BĄCZKOWSKI: Wreszcie burza

– Nie chce mi się jechać w góry – mówię do matki znad książki. Jest parne niedzielne popołudnie. – Pakowanie, perony, zatłoczony wagon… Poczekam, aż się wypiętrzą gdzieś w tej okolicy.
Leżę na zapadniętej kanapie, jeszcze po ojcu. Koszulę mam trochę wilgotną w obrzydliwy sposób, jakby przed chwilą miał ją na sobie spocony chłop i pozwolił mi trochę ponosić. Jest duszno i ciemno, bo idzie burza. Co mnie podkusiło, żeby wyjść w samo południe na spacer? Czasem mam takie napady, a wszystko to z wakacyjnych nudów. Łaziłem po mieście, daremnie szukałem zacienionych zaułków, aż w końcu znalazłem się pod kościołem. Na parkanie tablica z nekrologami. Zawsze je czytam. To moja codzienna prasówka. Dziś jeden dwudziestosześcioletni nieboszczyk i jakaś Kasia, dwadzieścia jeden lat. Proszę nie składać kondolencji. Stałem tam w upale i wpatrywałem się w te nekrologi. Nagle, nie wiadomo dlaczego, przypomniała mi się wczorajsza prognoza pogody. Pani pogodynka powiedziała: „Ta mapa da nam odpowiedź na wszystkie pytania”. Super! – pomyślałem. A ja chcę zapytać o sens tego wszystkiego. To gdzie mam popatrzeć?
Potem duszny park – w dni powszednie to opustoszałe, przygnębiające miejsce, w soboty i niedziele rojowisko hałaśliwych rodzin, chcących udowodnić całemu światu, że wszystko u nich w porządku. W zasadzie wcale nie powinno się tam chodzić. Do tego wszędzie chmary agresywnych komarów, lęgnących się w zacienionych bajorkach i wredne kąsające gzy. Ów miejski park zawsze utwierdza mnie w przekonaniu, iż przyroda z zasady jest wroga człowiekowi i chce go przerobić na swój obraz i podobieństwo. Śmierć widuje się tam na każdym kroku. Na chodnikach roją się setki ogromnych mrówek, które straciwszy skrzydła, padają ofiarą innych mrówek albo butów. Co kilka metrów trwa albo właśnie się zakończyła egzekucja leniwie pełzającego pomrowa, z którego zostaje skóra i trochę mazi. Patrzenie pod nogi w takich miejscach może wiązać się z dużym ryzykiem popadnięcia w przygnębienie. Jak zwykle uciekłem stamtąd. Na niemal opustoszałych ulicach miałem wrażenie totalnego bezruchu, spotęgowane faktem, że wszystkie sklepy zamknięte. Istny de Chirico! Gdzieniegdzie snuli się jacyś ludzie, zwykle rozbrykane dzieci apatycznie odbiegały od rodziców po to tylko, żeby po chwili z własnej woli do nich wrócić i dalej powłóczyć nogami. Pomyślałem, że przynajmniej choć na chwilę trochę przystopowało ludzkie szaleństwo latania za pieniędzmi i zakupów. Przeszedłem całą Kraszewskiego i na wysokości komendy policji spojrzałem w niebo. Nad miasteczko nasuwała się bezgłośnie czarna chmura przypominająca wielki, złowieszczy sterowiec. Życie wstrzymało oddech. Zamilkły śmigające nad dachami bloków jerzyki, pochowały się osiedlowe koty. Przyspieszyłem kroku, bo zdało mi się, że już czuję na rozgrzanej skórze pierwsze krople.
I cały czas czekamy na deszcz, który nie nadchodzi. Ciągle jest ciemno i parno. Leżę na zapadniętej kanapie i czytam, choć trudno mi się skupić w taką pogodę. Matka patrzy na mnie z fotela krytycznym wzrokiem.
– Jeszcze kilka dni wakacji i pojawią ci się odleżyny – mówi i wstaje.
Ignoruję to. Podchodzi do okna, wychyla się, bo coś przykuwa jej uwagę.
– Wynoszą Leśniewskiego – informuje mnie.
Podrywam się i też patrzę. Karetka pogotowia, sanitariusze z noszami, córka sąsiada i jego dorosły wnuk. Leśniewski jest blady, niemal przezroczysty. Właściwie już wygląda jak trup. Podaje rękę wnukowi, pewnie widzą się ostatni raz. Jakiż kontrast między młodością muskularnego młodzieńca, a tą skurczoną, spętana pasami istotką odwożoną do umieralni. Witalność, siła i energia w kontraście z chorobą i śmiercią… Karetka odjeżdża. Dopiero wtedy rozlega się potężny grzmot. „Jak w teatrze”, myślę. Pierwsze ciężkie krople uderzają o parapet.
SŁAWOMIR BĄCZKOWSKI






