OCHODEK-SZPAK: Sól. Zapiski kobiety

Fot. Pixabay.com

„Szanujcie sól, niewiasty, ona was rozpłodni…”.
Stanisław Trembecki, „Własności soli”

 

Prawie zima 1980 roku

16 grudnia zapalam świecę przy Pomniku Poległych Stoczniowców. Myślę o tych, którzy nie mieli tyle szczęścia co Adam Gotner. Dzień wcześniej „Requiem” Mozarta, w wykonaniu chórów i orkiestr Trójmiasta, w kościele pod wezwaniem patronki pielgrzymów i dobrej śmierci, wprowadza ciało w wibrację smutku.

Polska wybrana przez Boga, by składała ofiarę z krwi niewinnych, jest moim krajem. Grzebię w ranie patykiem. Boli. W legacie dostałam pamięć o zmarłych – cena powołania do życia przez ojca, który wierzył w ideę wolności i matkę, która tę wiarę podsycała. W moim brewiarzu wilki. Głodna wataha. Kąsa w półśnie tuż po wieczornym różańcu.

Każdy naród ma drzwi hańby. Fotografia zrobiona przez Edmunda Peplińskiego z okna mieszkania przy ulicy Świętojańskiej przypomina mi o tym, gdybym kiedykolwiek miała zapomnieć. Mitenki z anilany przyklejają się do przemarzniętych dłoni. Świadomość wyostrza zmysły w stopniu najdzikszym. Wyję.

Do domu wracam autobusem. Na klatce schodowej swąd. Powietrze uduszone bimbrem sąsiada. Za drzwiami mieszkania zdejmuję zabłocone buty. Chwilę później połykam rosół z lanym ciastem. Parzę język i podniebienie. Chcę, żeby bolało. Orzech czułości przypomina, że jestem. Za oknem brudne niebo. Obłoki jak obcęgi. Może doczekam gwiazd.

Na ceracie w kuchni ślady dżemu, okruchy wczorajszego chleba i dodatek specjalny do „Tygodnika Solidarność”. Z pierwszej strony patrzą na mnie zdjęcia kandydatów: na przewodniczącego Zarządu Regionu, do Zarządu Regionu, do Komisji Rewizyjnej i na Zjazd Krajowy. Oglądam twarze Andrzeja Gwiazdy, Andrzeja Kozickiego, Bogdana Lisa i Lecha Wałęsy. Urodzony w Popowie, elektromonter ze Stoczni Gdańskiej patrzy w lewo. Kandyduje z okręgu numer 133. Dodaję cyfry. Siedem grzechów głównych, siedem słów Chrystusa na krzyżu, siedem pieczęci w Apokalipsie.

 

Jesień 1981 roku

W Skarżysku zniszczono oddział „Solidarności”. W nocy z 28 na 29 października nieznani sprawcy zamalowali szyby emulsyjną farbą. Białą jak orzeł bez korony. Białą jak flaga, która powiewa nad publicznością w toruńskim klubie Od Nowa 25 kwietnia 1981 roku, gdy Ciechowski z Republiką po raz pierwszy śpiewa piosenkę o samotności.

Sześćdziesiąt antyzwiązkowych plakatów wisi na budynku obok. Wśród nich jeden, który nie pozwala usnąć. Obleśny typ o twarzy Jacka Kuronia ciągnie za sobą niemowlę w koszulce z emblematem „Solidarności”. Groza przeszywa trzewia. Ością karpia staje w gardle. Oblepia koronkę stanika z Czechosłowacji. Kipi przypalonym mlekiem.

Plakaty są zielone. Jak trawa malowana przed pochodami, podczas których pozdrawiano Władysława Gomułkę. Lud cieszył się, że ma pralkę Franię i adapter Bambino. I wtedy, gdy wiwatowano na cześć Edwarda Gierka, bo rozdawał cukierki i lubił górników.

W sprawie zdewastowania siedziby „Solidarności” milicja rozpoczyna śledztwo. Fastryga milczenia ma kolor czerwony. Przy Delegaturze „Solidarności” zbierają się ludzie – kobiety z siatkami, mężczyźni w okularach. Nucę „Białą flagę”, obgryzam skórki przy paznokciach. Patrzę, jak malarz próbuje zamalować obelżywe słowa. Farba rozlewa się w trójkąty. Tworzy papilarną pajęczynę. Czuję ocet. Sprzątaczka szoruje do pierwszej krwi plamy z innej krwi. Bruk opryskany wiarą w zwycięstwo jakoś się nie poddaje. Oddycham głęboko nieswoim tytoniem. Serce bije mocniej jak zawsze, gdy lęk jest żółtawy.

Następnego dnia poprawia się zaopatrzenie. Kupuję słoninę i kawę bez kartek. Sprzedawczyni dorzuca sól.

 

Prawie zima 1981 roku

Śmierć robi zapasy na zimę. Oddam kaszę, makaron, kilka konserw. Weź czapkę. Buty zabierz. Zostaw ludzi! Na litość Boga, w którego wciąż wierzę. W niedzielę trzynastego kogut z „Teleranka” nie wchodzi na płot. Przesalam zupę i patrzę na czołgi. Zimno. Gramofon jest czarny. Jak węgiel w koksownikach, serca wdów i dłonie szpiclów. Śpiewam z Perfectem „Nie płacz Ewka”. Sąsiad łomocze w moje drzwi. Włączam „Chcemy być sobą”. Odchodzi do swoich spraw.

 

Lato 1982 roku

14 sierpnia 1982 roku w Warszawie skanduję przy scenie studenckiego klubu Park „Lady Pank, Lady Pank…!”. W spódnicy uszytej z tetrowych pieluch chwytam haust wolności. Godzinę później bulwary wiślane. Suka wyje na niebiesko. Milicyjne pałki tańczą. Tępe pyski nade mną. Słona krew i takie same łzy. Znowu boli.

 

Jesień 1982 roku

Oglądam serial o poruczniku Borewiczu. „Ścigany przez samego siebie” ma tatuaż z kotwicą. Nie lubię mężczyzn, którzy nie lubią kobiet.

 

Zima 1982 roku

Zostawiam różę przy Pomniku Poległych Stoczniowców. Jest czerwona. Jak krew zdradzonych przed świtem. Nucę, naśladując Krystynę Jandę, „Janek Wiśniewski padł…”. Kobieta obok przejmuje rytm. Śpiewa taksówkarz, student z Łodzi, starzec w uszance. Śpiewa ulica. Drzewa milczą, wiatr chłoszcze twarz, a ponad krzyżami majaczy nadzieja. Ktoś mówi, że drzwi, na których niesiono Zbigniewa Godlewskiego, zostały odnalezione przez reporterkę Małgorzatę Niezabitowską w męskiej toalecie gdańskiej dyrekcji Polskich Kolei Państwowych. Królowa Margot w szpilkach pomiędzy ekskrementami władzy, której dni kiedyś się skończą. Ktoś inny dodaje, że przy pomniku stoją chłopcy z Gałkowa i Elbląga. Zbyszek miałby teraz trzydzieści lat. To wciąż mniej od Chrystusa w chwili ukrzyżowania.

Wracam do domu nocnym pociągiem. W ślepej kuchni gotuję mleko. Płuczę usta posoloną wodą. Może uda się ocalić nie tylko słowa.

 

Lato 1988 roku

Jestem wychowawczynią na obozie dla młodzieży „Awangarda XXI wieku” w Lublińcu. Przymykam oko na dwudniową dezercję do Jarocina. Wzorowe uczennice z Chrzanowa zamiast łabędziego krzyku komunistycznej władzy wybierają dźwięki gitary lidera Opozycji, bo nie są „szczelnie okryte obojętnością”. Po powrocie zdają relację przy słodkiej herbacie. Zezwalam na powołanie do życia obozowego almanachu o nazwie „Degrengolada”. Przy ognisku śpiewamy Edwarda Stachurę.

 

Przed wiosną 2025 roku

Planty o zmierzchu bywają urokliwe. W ciepły, marcowy wieczór Wolanda nie spotykam, napoju morelowego nie próbuję. Za to musical „1989” Katarzyny Szyngiery poi i odurza. Bukuję bilety na jesienne spektakle. Opowieść wytańczona w rytm chodzonego przeszkadza w byciu egoistką.

Jestem Polką. Jestem kobietą. Jestem matką. Każda z tych ról to inna maska, a kiedy opada, wybucha śmiech. Zachwyca mnie Danusia, Gajka, Krysia. Do twarzy im z Polską. Jak bardzo! Nie obrażam się na wady narodowe rodaków. Bywam konformistką. Jadam parówki z dyskontu. Zapominam o ważnych rocznicach. Boję się pająków i Rafała Dziwisza w roli generała Wojciecha Jaruzelskiego. Gdy wchodzi na scenę w Teatrze im. Juliusza Słowackiego, czuję gardłem tamto przedzimie. W peerelowskim mieszkaniu znowu jestem młoda. Zielone światło tła, na którym przemawia Wrona, razi spojówki. Jak jarzeniówki w pokojach przesłuchań, podczas których zabijano nadzieję. Publiczność nerwowo wystukuje rytm mokasynem w kolorze sezonu. Burgund to wciąż odmiana czerwieni. Jak wino, którego nie pije się z każdym.

Musical „1989” oglądam w Dzień Kobiet. Są goździki. Bisy, nie biesy. Cieszę się, że na tajniaka tajniak nie mruga. W antrakcie nie rozmawiam o czereśniach. Dziewczyna z włosami koloru wiosny szuka świadków tamtego czasu. Następnego dnia zabieram ją na obwarzanki. Z solą.

W powietrzu unosi się zapach wiosny.

IWONA OCHODEK-SZPAK