WALCZAK: Kształt zapachu

Fot. Pixabay.com

Czy zapachy mają kształty? Logicznie rzecz ujmując – nie, ale… Towarzyszą nam wszędzie, kojarzą się z konkretnymi osobami i sytuacjami. Przeważnie pozostają w cieniu i powracają dopiero wtedy, gdy coś nam o nich przypomni – trafi do metaforycznej szuflady „ku pamięci”. Szuflady mają jednak to do siebie, że lubią być otwierane. Kiedy zatem tajemnicze wspomnienie, widok mijanej właśnie uliczki, czy zapach dotyka nas na nowo, przeczesujemy pamięć w poszukiwaniu… no właśnie – czego?

Biochemia ludzkiego umysłu działa na zasadzie niesamowitej wędrówki między obiema półkulami, ale jest w tym większa głębia. Może duchowość? Potrzeba obecności? To koktajl własnej produkcji, który można rozłożyć na czynniki pierwsze. A literatura będzie tu dobrym przewodnikiem.

Według definicji „Słownika Języka Polskiego” zapach to: „odczuwana powonieniem właściwość ciał lotnych”[1]. Bezpostaciowy, transparentny, ulotny – jak myśli i wspomnienia, których nie widać. Jego poszczególne elementy są jednak żywym miernikiem, pobudzającym pamięć.

Bardzo łatwo to zobrazować kadrem wyciętym z codzienności: wyobraźmy sobie, że gdy wracamy do domu z pracy, w korytarzu pachnie świeżym praniem. To aromat proszku, którego kiedyś używano w naszych domach. Dźwięk starej, wirnikowej pralki Frani i wspomnienie dotyku babcinych, zapracowanych rąk. Może czułości, gdy nas nimi przytulała… Coś, co nie powinno mieć formy, właśnie ją otrzymało. A to dopiero początek wędrówki.

Zapachy determinują do poszukiwań. Jean-Baptiste w słynnym „Pachnidle” Patricka Süskinda chciał stworzyć aromat idealny – taki, który określałby jego ideał piękna. Zagubił się jednak po drodze, zniżając do zbrodniczego procederu. Fakt, cel uświęca środki, ale jego artyzm przybrał formę dewiacji – a nie o takie poszukiwania chodzi. To ta chwila między obiektem a wyczuciem.

Jo March z „Małych kobietek” podczas pisania wdychała zapach tuszu – tego samego, którym po kilku godzinach pracy znaczyła sobie palce. Garret, bohater „Listu w butelce” Nicholasa Sparksa, tworzył listy do żony; być może już wtedy wyczuwał wilgoć oceanu – kto wie, czy nie próbował jego słonego smaku? Woda była dla niego katalizatorem uczuć, zamkniętych w klasycznej, szklanej butelce. Woda pachnąca podróżą przez tysiące mil – spienionych kilwaterem śladu łodzi.

To ciekawe, w jaki sposób aromat może stać się sygnaturą. Czasem schowaną pod okładką książek. Tyle w nich emocji i historii, przesyconych opowieściami w odmiennych językach. Zapach stron jest unikatowy – bywa, że nowe są odpychające przez specyficzny rodzaj tuszu. Kartka tymczasem powinna mieć tę właściwą, nadgryzioną zębem czasu i śladami zaczytania fakturę. Wtedy pachnie najpiękniej.

Perfumy to całe zaplecze sekretnych broni. Tworzą klimat, pobudzają zmysły, maskują też tajemnice, o których nikt nie chce opowiadać. Swoją historię życia w sferze aromatów pozostawiła po sobie słynna Coco Chanel. Z pewnością każdy słyszał o jej legendarnym numerze 5. Czy ktoś go poczuł — to już inna kwestia. Za luksus się płaci.

Okoliczności, które towarzyszyły stworzeniu tej marki, są bardzo ciekawe – podobnie jak jej składniki. Cytując jednego z biografów Coco: „Recepturę Chanel No. 5 zna jedynie grupka wtajemniczonych. Wiadomo, że jest niezwykle skomplikowana. Perfumy zostały stworzone z mniej więcej osiemdziesięciu składników, co nadal obowiązuje”[2]. I dalej, o samej numerologii: „Nazwa perfum, jej cyfra – fetysz 5, okazała się rewolucyjna. Piątka, wijąca się jak wąż, przypomina pięć boskich głów hinduizmu albo pięć wizji Buddy”[3].

W świecie Gabriele, bo tak naprawdę miała na imię Coco, zmysłowość była bardzo ważna. Pieczętowała ją we flakonikach, ale przede wszystkim wprowadzała w życie. Aromaty towarzyszyły jej wszędzie, i nawet jeśli momentami unikała brylowania na salonach, to one zawsze ją odnajdywały. Kreacjonizm poprzez zmysły. Przypomnę – zamknięty w osiemdziesięciu składnikach. A ile takich elementów czyha w naszej pamięci?

Zapachy wokół kształtują naszą tożsamość. To, jak odbieramy innych oraz w jaki sposób jesteśmy postrzegani, ma znaczenie. Ubiór, sposób wysławiania się, czy styl bycia dają pewne sygnały, ale dopiero w połączeniu z tym unikatowym śladem na skórze tworzą całość. Siebie – jako jednostkę nie do skopiowania.

Aktywność fizyczna to kolejny element tej układanki. Podczas ćwiczeń, na przykład biegania, towarzyszą nam różne myśli, a także zapachy. Trening z reguły męczy, więc antyperspirant przegrywa z potem. Nie zawsze te „składniki” są ładne, nie zawsze też to, co chcemy zostawić za sobą na trasie jest estetyczne. Dźwięk tętna, słony wykres na ciele i rytmiczne uderzenia stóp o podłoże – w taki właśnie sposób tworzymy kształt dla tego, co niewidoczne.

Chemię miłości i to, jaki zapach wokół niej się roznosi, zostawiłam na koniec. Chyba najtrudniej o tym opowiedzieć, ale nie można zaprzeczyć, że jest esencją życia. To trochę jak tęsknota, odliczanie dni do tego jedynego spotkania. Być może pada wtedy deszcz i mokre kosmyki włosów przylegają do twarzy. To nic. Wilgoć jest częścią miłości. Feromony, chemiczne przyciąganie, pragnienie – wszystko to można tłumaczyć naukowo, ale prawdy i radości zamkniętych w tym jednym momencie nie sposób określić matematyczną regułą. Czy właśnie tak pachnie szczęście?

Ten zapach ma również inne oblicza: ślad kremu do rąk, zachowany w obrączce, czy niedoprany – jak znoszona malarska koszulka. Czasem też w taki sposób pachnie powietrze wokół baterii laptopa, kiedy po włączeniu poczty w prawym górnym okienku mruga koperta z informacją: „masz wiadomość”. Ciepło miesza się z drobinkami kurzu, dotyka opuszków palców – i zostaje.

Każdy nowy dzień uświadamia, że zapachom nie można nadać kształtu. Teoretycznie – ponieważ ich forma temu zaprzecza. Gdy zaczynamy ubierać je w konkretne wydarzenia i twarze, stają się naszymi przyjaciółmi – lub też wrogami, w zależności od kontekstu. Emocje tworzą w nas mieszanki, które u każdego pachną inaczej: gniew, nienawiść, tęsknota, radość, miłość… Ślady zapisane w wilgoci na skórze, personalne jak zarys linii papilarnych.

Warto dbać o ich estetykę, bo to ona w pewnym stopniu określa nas jako ludzi. Antropologia wiele mogłaby tutaj opowiedzieć, ale to już całkiem inna historia. Tak jak „mała czarna” w garderobie każdej kobiety, tak samo zapach powinien być właściwie dopieszczony – haute couture dla zmysłów w codzienności. Tam mieszkają przecież wspomnienia, ci, o których chcemy pamiętać, i uczucia, które można w nich utrwalić. Zapachy są domem naszych wspomnień. Niech będą zatem przestrzenią, w której poczujemy się po prostu sobą.

AGNIESZKA WALCZAK


PRZYPISY:

[1] „Słownik Języka Polskiego”, t. 3, red. Mieczysław Szymczak, PWN, Warszawa 1978, s. 937.
[2] Hal Vaughan, „Coco Chanel: sypiając z wrogiem”, przekł. Hanna Pawlikowska-Gannon, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2021, s. 49.
[3] Tamże.