HEBEL: Nie o taki teatr chodzi

Wybrałem się do Teatru Współczesnego w Warszawie na spektakl „Macki miłości” w reż. Wojciecha Malajkata z nadzieją, że w końcu za jego dyrektorowania (a minął już ponad rok, kiedy przejął teatr po Macieju Englercie) obejrzę przedstawienie, które mnie poruszy, a przynajmniej rozbawi. Przyznaję, że kolejny raz czuję się bardzo rozczarowany tym, co zobaczyłem na scenie.
Ten spektakl to bodajże jedno z najgorszych przedstawień teatralnych, jakie w ogóle widziałem. Mam wrażenie, że dyrektor Wojciech Malajkat idzie z duchem czasu i z teatru próbuje zrobić kiepski kabaret. Nie wiem, czy jest jeszcze cień szansy na to, że to teatr będzie kształtował widza, a nie na odwrót. Głupawe żarty raziły mnie najbardziej, a słuchając ich czułem, jakby ktoś napluł mi w twarz. W końcu nie jestem chyba lumpem, którego bawiłaby sytuacja, gdy aktor grający w tym spektaklu popierduje na scenie z nadmuchanego balona.
Nie mam wątpliwości, że fabuła również nie poraża odkrywczością. Widzimy rodzinę Stargard-Szczecińskich, która bierze udział w konkursie na najbardziej kochającą się rodzinę. Matka, ojciec i dwoje dzieci oczekują na redaktora, który z nimi porozmawia i zrobi reportaż. Gdy przedstawiciel radia przybywa, wszystko zaczyna się komplikować. Z szafy wypada trup seniorki rodu i do akcji wkracza dzielny inspektor Juliusz Megiera. W tej roli możemy oglądać jednego z lepszych aktorów Teatru Współczesnego, za jakiego uważam Szymona Mysłakowskiego.
Przykro mi jednak stwierdzić, że ten spektakl ma zdecydowanie więcej minusów niż plusów. Jednym z nich jest słaby tekst obserwatora i satyrycznego komentatora życia politycznego, jakim jest Wojciech Zimiński. Czy na podstawie napisanej przez niego sztuki można było zrobić dobry spektakl, który trzymałby poziom? Malajkat proponuje nam teatr mieszczański, który skręca w kierunku masowych gustów. Po co? Skoro wystarczy włączyć telewizor i pooglądać tzw. kabarety, które do znakomitego Kabaretu Olgi Lipińskiej nawet nie są w stanie się zbliżyć, gdyż dzielą je od niego lata świetlne.
Krótko mówiąc – ten spektakl to żenada, bądź – jak kto woli – parodia teatru. Teatry z tego typu przedstawieniami dla mas na teatralnej mapie Warszawy już istnieją. Dlaczego dyrektor Malajkat zdecydował się kopiować – delikatnie mówiąc – nie najlepsze wzorce? Chociaż – jak można przeczytać na stronie Teatru Współczesnego – jest to komedia kryminalna, ani razu się nie uśmiechnąłem. Nie bawi mnie poczucie humoru, które pochodzi ze słabego kabaretu. Postacie są naszpikowane do granic absurdu nadętym satyryzmem, dzięki czemu autor sztuki usiłował pokazać rzeczywistość w krzywym zwierciadle. Jedną z bohaterek wpisujących się w ten schemat jest postać zagrana przez Ewę Porębską – Makreli Stargard-Szczecińskiej, infuencerki, której sposób bycia każdego normalnego człowieka mógłby przyprawić o rozstrój żołądka. Podobnie, jak i Dżesiki Koteczek, w którą wcieliła się Elżbieta Zajko.
Tliła się we mnie nadzieja, że Katarzyna Dąbrowska zabłyśnie w „Mackach miłości”. Muszę jednak przyznać, że aktorka nie spełniła moich oczekiwań – zaśpiewała wprawdzie dwie piosenki („Na pierwszy znak” z repertuaru Hanki Ordonówny i „Króliczka” Agnieszki Osieckiej), ale w żadnym razie nie może się to równać z jej arcymistrzowskim zaangażowaniem w „Gdybym cię nie poznał” w reż. Jarosława Tumidajskiego. Zresztą prawda tak wygląda, że nie wystarczy akcji spektaklu poprzeplatać znanymi szlagierami Agnieszki Osieckiej, Mariana Hemara, Emanuela Szlechtera, Andrzeja Własta, czy samego Juliana Tuwima, żeby zrobić świetne przedstawienie. Jednak i na tym polu – co ciekawe – można wyłapać niezgodności intencjonalne w sferze interpretacyjnej. Dosyć powiedzieć, że wykonanie kultowej piosenki „Umówiłem się z nią na dziewiątą” przez Filipa Kowalczyka wypływało z interpretacji, pod którą nie wiem, czy podpisałby się Eugeniusz Bodo.
Na widowni w kilku rzędach zauważyłem po kilka wolnych miejsc. Nie świadczy to chyba dobrze o spektaklu, który jest grany dzień po premierze. Czym szybciej zdjąłbym go z afisza, ale również nie zdziwiłbym się szturmem widzów na kolejne przedstawienia, gdyż dobry gust to jedna z ostatnich rzeczy, którą posiadają.
Muzyka na żywo nie jest czymś nowym w stołecznych teatrach, ale pokazuje dobry kierunek zaproponowany przez Wojciecha Malajkata. Poraża dość uboga scenografia ze stołem, krzesłami, kanapą, szafą i ścianą z wiszącymi na niej portretami (przodków rodziny?).
Odniosłem wrażenie, że Wojciech Malajkat rzeczywiście proponuje widzowi teatr, który rozpływa się w byle jakich gustach. Zapewniam, że są jednak widzowie uwielbiający teatr w takiej odsłonie, gdzie bardziej ceni się jakość niż ilość. Wiem, że mam może zbyt duże wymagania, ale na teatr odpowiadający gustowi przeciętnego mieszkańca naszego kraju po prostu szkoda mi czasu.
Jeżeli ktoś chciałby się wybrać na „Macki miłości”, to na własną odpowiedzialność. Przecież nawet osobnikowi, który chce sobie zaszkodzić nie powinno się robić żadnych problemów.
JAROSŁAW HEBEL
Ps. A swoją drogą, gdyby wystawić w Teatrze Współczesnym spektakl, w którym główne role zagraliby jego dyrektorzy (mało tego, bo i zaśpiewaliby, a może nawet i zatańczyli), np. z okazji 5. rocznicy zarządzania Teatrem Współczesnym, to mógłby być hit! Czy znalazłby się reżyser, który wyreżyserowałby taki spektakl? Pytam zupełnie poważnie, bez cienia drwiny…
J.H.
Teatr Współczesny w Warszawie (Duża Scena). Wojciech Zimiński – „Macki miłości”. Reżyseria – Wojciech Malajkat. Scenografia – Wojciech Stefaniak. Muzyka na żywo – Mateusz Dębski, Jakub Gumiński (gościnnie). Występują: Agnieszka Pilaszewska, Katarzyna Dąbrowska, Leon Charewicz, Szymon Mysłakowski, Filip Kowalczyk, Elżbieta Zajko, Szymon Roszak i inni.
Spektakl trwa: 90 min. (w tym jedna przerwa).






