WALCZAK: Kiedy myśli nie chcą spać…

Ewa patrzyła na ścianę hotelowego pokoju. Wzdłuż pęknięcia, od sufitu aż do podłogi, biegł rząd nierównych, postrzępionych odprysków. Pozornie niewidoczne, pod wpływem rozproszonego światła z nocnej lampki uwypuklały się złowieszczo. Drżały, zmącone grą miraży.
Uśmiechnęła się lekko – odkąd pamiętała, lubiła wyobrażać sobie teatrzyk cieni. Ciemność ją przerażała, a blade promyki pozwalały przetrwać do rana – i do następnej opowieści przed snem. Wiedziała, że ta z pewnością przyjdzie. Zawsze przychodziły: słowa, wplątane w chaos fabuły, nad którą nie potrafiła zapanować.
Jeszcze niedawno wierzyła, że mogłaby nadać jej kształt, ale odpuściła. Zaakceptowała rwący strumień. Siebie, ciało i emocje uznała za katalizator, który miał pomóc w przekazie. Czego właściwie? Tego nie potrafiła już zrozumieć.
Wizja własnego, bladego ciała wystawionego na listopadowy wiatr przyprawiła ją o gęsią skórkę. Wzdrygnęła się, naciągając kołdrę na ramiona. Poszewka podrapała skórę. Zamknęła oczy, zignorowała dudnienie tętna i postanowiła odnaleźć sen…
Spod przymrużonych powiek wyłowiła jednak plamę na ścianie. Kształt – a może ułudę? Czymkolwiek była, wytrąciła ją z ciepła wytęsknionego odpoczynku. Adrenalina podniosła włoski u nasady szyi i błyskawicznie spłynęła w dół. Nieczuła, agresywna kochanka.
Plama drżała. Ciepło z kaloryfera tańczyło wokół niej drobinkami kurzu, tworząc nieostre kontury. Zafascynowana ich kształtem, Ewa wyciągnęła palec. W powietrzu obrysowała paznokciem wzór, z zastanowieniem powtarzając ślad. Kiedy zrozumiała, na co właściwie patrzy, z trudem wciągnęła powietrze.
To tylko komar, skarbie. Nie ma się czego bać – wyrwana z zamyślenia, przez chwilę nie potrafiła znaleźć słów odpowiedzi. Oblizała wargi i spojrzała na mężczyznę, który wyszedł z łazienki. W pasie miał przewiązany ręcznik frotte, a skóra parowała wilgocią. W powietrzu rozniósł się zapach świerku.
– Tak, tylko komar…
– Przynajmniej nie będzie nam brzęczał nad uchem.
– Mhm – pokiwała głową.
Adam obszedł łóżko i powoli usiadł na materacu. Wysłużone sprężyny jęknęły głucho pod jego ciężarem. Potrafił już wyczuć, kiedy Ewa błądziła myślami – i wiedział, że trafił właśnie na jeden z tych momentów. Nie przepadał za nimi. Przeważnie coś – dźwięk, zapach czy słowo – zabierały ją ze sobą do miejsc, których nie potrafił nazwać. Nie dlatego, że nie chciał. Jako pragmatyk nie rozumiał ich celowości.
Z rozmysłem położył się obok żony i przełożył ramię przez opatulony szczelnie kołdrą drobny kształt. Przez dłuższą chwilę nie zareagowała – napięte mięśnie zaprotestowały, odmawiając ciepła, a sztywny kark prawie wgryzł się w poduszkę. W końcu jednak zmiękła i pozwoliła na pieszczotę. Wzrok wciąż krążył wokół plamy. Złapała ją kurczowo w kadr i w ciszy swojej samotni zaczęła rozbierać z kruchych elementów.
Zmiażdżone skrzydła krzywo wtopiły się w ścianę, a ich delikatna błona drżała w rozproszonym świetle. Niepozorna chityna egzoszkieletu zmieszała się z czerwienią zaskorupiałej krwi i osocza. Wydłużone szczęki – teraz niczym przypadkowo ułożone kreski – zaschły po bokach truchła. Ewa przełknęła ślinę, ale zgrubiałe gardło nie chciało współpracować. Przez chwilę poczuła narastający lęk – irracjonalny, kiedy nadchodziło to coś, z czym nie potrafiła sobie poradzić.
Kaszlnęła i dopasowała biodra do ciepłej kołyski za plecami. Widok owada uświadomił jej kruchość istnienia – posiadania, bycia częścią relacji, która w każdej chwili mogła runąć niczym domek z kart. Straty… Co już straciła, co nigdy miało nie powrócić, a co posiadała. Uczepiła się ostatniego słowa i dyskretnie wytarła grubą łzę, która nieproszona wyżłobiła szlak wzdłuż policzka.
Adam zsunął ręcznik i odszukał żonę. Zanucił melodię, która zniekształcona docierała zza ściany. Wiedział, że jedyne, co mógł teraz zaoferować, to fizyczne ciepło. Odsunął zwilgotniałe kosmyki włosów z jej twarzy i zaimprowizował fragment piosenki.
Piosenka przeniosła Ewę w inną przestrzeń. Niewyraźny pod wpływem łez kontur plamy rozmył się i pozostawił po sobie ćmiący ból – jak świeżo założony na ranę opatrunek. Ścisnęła dłoń w pięść i przyłożyła ją do piersi. Uwięzione między żebrami serce tłukło się niczym owad zamknięty w plafonie. Ten jeden zdołał uciec, ale ktoś go zatrzymał. Raz na zawsze.
– Ewa, czy ten komar naprawdę jest tego wart? Motyle są ładniejsze…
– Komara już nie ma. Trzepnięty gazetą – został na tej ścianie. Za kilka dni skruszeje i odpadnie.
– Hej, co tak agresywnie? – Adam dalej nucił, coraz bardziej wydłużając oddech. Był zmęczony i potrzebował snu.
– Tak trochę. Przecież to nic. Komara można tak łatwo zabić…
Nie usłyszała już odpowiedzi. Pozwoliła mu na ciszę, delikatnie masując przedramię. Ociężałe od snu, miękko dopasowało się do jej kształtu. Poczekała cierpliwie, aż usłyszy znajomy rytm oddechu.
Kiedy tempo zwolniło, jeszcze raz spojrzała na ścianę. Podskórnie wyczuła brzęczenie pokaleczonych skrzydeł, które nigdy już miały nie latać. Kruche jak powietrze, przesiewane przez przezroczystą błonę. Owadzie. Ścisnęła dłoń mocniej. Chaos myśli wewnątrz zwolnił i przybrał rytm jednostajnego poszumu. W tak dobrze znanej bezsenności odetchnęła głębiej.
Rozbudzona, delikatnie odsunęła kołdrę i upewniła się, że Adam śpi. Nie lubił, kiedy paliła, ale teraz potrzebowała nikotyny. Wyciągnęła podłużnego L&M-a z paczki i zaciągnęła się głęboko. Wypuściła krąg dymu.
– Uno, dos, tres… – melodyjność hiszpańskiego zatańczyła na języku i zniknęła w powietrzu.
Sen wciąż nie nadchodził. Ewa strząsnęła popiół do popielniczki, po czym spojrzała na męża. Pomimo chłodu zrzucił pościel, odsłaniając umięśnioną łydkę. Treningi dały efekt. Z zadowoleniem przesunęła dłonią wzdłuż kręconych, ciemnych włosów i bladego śladu żył. Schowane pod skórą były ledwie zauważalne. Bijące od niego ciepło pozwalało zapomnieć o lęku. Na chwilę.
– …quatro, cinco, seis – smak nikotyny osiadł na policzkach i tam pozostał. Podobnie jak truchło komara na ścianie.
Być może słodki odpoczynek miał nadejść jutro. Być może. Dziś niewybrzmiała insomnia trzymała ją w garści. Poddała się jej i miękko oparła o zagłówek łóżka, wsłuchana w cichą melodię zza ściany.
AGNIESZKA WALCZAK






