BILIŃSKA-STECYSZYN: Czytajmy Kuncewiczową, bo warto!
Maria Kuncewiczowa (1895–1989) nie doczekała się, a szkoda, należnego jej miejsca w dziejach polskiej literatury, porównywalnego choćby z pozycją i sławą Zofii Nałkowskiej. Większość czytelników zna zapewne „Cudzoziemkę” czy tom opowiadań „Dwa księżyce” (choćby tylko z adaptacji filmowych), a co z innymi książkami tej autorki?
Jedną z nich, na którą chciałabym zwrócić uwagę, jest „Tristan 1946”, powieść powstała po pobycie pisarki na emigracji w Kornwalii (1944-47). Niedawno ukazała się w pięknym nowym wydaniu wydawnictwa Marginesy i Muzeum Nadwiślańskiego w Kazimierzu Dolnym, z ciekawym wstępem prof. Anny Nasiłowskiej.
To historia miłości, która poraża ogromem i zagmatwaniem, a przede wszystkim nawiązaniami do celtyckiej legendy o Tristanie i Izoldzie. A właściwie powieść Kuncewiczowej, mimo że wykreowani przez autorkę główni bohaterowie raz po raz usiłują temu zaprzeczyć, jest to reinterpretacja słynnej legendy.
Izoldą Jasnowłosą jest w powieści Kathleen, zwana przez ukochanego Kasią, młodziutka rudowłosa piękność z zadatkami na modelkę i aktorkę. Jej mąż Marek, król Kornwalii (akcja książki Kuncewiczowej też rozgrywa się głównie w Kornwalii, również w Londynie i Nowym Jorku) to profesor Bradley, brytyjski uczony, siedemdziesięciolatek. Wskutek biegu zdarzeń i okoliczności, które wszystkim wymykają się spod kontroli, kochankiem Izoldy zostaje Tristan – czyli Michał, Polak, syn wojennej emigrantki, zaś jego matka Wanda, wbrew sobie, niczym w legendzie Brangiena, zostaje opiekunką kochanków.
Michał, mimo bardzo młodego wieku, ma za sobą przeszłość powstańczą i obozową. Wojna straszliwie go okaleczyła, fizycznie i psychicznie. Miłość Kasi wydaje się tą siłą, która pomoże wyzwolić się Michałowi z jego zmór i traum. Bardzo tej młodej parze sekundowałam! A jednak to, co dzieje się w życiu tej dwójki, przeszłość, poczucie winy, konieczność wyboru pomiędzy uczuciem a przyzwoitością, a wreszcie pokusy ze świata – przerastają ich.
Legendę znam doskonale, wiedziałam o oszustwie, o Izoldzie o Białych Dłoniach, o nieodwracalnym przekleństwie mocy odgórnych rzuconym na nieszczęsnych kochanków. Jednak czytając, miałam nadzieję, że autorka inaczej poprowadzi ich losy.
Czy tak się stało? Zachęcam do lektury.
Zwrócę jeszcze uwagę na interesujący zabieg narratorski. O Michale, Kasi, a także o swoim życiu (jeszcze w przedwojennej Warszawie, potem podczas ucieczki, wreszcie na emigracji w Anglii) opowiada najpierw Wanda. W następnych rozdziałach dalszy przebieg wypadków relacjonują Michał, Kasia, Franciszek (znajomy i opiekun głównych bohaterów) i inni, na koniec znowu Wanda. To rozpisanie narracji na kilkoro opowiadaczy jest niezwykle ciekawe, tworzy swoisty wielogłos. Pisarka różnicuje język, którym się posługują, nawet zapis. Na przykład w opowieściach Kasi przypomina on trochę strumień świadomości, niemal pozbawiony znaków przestankowych. Wanda poznała ją jako dziewczynę szybko i dużo mówiącą i taki zapis doskonale to oddaje.
Dawkowałam sobie, smakowałam, jednocześnie cała zanurzona w świat powieści, pełna emocji i ciekawości, co będzie dalej – i żal mi, że już skończyłam lekturę…
Bardzo polecam!
HANNA BILIŃSKA-STECYSZYN
Maria Kuncewiczowa, „Tristan 1946”, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2024.






