HEBEL: Justyna Sobolewska o (nie)czytaniu

Wyczekiwałem na „Książkę o (nie)czytaniu” Justyny Sobolewskiej, która słusznie zauważa, że „[…] coraz łatwiej jest nie czytać. Coraz więcej rzeczy rozprasza i walczy o naszą uwagę”. Publikacja Sobolewskiej imponuje mi wręcz niesamowitym oczytaniem autorki, przywołującej cały szereg tytułów książek z publicznymi wypowiedziami na temat czytania. Pośród ich autorów należy wymienić chociażby Marcina Wichę czy profesor Marię Janion.

Zgadzam się, że dzisiaj prywatne księgozbiory są raczej luksusem, gdyż w dobie częstego przemieszczania się ludzi czy chociażby wojny (jak np. w Ukrainie) nie każdy mógłby zabrać ze sobą ukochane książki. E-booki i audiobooki coraz częściej zastępują biblioteczki w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Sobolewska w związku z tym pyta, ile książek jest dla nas niezbędnych do życia? Inny problem wiąże się z ich pożyczaniem, gdyż często nie wracają do właścicieli. Autorka sama wyznaje: „Nie mam większości książek, którymi się zachwyciłam. Bo chciałam się nimi podzielić. Z drugiej strony połowa zawartości moich półek to książki, które ja pożyczyłam, nie wiem od kogo”.

Czytelników można byłoby współcześnie podzielić na tych zwykłych, którzy czytają jedynie dla przyjemności, a także na badaczy, erudytów, krytyków, którzy przekazują wiedzę czy korygują sądy. Jak zauważa Justyna Sobolewska – te dwa typy czytelników nie muszą się wzajemnie wykluczać. Przykładem mogłaby być Wisława Szymborska. Poetka pochłaniała mnóstwo książek z dziedzin, o których często nie miała pojęcia. Samo czytanie może być czymś innym dla każdego z nas, chociaż należy zgodzić się z przytaczaną przez Sobolewską opinią Sándora Máraia, że często jest ono „projektem duchowym”. Idealny czytelnik zaś wie, co pisarz przeczuwa i bierze udział w snutej przez niego opowieści. Może to zabrzmieć wręcz szokująco, że takim czytelnikiem był Pinochet, który zabronił w Chile czytania „Don Kichota”, gdzie tytułowy bohater symbolizował nieposłuszeństwo obywatelskie. Zazwyczaj jednak trendy w literaturze wyznaczają czytelnicy najzupełniej przeciętni, którzy wydają się być grupą dominującą.

Bardzo zaciekawiło mnie pytanie dotyczące czytania literatury rosyjskiej, niczym bumerang co jakiś czas powracające po zbrodniczej wojnie Rosji przeciw Ukrainie. Na pewno należy bojkotować pisarzy wspierających reżim Putina, ale czy rzeczywiście pogardzać rosyjską klasyką (Dostojewski, Gogol czy Czechow) albo literaturą dysydencką, jaką w kraju nad Wołgą bodajże najwspanialej reprezentuje Wieniedikt Jerofiejew, autor dzieła „Moskwa – Pietuszki”?

Justyna Sobolewska zadaje od dawna nurtujące mnie pytanie, czy można oddzielić autora od jego dzieła. Jeżeli jakiś pisarz się ześwinił, to czy jego książki miałyby trafić na stos? Podążając podobnym tokiem rozumowania, ktoś inny mógłby zapytać, czy istnieją pisarze zupełnie krystaliczni? Chyba nie warto licytować się w tej materii, oczywiście przyjmując punkt widzenia, że najistotniejszy zawsze powinien być poziom artystyczny dzieła. Cóż z tego, że Fiodor Dostojewski był Rosjaninem i w wielu kwestiach prezentował poglądy antypolskie, skoro jego „Łagodna” czy „Białe noce” należą do ukochanych przeze mnie opowiadań, których za nic w świecie nie zamierzam się wyrzekać.

Z książki Justyny Sobolewskiej można dowiedzieć się wielu ciekawostek, jak np. w jakiej pozycji i gdzie najchętniej czytamy. Czy ktokolwiek mógłby przypuszczać, że z powodu choroby (astmy) Marcel Proust uczynił miejscem swojej pracy łóżko, w którym jednocześnie czytał i pisał? W pewnym sensie „łóżkowym” pisarzem był także Miron Białoszewski, który nie miał wyrzutów z powodu przyjmowania gości w pidżamie. Są tacy, którzy uwielbiają czytać w metrze. Osobiście preferuję miejsce na końcu autobusu komunikacji miejskiej, gdzie w drodze do pracy czytam najczęściej, zwykle coś z literatury pięknej. Zastanawia mnie jednak, czy można mówić o uzależnieniu od czytania, jeżeli ktoś czyta dosłownie wszędzie?

Czy czytanie w toalecie może uchodzić za coś wstydliwego? Autorka „Książki o (nie)czytaniu” wspomina, że jeszcze w latach 90. i na początku lat dwutysięcznych wiele osób chodziło do ubikacji poczytać książki. Dziś częściej zabieramy tam smartfony z prawie nieograniczonym dostępem do Internetu. Ze znanych pisarzy m.in. Umberto Eco przyznawał się do czytania w toalecie. W jego odczuciu miało to być przywilejem dla tej czy innej książki i okazywaniem szczególnego szacunku dla jej autora, a nie jego lekceważeniem. Nie udało mi się spotkać kogokolwiek, kto zamiast czytać, jadłby książkę. Jest natomiast faktem, że pośród czytelników znajdują się tacy, którzy nanoszą notatki na marginesach czy zaginają rogi. Z jednej strony dowodzi to, że dogłębnie wnikali w treść czytanej pozycji, z drugiej – nie musi ten nawyk przypadać do gustu czytelnikom szanującym książki. Są i tacy, którzy jako zakładek używają dosłownie wszystkiego, co mają pod ręką, przy czym listek po ibuprofenie czy nieważny bilet teatralny nie są jeszcze najbardziej wymyślnymi zakładkami.

To prawda, że w czytaniu na ogół szukamy przyjemności. Większość z nas inną książkę zabrałaby ze sobą w podróż, inną na plażę, a zupełnie inną do szpitala. Autorka wspomina, że jej tata do szpitala zabrał jeden tom Prousta, podczas gdy ona zdecydowałaby się na „Czarodziejską górę” Manna. Są jednak i tacy (i ja do nich należę), którzy wzięliby nagrane słuchowiska radiowe, żeby wieczorem słuchać „Cmentarzy” Hłaski, „Ameryki” Kafki czy „Opowieści wigilijnej” Dickensa. Bardzo ujął mnie fragment o babci Justyny Sobolewskiej – Jadwidze Stańczakowej, niewidomej poetce, która słuchała literatury. Żyła jednak w PRL-u, kiedy nie było audiobooków i dopiero raczkowało nagrywanie literatury dla niewidomych. Dzisiaj audiobooki mamy na wyciągnięcie ręki i słuchają ich również osoby, które mogłyby czytać, chociaż z różnych względów tego nie robią. Jadwiga Stańczakowa nagrywała na kasety magnetofonowe Mirona Białoszewskiego, który czyta swoje wiersze, prozę, jej dzienniki i ulubione „Ballady i romanse” Adama Mickiewicza.

Autorka zauważa, że niektóre książki przechodzą z pokolenia na pokolenie. Dotyczy to również głośnego czytania z dziećmi. Rodzice starają się zainteresować je słowem drukowanym i jednocześnie rozniecić w nich radość i ciekawość, jaką niesie lektura. Wiele wtedy dowiadują się o sobie samych – ile pozostało w nich z dziecka. Przypominają im się zdarzenia z przeszłości, gdy sami byli dziećmi. Rodzą się pytania, z czego zbudowana jest nasza pamięć, jak kształtują je wspomnienia i czy czytanie tych lub innych książek wpływa na budowanie naszej tożsamości.

Można by również pytać, czym na ogół kierujemy się przy wyborze książki. Modą, trendem, sentymentem czy może czymś zupełnie innym? Dlaczego wracamy do starych książek i dlaczego za każdym razem, kiedy je czytamy, inaczej wpisują się w nasze życie?

Dla wielu czytelników wielką atrakcją są podróże literackie, często przybierając formę fetyszu. Chcieliby namacalnie dotknąć miejsca, w którym przebywał ich ukochany pisarz. Sam coś o tym wiem, gdyż przez wiele lat bywałem w obrosłej legendą Kameralnej, w której częstym gościem miał być Marek Hłasko. Już dawno nie ma jej w tym samym miejscu, w którym funkcjonowała w Warszawie za czasów autora „Pierwszego kroku w chmurach”. Nie przeszkadza to jednak miłośnikom Hłaski upatrywać jej w restauracji o tej samej nazwie, oddalonej o niespełna dwieście metrów od dawnej Kameralnej – i otulać się tęsknotą za współdzieleniem przestrzeni z ich ukochanym pisarzem.

Czy czytanie może mieć negatywny wpływ na czytelnika? Potwierdza to przykład Don Kichota, któremu pomieszały się zmysły od czytania ksiąg rycerskich. Należy jednak patrzeć na to z uśmiechem i zgodzić się z Justyną Sobolewską, że „Nic doskonalszego niż książka papierowa nie wynaleziono”. Mam wrażenie, że większość czytelników bardziej od elektronicznego wydania książki ceni jej wersję papierową. Zapach zadrukowanego papieru i jego szelest – jak obserwuję – bierze górę nad licencją do czytania książki w formie e-booka. Przerażają mnie próby używania sztucznej inteligencji do pisania książek, chociaż czy możliwe byłoby wykorzystanie jej do organizowania i odbywania spotkań autorskich?

Justyna Sobolewska zaimponowała mi niebywałym oczytaniem i posiadaniem ogromnej wiedzy o książkach. Jej pozycję uważam za obowiązkową dla każdego, kto lubi czytać i interesuje się literaturą, a także dla chcących aktywnie poruszać się w przestrzeni literackiej. Można z niej dowiedzieć się również i tego, dlaczego pierwsze zdanie zaczynające każdą książkę ma tak wielkie znaczenie, a także czy autorzy powinni i na jakiej zasadzie swoje dzieła opatrywać mottem.

To ogromnie ciekawa publikacja, napisana przystępnym językiem, która pochłonęła mnie bez reszty. Czytając ją, miałem poczucie, jakby jej autorka znajdowała się w pobliżu, nieomal na wyciągnięcie ręki, no i z wielką pasją, a także ogromną erudycją opowiadała o zafascynowaniu książkami. Chętnie będę wracał do „Książki o (nie)czytaniu” i znajdzie się ona na honorowym miejscu pośród książek zgromadzonych w mojej domowej biblioteczce.

JAROSŁAW HEBEL

 


Justyna Sobolewska, „Książka o (nie)czytaniu”, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2025.