OCHODEK-SZPAK: Co to znaczy być autorytetem?

„Wszyscy dobrzy ludzie czytają dobre książki” – fraza z tekstu piosenki Tanity Tikaram zatrzymała mnie w olśnieniu na kilka chwil. Pochylona nad papierem, bo teksty staram się pisać atramentem, rozważam rolę autorytetów. Czy są niezbędne? Czy literatura wciąż ma moc, by kształtować podstawy i postawy naszego bycia? Wierzę, że właśnie tak jest.
Leszek Kołakowski w „Mini-wykładach o maxi-sprawach” zapisał, że „na pewno nie jest świętym ten, co za świętego się uważa”. Zainspirowana myślą profesora podkreślę, że autorytetem nie będzie ten, który za autorytet się uważa. I niech myśl ta starczy tytułem wstępu.
*
W gabinecie Szymona Gajowca, bohatera powieści politycznej i inicjacyjnej z dwudziestolecia międzywojennego – „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego, narrator umieścił na ścianie trzy portrety. Marian Bohusz (przyrodnik, felietonista), Stanisław Krzemiński (historyk, bibliofil) i Edward Abramowski (filozof, socjolog) spoglądają na zadumanego nad zapiskami do książki ministerialnego pracownika, „chorego na Polskę” (przynajmniej w oczach Cezarego Baryki). Gajowiec potrzebuje wsparcia, a „dawni warszawiacy”, dla których sensem życia stała się idea nauki i pracy, wypełnią tę potrzebę. Łączy ich bowiem codzienny trud, mozół, czyn bez wytchnienia i ponad siły. Tak istotny szczególnie wtedy, gdy ewolucyjne zmiany w odrodzonej po latach niewoli ojczyźnie (w końcu wolnej od rosyjskiej przemocy) znaczą więcej niż prawa rewolucji.
*
Wiele razy zastanawiałam się, kto mógłby widnieć na ścianach pokoju, w którym piszę. I cóż, portretów nie powieszę, mogę za to wspomnieć tych twórców rodzimej literatury XX wieku, których uważam za ważnych. Warto jednak oddzielić autorytet intelektualny od autorytetu moralnego. Bo trudno przecież zachować szeroki uśmiech i nie pobrudzić sobie dłoni w czasach w żadnym razie uśmiechniętych i tym bardziej czystych. Dlatego oceniać nie chcę, a jeśli ktoś z moich odbiorców przez moment będzie miał takie poczucie, proszę o wybaczenie.
*
Zbiór esejów „Przed Nieznanym Trybunałem” Jana Józefa Szczepańskiego przeciął moją czytelniczą wędrówkę dawno temu. Przygotowując pracę magisterską na temat krytyki literackiej Kazimierza Wyki z lat trzydziestych ubiegłego stulecia, szukałam kontekstów etycznych i metafor Boga. Odnalazłam pisarstwo, które unosi jak mroczna, fascynująca fala, za sprawą której odbiorca raz dobija do brzegu, a kolejnym razem rzucony zostaje na otwarte morze bez ratunkowego koła. Marynistyczne konotacje mają tu swoje uzasadnienie, gdyż wspomniany twórca esejów pozostawał pod znaczącym wpływem twórczości Josepha Conrada.
Eseje zostały opublikowane po raz pierwszy w 1975 roku. W skład tomu wchodzą następujące tytuły: „W służbie Wielkiego Armatora”, „Święty”, „Piąty Anioł”, „Maskarada na Oxford Street”, „List do Jana Stryjkowskiego”. Otwierający zbiór tekst jest rozważaniem na temat etycznych dylematów towarzyszących młodym ludziom, których dorastanie przypadło na czasy hitlerowskiej okupacji. Wybór pomiędzy ratowaniem życia a śmiercią oznacza tu ocalenie honoru i staje się heroiczną koniecznością. Opowiedziana przez autora historia maminsynka Jurka, walczącego z rolą klasowego ofermy, jest uniwersalną egzemplifikacją losów wszystkich, którym wstyd za rodziców odbiera siły na pierwszy, samodzielny lot. Dylematy młodych z generacji Kolumbów są dylematami Lorda Jima z prozy Josepha Conrada. W finale eseju zachwyca fragment o czystych dłoniach i statkach Wielkiego Armatora, które zawsze zatonąć muszą u kresu podróży. Nie tonie w tych tekstach człowieczeństwo. Ono zwycięża.
*
Książką, która ujawnia prawdę o PRL-u jest „Mała apokalipsa” Tadeusza Konwickiego. Opublikowana w końcu lat siedemdziesiątych w obiegu nieoficjalnym proza to świadectwo upadku czasów, ludzi, miejsc, sztuki (może przede wszystkim). Szary świat w powieści brodzi w marazmie, a cynizm i rozpusta wędrują w nim pod rękę.
Niespełniony artysta z nihilistycznym rysem osobowości, niczym bohater z „Procesu” F. Kafki, poddaje się narzuconej woli tych, którzy zdecydowali, że powinien umrzeć. Droga krzyżowa mężczyzny wiodąca przez ulice komunistycznej stolicy staje się przejmującym i krwawym marszem w barwie nie tyle ognia, co włosów Nadieżdy – rosyjskiej kobiety, która nadziei nie niesie, ale czułe pożegnanie przed końcem apokalipsy małej i wspólnej tym, którym Polska nie jest i nie będzie obojętna, już tak.
Ulica Marszałkowska, Aleje Jerozolimskie, Nowy Świat, Powiśle, Tamka, Most Poniatowskiego, Pałac Kultury są jak teksturowa makieta. Ta tandetna i ohydna przestrzeń nosi znamiona rozkładu. Rozpada się na oczach bohatera i złożyć nie zdoła. Oniryczna wizja świata pełnego skarlonych moralnie ludzi (alkoholików, cwaniaków), ludzi brzydkich („kontrolerka biletowa szersza niż wyższa, przerażająca słonica”) przeszywa jak dreszcz przy wysokiej gorączce, której nie sposób zbić nawet współczesnymi medykamentami.
Jacek Łukasiewicz na łamach „Odry” z 1990 roku (nr 2) zauważył, że negatywna utopia, którą jest „Mała apokalipsa”, wypełniła się w zaskakująco dużym stopniu. Dziesięć lat po opublikowaniu powieści przypomina, że Most Poniatowskiego podczas przedłużającego się remontu rzeczywiście się obsunął, płaty okładzinowe elewacji budynków na MDM-ie spadały na przechodniów, a tramwaje częściej stały niż jechały. Dość wymienić i sprzedaż Huty Warszawa – sprzedaż na cegłę.
W tym kontekście wspominana proza nabiera wymiaru profetycznego. Mroczny to profetyzm i jak bardzo polski, jego źródła biją wszak w romantyzmie (pomiędzy kartkami spisanymi piórami wieszczów). Pisarstwo Tadeusza Konwickiego spełnia wyznaczniki literatury wybitnej. Sugestywny, mocno sensualny język narracji łączy w sobie kulturę wysoką z najbardziej plugawym słownictwem, ale ono nie razi w tej prozie ani przez moment. Oddaje prawdę o czasach, które minęły słusznie, tym bardziej, że pomiędzy notatkami z dawnych lat odnajduję pożółkłe fiszki, które przypominają, że autor „Małej apokalipsy” w latach czterdziestych i pięćdziesiątych był literatem związanym z „pokoleniem pryszczatych” (entuzjastów socrealizmu). Wstąpił do PZPR-u w miejsce Tadeusza Borowskiego po samobójczej śmierci autora „Pożegnania z Marią” (tak brzmi anegdota, której Konwicki miał zaprzeczać).
*
„W latach 1939-45 całe narody palono w piecach. Po wojnie po Europie pozostały zgliszcza. Na tych zgliszczach dopala się wiara w mądrość, skuteczność i uczciwość demokracji” – zauważył w artykule pt. „Dziś wszystko jest cieniem” publikowanym na łamach „Gazety Wyborczej” (24-26 grudnia 1994) Andrzej Szczypiorski. W każdym narodzie są przecież święci i są łajdacy, dopełnię, parafrazując słowa z powieści „Początek”. Brzmią jak pochwała. Brzmią jak usprawiedliwienie.
Narrator wspomnianej prozy zamyka opowieść w dwudziestu jeden rozdziałach pomiędzy rokiem 1905 (tak daleko sięga retrospekcja), a latami 80. ubiegłego stulecia. Jedną z kwestii, którą próbuje rozstrzygnąć są stosunki polsko-żydowskie. Relacje znaczone uprzedzeniami, wstydem i jakąś przejmującą goryczą. Żydzi w książce Szczypiorskiego mówią staranną polszczyzną, znają polską literaturę i historię. Są wśród nich lekarze, mecenasi, krawcy. Są także konfidenci gestapo.
Bo w sytuacji, gdy życie jest zagrożone, chęć przetrwania staje się silniejsza od uniwersalnych zasad moralnych, które można by sprowadzić do imperatywu Immanuela Kanta o tym, że należy postępować tylko według takiej maksymy, dzięki której możemy chcieć, żeby stała się powszechnym prawem.
Ten nakaz wypełnia między innymi pedagog, matematyk Winiar. Szanuje i wspiera swoich wychowanków bez względu na reprezentowaną przez nich narodowość. Na szczególne przypomnienie zasługuje jednak „łańcuch” odwagi, misterny plan znaczony dobrą wolą ludzi, którzy nie zapomnieli o tym, że życie znaczy więcej od wszystkiego, co życiu zaprzecza. Ludzi zaangażowanych w ocalenie głównej bohaterki Irmy, później Marii Magdaleny.
Publicystyczny styl książki dynamizuje akcję, a zgrabne sentencje o narodzie, formułowane jakby mimochodem, powodują, że czytelnik co rusz bije się w piersi albo oblewa rumieńcem. Ta proza to „społeczny fresk”. Fresk pełen nakładanych stopniowo barw pomieszanych z kroplami nie deszczu, lecz łez.
W biografii Andrzeja Szczypiorskiego były momenty etycznie trudne. Twórca „Początku” w latach pięćdziesiątych na zlecenie bezpieki miał zwabić do Polski swojego ojca, emigracyjnego działacza PPS-u, który przebywał w Szwecji, a potem w Wielkiej Brytanii. „Współpraca Andrzeja Szczypiorskiego z wywiadem PRL nie skończyła się wraz z powrotem jego rodziców. W archiwum IPN zachowały się odpisy 9 sprawozdań pisarza z rozmów z ojcem” – wspomina Krzysztof Tarka w artykule prasowym z 2006 roku.
*
Odkładam pióro. Włączam muzykę. Igła adapteru dotyka krążka z muzyką Tanity Tikaram. Posłuchasz ze mną? Dobry człowieku!
IWONA OCHODEK-SZPAK






