AULICH: Poeci przeklęci – między światłem a otchłanią

Mit poety przeklętego – „poète maudit” – to jeden z najbardziej kuszących i zarazem najbardziej zgubnych tropów w historii literatury. Od François`a Villona, poprzez Georg`a Trakla, Charlesa Baudelaire’a, Arthura Rimbauda, Paula Verlaina, Sylvię Plath, aż po Polaków – Rafała Wojaczka, Edwarda Stachurę, Andrzeja Bursę, Ryszarda Milczewskiego-Bruno. Wszyscy stworzyli figurę artysty, który żyje i umiera w imię sztuki, pogrążony w cierpieniu, rozpaczy i buncie przeciwko całemu światu. Ich poezja, choć olśniewająca, wniosła do wyobraźni zbiorowej niebezpieczny model twórcy, przekonanego, że prawda poetycka musi rodzić się z bólu, a destrukcja jest źródłem natchnienia.
Swego czasu pewien wrocławski poeta zamieścił w mediach społecznościowych swoje zdjęcie z obrażeniami twarzy. Szacowny poeta szczycił się tym, że przeszedł przez witrynę sklepową. Ten czyn był ukłonem w stronę jego idola, muzy – Rafała Wojaczka.
Skłonności do utożsamiania się z poetyckim guru oraz z własnym podmiotem lirycznym są szeroko opisywane przez psychiatrów.
Mój kontakt z poetami przeklętymi to była nie tylko tyle lektura, co inicjacja. Ich poezja otworzyła drzwi percepcji, oczyszczając i niszcząc zarazem. Podążałem za nimi, wchodząc w dialog z własnymi bolączkami i demonami. Podobnie jak wielu młodych, zagubionych ludzi, utożsamiałem się z poetami przeklętymi, ofiarami-bohaterami, takimi jak Rafał Wojaczek. Nie robiłem tego z próżności, lecz faktycznie czułem się jego lustrzanym odbiciem. Może brakowało mi męskich wzorców? A może w ten sposób rekompensowałem sobie niepowodzenia, romantyzowałem je? A może to był po prostu młodzieńczy bunt?
Nie przechodziłem przez szyby, nie skakałem z wysokich pięter (mam lęk wysokości). Moja autodestrukcja przybrała inne formy igrania ze śmiercią, będąc zarazem krzykiem o sens, którego nie sposób było odnaleźć w prozie codzienności. To, co miało być prawdą o ludzkiej duszy, stało się usprawiedliwieniem dla ryzykownych zachowań.
Dopiero scena z filmu „Wojaczek” Lecha Majewskiego, w której główny bohater zażywa sporą dawkę psychotropów, otrzeźwiła mnie. Przestałem utożsamiać się z Wojaczkiem i podobnymi mu ofiarami-bohaterami. Dostrzegłem bezsens samobójczej śmierci, zacząłem cenić życie.
Teraz widzę to, czego kiedyś nie umiałem dostrzec – możliwość wzrastania jako człowiek i artysta. Zamiast destrukcji wybrałem bezpieczeństwo, głębsze, świadome życie.
W swojej twórczości długo nosiłem cień młodzieńczych idoli. Poeci przeklęci potrafią uwieść. Ich melancholia jest zmysłowa, a destrukcja szlachetna. Ale to złudzenie. Ich wielkość, choć niezaprzeczalna, potrafi być toksyczna, uzależnia od cierpienia jako jedynej prawdy o świecie.
Dziś rozumiem, że ich negatywny wpływ polega nie tyle na tym, co pisali, lecz na tym, jak zostali zmitologizowani. Ich legenda – romantyczna, tragiczna, buntownicza, przysłoniła sens poezji jako aktu porozumienia. Zamiast dialogu, oferuje monolog bólu. Będąc we władaniu poetów przeklętych, łatwo zapomnieć, że sztuka może również leczyć, nie tylko ranić.
Dziś, pisząc, staram się odzyskać własny głos – wolny od tamtego wampirzego uroku. Poeci przeklęci nauczyli mnie wiele o głębi ludzkiego doświadczenia, ale też o jego granicach. Ich dziedzictwo jest jak ciemne lustro, które odbija to, co w nas najbardziej szczere, ale i to, co najbardziej destrukcyjne. Patrząc w nie, trzeba wiedzieć, kiedy odwrócić wzrok.
ARKADIUSZ AULICH






