HEBEL: Gajos – aktor wybitny

Fot. Kadr z filmu „Piłkarski poker”. Na zdjęciu Janusz Gajos w roli sędziego Laguny.

Nie wiem, gdzie pierwszy raz zobaczyłem Janusza Gajosa. Podejrzewam, że najprawdopodobniej w serialu „Czterej pancerni i pies”. Kojarzę jednak tego wybitnego aktora (jak dla mnie obecnie na równi z Marianem Opanią) z wielu znakomicie zrealizowanych filmów, jak np. „Milioner”, „Piłkarski poker”, „To ja, złodziej”, „Żółty szalik”, „Kler”, czy z serialu „Alternatywy 4”.

W „Czterech pancernych i psie” widzimy bardzo zakłamany obraz wojny: bratających się sowieckich sołdatów z polskimi żołnierzami, którzy walczyli u ich boku. Wszyscy wiemy, że wyglądało to zupełnie inaczej – żołnierze Armii Czerwonej po klęsce pod Warszawą w 1920 roku, agresji w 1939 roku i zbrodni katyńskiej nie mieli ochoty na wykonywanie żadnych braterskich gestów. Mówiąc krótko – niczym żelazny pancerz sunęli na Berlin, a przy okazji, kiedy wchodzili do polskich miast i wsi, po prostu rabowali, niszczyli mienie i gwałcili.

W „Czterech pancernych” zagrało bardzo wielu wybitnych aktorów: Janusz Gajos, Franciszek Pieczka, ale też Marian Opania, czy – no właśnie – piękna Pola Raksa. Nie ma niczego złego, jeżeli na ten serial spojrzymy jak na film przygodowy dla młodzieży. Na pewno nie należy w nim upatrywać dzieła historycznego. Druga wojna światowa jest jedynie tłem, na którym rozgrywają się przygody załogi „Rudego” i psa Szarika. Janusz Gajos tak wspomina moment, kiedy otrzymał propozycję zagrania w tym serialu: „[…] nie podskoczyłem z radości. Byłem na czwartym roku i czułem, czym się to może skończyć. Jakieś czerwone światełko w głowie zamigotało, ale się zdecydowałem. A jak poszło, to już nie można było tego odkręcić” [1].

Gajos jest wybitnym aktorem, jakich niestety nie mamy zbyt wielu. Powiem więcej – jest naszym wielkim dobrem narodowym! Bardzo cenię go za rolę Józefa Mikuły w „Milionerze” w reż. Sylwestra Szyszko. To zaś, co pokazał w Kabarecie Olgi Lipińskiej jako Turecki, to fenomenalna gra aktorska. Tylko jeden raz widziałem Gajosa na żywo w Teatrze Powszechnym w Warszawie w spektaklu „Swidrygajłow” w reż. Andrzeja Domalika. Powiem krótko – wielka szkoda, że to już się nie powtórzy. Można jednak wygrzebać w Internecie spektakl Teatru Telewizji „Kolacja na cztery ręce”, gdzie Gajos wyśmienicie zagrał z partnerującym mu Romanem Wilhelmim. Nie udało mi się, nad czym ubolewam, zobaczyć Janusza Gajosa w monodramie „Msza za miasto Arras” w Teatrze Narodowym w Warszawie. Dopiero dużo później nadrobiłem zaległości i spektakl, zrealizowany na podstawie powieści Andrzeja Szczypiorskiego, obejrzałem na kanale TVP Kultura.

Większość jednak kojarzy Janusza Gajosa przede wszystkim z udziału w filmach, zwłaszcza tych telewizyjnych, w których wykreował wiele ciekawych postaci. Jedną z nich był towarzysz Jan Winnicki z serialu „Alternatywy 4” w reż. Stanisława Barei. Ten bohater, w którego wręcz po mistrzowsku wcielił się Gajos, to typ cwaniaczka-partyjniaczka. To persona, która zaplanowała rozwój własnej kariery w oparciu o pięcie się po szczeblach partyjnej drabiny. Wydawałoby się, że czasy się zmieniły, a jednak niektórzy, niczym towarzysz Winnicki, nadal robią karierę w oparciu o posiadaną legitymację partyjną. Pod tym względem na pewno jest to bohater uniwersalny, który potrafił opowiedzieć dowcip w rozmowie prywatnej, ale jednocześnie odciąć się od inicjatyw, na których dla siebie niewiele mógłby ugrać, na przykład wymawiając się pilnym posiedzeniem egzekutywy. Każdy pretekst był dobry, żeby starać się nie grać na innych i nie dać szansy im wypłynąć. Taki był towarzysz Winnicki, który zawsze podchodził do współobywateli z nieszczerym uśmiechem na twarzy i w umiejętny sposób potrafił ich zbyć.

Często jednak Gajos grał na ogół takich nieco łotrzykowskich bohaterów, którzy nie byli do końca skończonymi mendami. Można by to przecież powiedzieć na przykład o sędzim piłkarskim – Janie Lagunie. To bohater, który ma problem z alkoholem, próbuje przekręcić całą ligę piłkarską, a jednak ma w sobie coś, co wzbudza w nim sympatię widzów. Janusz Gajos potrafił zagrać takiego bohatera, który jest lubiany, ale też i na odwrót – takiego, za którym widzowie raczej nie tęsknią. W filmie „Kler” w reż. Wojciecha Smarzowskiego został obsadzony w roli arcybiskupa Mordowicza, który jest kalką znanego wszystkim hierarchy i jednoznacznie kojarzy się z abp. Sławojem Leszkiem Głodziem. Ten gdański metropolita stosował mobbing, przemoc psychiczną, wymuszał opłaty i tuszował afery pedofilskie, w które byli wmieszani podlegli mu księża. Wiadomo, że znany był również z wielkiej ciągoty do alkoholu i potwornego opilstwa. Trzeba przyznać, że Gajos w filmie Smarzowskiego zagrał go perfekcyjnie.

Moją wielką sympatię Janusz Gajos wzbudził w spektaklu Teatru TVP „Ławeczka” w reż. Macieja Wojtyszki. Trzeba przyznać, że stworzył wyśmienity duet z partnerującą mu Joanną Żółkowską. Należy zgodzić się z aktorem, że jest to „[…] niby zwykły romans dojrzałych ludzi, a w istocie opowieść o esencji życia” [2]. Naprawdę rzadko się zdarza możliwość obejrzenia tak znakomitego spektaklu, lekkiego w formie, ale uderzającego widza ciężarem swojej treści. Jest to bowiem najlepszy sposób na to, żeby skłonić go do refleksji.

Janusz Gajos grał u najwybitniejszych reżyserów – Barei, Gruzy, Kijowskiego, Wajdy, Bajona, Bugajskiego, Zaorskiego. W „Szczęśliwego Nowego Jorku” zagrał zapijaczonego Profesora, któremu, jako emigrantowi z Polski, nie powiodło się na amerykańskiej ziemi. Mnie jednak kilka lat wcześniej uwiódł w „Przesłuchaniu” rolą majora UB „Kąpielowego”. Potrafił zagrać w „Czterdziestolatku” Antka, brata tytułowego bohatera, czy w „Przedwiośniu” – ojca Cezarego Baryki. W kultowych „Psach” w reż. Władysława Pasikowskiego mogliśmy oglądać go w roli byłego majora UB „Siwego” Grossa, a w „Łagodnej” jako lichwiarza, który kupił biedną dziewczynę od bezwzględnej ciotki.

Kiedy Gajosa ogląda się na żywo w teatrze lub na kinowym ekranie, nigdy nie ma się dosyć, chciałoby się więcej i więcej… Takie uczucie mi towarzyszyło, kiedy oglądałem w telewizji „Przemytników”, a więc zekranizowaną powieść „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy” Sergiusza Piaseckiego. Utwór Piaseckiego nie tylko dobrze mi się czytało, ale równie znakomicie oglądało jego ekranizację właśnie dzięki takim aktorom jak Janusz Gajos, który fenomenalnie zaprezentował się na tle spelun i bandyterki pogranicza z okresu dwudziestolecia międzywojennego.

Gajos zagrał w „Pitbullu” Patryka Vegi, co oznacza, że nie boi się wyzwań i jest aktorem wszechstronnym. Można by pytać, czy zostawił po sobie wychowanków w swoim fachu? Być może odpowiedź na to pytanie jest negatywna, gdyż nie ma takiego aktora, który mógłby dorównać mistrzowskiej klasie Janusza Gajosa. Z wielkim westchnieniem wspominam jego rolę jako ojca Zdrówki w „Jasminum” w reż. Jana Jakuba Kolskiego, który w swoim filmie opowiedział historię tajemniczą i magiczną. Chyba można powiedzieć, że jest to nader optymistyczna i żartobliwa opowieść o miłości, zapachach, duchach i cudach. 

Najpełniej jednak aktora poznajemy w teatrze, o którym Gajos m.in. powiedział: „Teatr oczywiście nie może istnieć bez odnoszenia się do rzeczywistości, w której żyjemy. Jednak moim zdaniem nie powinien tego robić w formie, która sprawdza się na wiecach. Jeżeli chce uchodzić za sztukę, musi znaleźć sposób, aby o rzeczywistości, o często bardzo aktualnych sprawach opowiadać głębiej, znajdować bardziej uniwersalny wymiar tego, co opisuje” [3]. To, co najpiękniejsze jest w teatrze – warto dodać – że dzięki aktorom widzowie przenoszą się do proponowanej przez nich rzeczywistości i na zasadzie niepisanej umowy na jakiś konkretny czas w niej pozostają.

JAROSŁAW HEBEL


PRZYPISY:

[1] AIM, „Janusz Gajos, czyli Janek z »Czterech pancernych«, nie chciał skończyć jak Stanisław Mikulski!”, https://swiatseriali.interia.pl [dostęp z dnia: 03.06.2022].
[2] Agnieszka Jabłońska, ks. Andrzej Luter, „Janusz Gajos: Cały czas szukam magii”, https://wiez.pl [dostęp z dnia: 23.09.2023].
[3] Tamże.