HEBEL: Wspaniała Pakulnis i znakomity Orzechowski

Wiem, co bym odpowiedział, gdyby ktoś mnie zapytał, dlaczego warto obejrzeć spektakl „Upiór w kuchni” w Teatrze Kamienica. Przede wszystkim jest to przedstawienie lekkie, podszyte dobrym humorem, gdzie aktorzy grają lepiej niż pierwszorzędnie. Moje wielkie uznanie zdobyli Maria Pakulnis i Sławomir Orzechowski. Wiele lat temu Pakulnis mogliśmy podziwiać np. w „Obywatelu Piszczyku”, gdzie fenomenalnie zagrała razem z Jerzym Stuhrem, a teraz widząc ją na żywo na teatralnej scenie bez przesady mogę powiedzieć, że na równi ze Sławomirem Orzechowskim znajduje się w aktorskiej ekstraklasie. Zaraz za nimi uplasowałbym Andżelikę Piechowiak, z kolei o Trońskim i Grzywaczu powiedziałbym, że zagrali nieźle.
Zacznijmy jednak od tego, że „Upiór w kuchni” to spektakl znany głównie z Teatru TV i legendarnych ról Ireny Kwiatkowskiej i Hanny Śleszyńskiej. W Teatrze Telewizji przedstawienie to wyreżyserował Janusz Majewski, którego uwielbiam za „Zaklęte rewiry” i „C.K. Dezerterów”. W Teatrze Kamienica nad całokształtem tego spektaklu czuwał Tomasz Sapryk, o którym nie potrafię myśleć inaczej niż jak o Rysiu z komedii Juliusza Machulskiego „Pieniądze to nie wszystko”.
O czym jest „Upiór w kuchni”? Matka z córką prowadzą niewielki hotelik, który co jakiś czas odwiedzają na ogół samotni goście. Wszyscy giną w niewyjaśnionych okolicznościach, ale widzowie już od początku doskonale wiedzą, że kryje się za tym zbrodnia popełniana przez właścicielki. Z uwagi na zabawne dialogi „Upiór w kuchni” bardziej jest jednak komedią, chociaż z elementami kryminału, a nawet thrillera. Nie brakuje w nim zaskakujących zwrotów akcji i celnych ripost. Doskonała gra aktorska, świetne dialogi i lekka fabuła to niewątpliwie mocne atuty tego spektaklu.
Podzielam opinie, że „Upiór w kuchni” w Teatrze Kamienica to spektakl raczej przewidywalny, chociaż według mnie nie jest to zarzutem. Lubię przedstawienia poukładane, w których nie ma chaosu, a to można powiedzieć o sztuce wyreżyserowanej przez Sapryka.
Nie można nie pochwalić koncertowej gry Marii Pakulnis i Sławomira Orzechowskiego, którego chciałbym kiedyś zobaczyć w głównej roli na teatralnej scenie. Pakulnis jest wyśmienita jako współwłaścicielka pensjonatu i matka panny Collins, w którą rewelacyjnie wcieliła się Andżelika Piechowiak. Maria Pakulnis bawi widzów dzięki temu, że stworzyła bohaterkę zupełnie odjechaną, jakby zatraconą w szaleństwie i otoczoną podejrzanymi rekwizytami. Nie ma problemu, żeby pozbyć się z tego świata inspektora Hudlera, któremu wcześniej proponuje podzielenie się zrabowanymi pieniędzmi i kosztownościami. Kto by pomyślał, że pomoże nieodpuszczającemu policjantowi pożegnać się z tym światem w sposób klasyczny przez podanie mu herbatników z cyjankiem.
Podobały mi się kreacje Marcina Trońskiego, Władysława Grzywny i Michała Pieli. Wszyscy trzej nieźle zagrali, przy czym Grzywna w roli pastora Shepparda czy Piela jako Marcus niewiele musieli na scenie robić, żeby rozbawić publiczność. Już sam ich widok – chudziutki i grubiutki – mimowolnie wywołuje co najmniej uśmiech na twarzy. Przy okazji przypomniałem sobie, że Trońskiego pamiętam z roli taksówkarza z „Wielkiej wsypy” w reż. Jana Englerta. W „Upiorze w kuchni” wciela się w Mike’a Speelego, zajadającego się podanymi przez pannę Collins słonymi śledziami, które w nocy popija zatrutą przez nią wodą z wazonu i odchodzi z tego świata.
Gdyby ktoś pytał, co jest motywem popełnianych zbrodni, to odpowiedź brzmi: chęć wzbogacenia, a więc posiadania dużych pieniędzy. Widać złość na twarzy starszej pani, że nie udało się jej wraz z córką oszwabić pastora Shepparda i Marcusa. Zostały wykołowane przez typa podszywającego się za pastora i kwestarza fałszywym czekiem wystawionym na okaziciela. Także nie wiedziały, że osobnik udający pastora był w zmowie ze swoim koleżką – oszustem Marcusem. Umiarkowanie cieszą się jednak, że chociaż przywłaszczyły sobie należący do nich rower i parasol. Jak to bywa – zawsze lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu.
Widać w tym spektaklu, że reżyser dał aktorom sporą swobodę, czemu należy tylko przyklasnąć. Byłoby nieporozumieniem przepuszczać przez reżyserską wyżymaczkę świetnie napisany tekst, który daje aktorom ogromne pole do popisu. Nie ma co ograniczać wielkich aktorów typu Marii Pakulnis czy Sławomira Orzechowskiego, gdyż mogłoby się to skończyć nie najlepiej dla obioru spektaklu przez zawiedzionych widzów.
Co warto podkreślić – Sławomir Orzechowski w roli inspektora Hudlera zaprezentował się jak wielki mistrz aktorstwa charakterystycznego w Polsce. To jest aktor, który posiada ogromne możliwości. Pamiętam go nie tylko z serialu kryminalnego „Sfora”, ale również ze znakomicie wykreowanych ról w Teatrze Współczesnym – przede wszystkim ze spektaklu „Ludzie i anioły” czy „Wachlarz”. Dysponuje on ogromnym komicznym temperamentem, który wręcz fenomenalnie trzyma w ryzach, a przy tym potrafi docierać do granic uroczej farsowości. Z rozbawienia jednak łatwo przechodzi do powagi i odnajdywania w granych przez siebie często zadufanych postaciach pokładów ludzkiej wrażliwości. Jest to jeden ze znakomitszych polskich aktorów, którego należy ulokować w ścisłej ekstraklasie – obok Krystyny Jandy, Janusza Gajosa, Ewy Wencel, Mariana Opani, no i – to wiadomo – Marii Pakulnis.
Jakie wypływa przesłanie z „Upiora w kuchni”? Przede wszystkim potwierdza się utarte od dawna stwierdzenie, że nie ma zbrodni doskonałej. No i – że nie warto wchodzić w kolizję z prawem, gdyż prędzej czy później ono nas dopadnie i będziemy musieli odpowiedzieć za swoje czyny przed wymiarem sprawiedliwości. Bardzo rozbawiło publiczność zgromadzoną na widowni stwierdzenie Laury Collins, że chciała naśladować brutalność zepsutego świata, żeby za wszelką cenę dogonić dość specyficznie pojmowaną przez nią nowoczesność. Publiczność zrywa boki ze śmiechu, gdy komisarz Hudler widzi popakowane banknoty ukryte w kanapie, lodówce i kosztowności zgromadzone w szufladzie stołu stojącego w kuchni.
Rzecz ostatnia – należy pochwalić Witka Stefaniaka za świetnie zorganizowaną scenografię, która mieści się na niewielkiej scenie (łazienka, kuchnia, przedpokój, pokój lokatorów i pokój Laury Collins). Słowa uznania należą się również Igorowi Przebindowskiemu za opracowanie muzyczne i muzykę, która wpisuje się w klimat sztuki Patricka G. Clarka i zapewnia publiczności dobrą zabawę i miło spędzony wieczór w Teatrze Kamienica.
JAROSŁAW HEBEL
Teatr Kamienica w Warszawie (Scena Orla) – Patrick G. Clarck (Janusz Majewski) – „Upiór w kuchni”. Reżyseria – Tomasz Sapryk. Scenografia – Witek Stefaniak. Muzyka i opracowanie muzyczne – Igor Przebindowski. Występują: Maria Pakulnis, Andżelika Piechowiak, Marcin Troński, Władysław Grzywna, Michał Piela, Sławomir Orzechowski i inni.
Spektakl trwa: 140 min. (w tym jedna przerwa).






