rodzinnym ciepłem i jeżeli nie akceptacją, to przynajmniej tolerancją?

W tym spektaklu nie ma nietrafionych ról. Najbardziej spodobała mi się Paulina Holtz w roli nieco ekscentrycznej Cheryl, która miała też na koncie odsiadkę w więzieniu, a mimo to nadal nie bała się handlować grzybkami halucynogennymi w czekoladkach. Weronika Książkiewicz zagrała Holly w sposób bardzo naturalny i wyważony, jakby autor tej sztuki chciał graną przez nią postać umiejscowić jako pomost pomiędzy szaloną i nieco zwariowaną Cheryl, a przesadnie konserwatywną i zakorzenioną w tradycji patriarchalnej Pam.

Jestem przekonany, że nikt lepiej nie zagrałby Pam osadzonej w tradycjonalistycznym systemie wartości niż Magdalena Stużyńska, którą uwielbiam, odkąd zobaczyłem ją w serialu „Dom” w reż. Jana Łomnickiego w roli żony Henia Lermaszewskiego (Zbigniew Buczkowski). Grana przez nią mało nowoczesna bohaterka, która boi się męża, często wywoływała śmiech na widowni.

Patrząc z odległej perspektywy, może nas bawić zarówno zachowanie Pam, jak i będącej jej zupełnym przeciwieństwem Cheryl. Podobnie zdajemy sobie sprawę z sytuacyjnego komizmu, gdy widzimy, jak ktoś poślizgnął się na oblodzonym chodniku i obił sobie tyłek. Na ogół bawi nas, że ktoś nie zauważył lodu, poślizgnął się, przewrócił i cały poobijał. Gorzej – jeśli bezpośrednio przytrafiłoby się to komuś z nas. Wtedy nie byłoby nam do śmiechu. Ten sam mechanizm działa, gdy widzimy kogoś, kto głosi z naszej perspektywy archaiczne lub nazbyt postępowe poglądy. Nic gorszego nie mogłoby się nam jednak przytrafić, gdybyśmy mieli żyć według schematu ułożonego w zgodzie z ich regułami.

Cały spektakl osadzony jest w ciepłej scenerii, chociaż bohaterki różnią się między sobą o sto osiemdziesiąt stopni w podejściu do seksu, religii czy rodziny. Bawią widzów celne riposty w wykonaniu Cheryl, jak i pewnego rodzaju zagubienie Pam. Ta ostatnia staje się tym bardziej zabawna, że – jak się okazało – zjadła jedną z czekoladek z grzybkami, które Cheryl przyniosła Holly. Od tego momentu zaczyna się już piętrzenie bardzo śmiesznych sytuacji w tym spektaklu, jak i zachowań granych w nim bohaterek.

Warta uwagi jest naturalność, z jaką zagrała Weronika Książkiewicz, bo myślę, że nie każdy aktor podołałby temu zadaniu. Widzimy, jak grana przez nią Holly często powtarza, że „Życie bez oczekiwań jest szczęśliwe”. Posiada ona w sobie ten naturalny ludzki lęk, który początkowo ją paraliżował i nie pozwalał powiedzieć prawdy, że ma syna i że to z jej synem spotyka się syn Pam. To widać w jednej ze scen, gdy Cheryl rozmawia z Pam, a Holly w tym czasie usuwa z regału fotografie swojego syna.

Na początku spektaklu nikt nie spodziewałby się, że te trzy kobiety, które niewiele łączy (a dzieli prawie wszystko), po spotkaniu nie będą już takie same jak wcześniej. Każda z nich w jakimś sensie jest odmieniona, poprzez przebywanie z myślącymi i żyjącymi inaczej. Nawet wyluzowana seksualnie Cheryl przyznaje się, że pragnęła być kochaną przez swoich rodziców. Zamiast okazywania jej miłości, cały czas jednak doświadczała jej braku. To ona właśnie dostrzega, że zarówno Holly, jak i Pam kochają swoich synów, którzy z kolei wzajemnie darzą się uczuciem. I dodaje też, że tak naprawdę o to w życiu chodzi. Chociaż zabrzmiało to nieco moralizatorsko, to trudno odmówić jej racji.

Ten spektakl momentami jest bardzo zabawny, utrzymany w klimacie komediowym, ale nie mam wątpliwości, że wychodząc z teatru widzowie zaczynają zastanawiać się, co w życiu jest najważniejsze. Seks, wiara, pieniądze, rodzina czy może jednak miłość w każdej jednej relacji?

W samej istocie przedstawienie to jest o wzajemnym zrozumieniu, czego każdy z nas oczekuje od innych. Nie jest o kobiecości, bo to banał, że kobiety są różne. Jest natomiast o pewnym wymiarze siostrzeństwa, które jest na tyle drogą wartością, że potrafi przekraczać granice światopoglądowe. Nikt by nie pomyślał, że nasze bohaterki połączy ono silną i nierozerwalną więzią. Mam wrażenie, że autor tej sztuki mimowolnie zadaje publiczności pytanie, czy nie ważniejsze w życiu od tego, co nas dzieli jest to, co nas łączy?

Na brawa zasługuje Zuzanna Markiewicz jako scenografka za umiejętność stworzenia kolorowej, pełnej amuletów kawalerki Holly, w której splotły się losy bohaterek sztuki Murraya. W tym miejscu każdy z nas choćby na chwilę chciałby się znaleźć. Jest to miłe i przytulne mieszkanie, w którym rozgrywa się fantastycznie wyreżyserowane przedstawienie.

Warto ten spektakl zobaczyć. Nikt nie powinien być rozczarowany – ani chcący się rozerwać i miło spędzić wieczór, ani szukający intelektualnego przesłania. Maria Seweryn kolejny raz potwierdziła, że jest znakomita nie tylko na scenie jako wysoko ceniona aktorka, ale także poza nią jako wyśmienita reżyserka.

JAROSŁAW HEBEL


Teatr Polonia w Warszawie (Duża Scena) – Matt Murray, „Głowa w piasek” (przekł. Elżbieta Woźniak). Reżyseria – Maria Seweryn. Scenografia i kostiumy – Zuzanna Markiewicz. Występują: Paulina Holtz, Weronika Książkiewicz, Magdalena Stużyńska.
Spektakl trwa: 85 min. (bez przerwy).