BĄCZKOWSKI: O czytelnictwie młodych

W dworcowej poczekalni byłem ostatnio bardzo dawno temu, bo odkąd nabyłem pierwsze auto, bez wahania zrezygnowałem z dobrodziejstw oferowanych przez Polskie Koleje Państwowe. Jednak w zeszłym tygodniu traf chciał, że musiałem powitać przybywającego do stolicy krewnego, który postanowił odbyć podróż pociągiem. Nastąpiło nieuniknione opóźnienie i w ten oto sposób trafiłem do dworcowej poczekalni. Kiedy rozsunęły się automatyczne drzwi, powitała mnie niemal klasztorna cisza. Było to jednak tylko chwilowe wrażenie, bo niemal natychmiast ów spokój został zbrukany nacierającymi zewsząd sygnałami komórkowych powiadomień.
Przycupnąłem z boku i nie mając nic lepszego do roboty, zacząłem obserwować ludzi. Większość z nich pochylała głowy nad smartfonami, a energiczne ruchy kciuków nie pozostawiały wątpliwości – niemal wszyscy scrollowali, czyli przewijali treści na ekranach swoich urządzeń. I w tamtej właśnie chwili uzmysłowiłem sobie, że czegoś mi tu brakuje. Czegoś, co zapamiętałem z młodości jako nieodłączny element fonosfery każdej przestrzeni, w której przebywali czekający na coś ludzie.
Tym czymś był szelest gazetowych i książkowych stron. Zatęskniłem za owym dźwiękiem, tak jak tęskni się za bezpowrotnie utraconym dzieciństwem. Niepostrzeżenie w niebyt odeszły wielkie płachty gazet codziennych, które czasem wprost oblepiały czytających, jakby brały ich w swoje zaborcze ramiona. Zniknęła atmosfera cichego skupienia nieodzownego przy czytaniu książek, zastąpiona teraz wszechobecnymi sygnałami powiadomień. Rozedrgana, bombardowana coraz to nowymi bodźcami percepcja na darmo szuka ukojenia. A przecież wystarczyłoby zagłębić się w jakąś fabułę, dać się ponieść niespiesznemu prądowi narracji i dryfować coraz dalej od opresyjnej rzeczywistości. Siedząc w tej pikającej poczekalni, naraz przypomniałem sobie wyniki ankiety, którą kiedyś przeprowadziłem w mojej szkole. Tematem ewaluacji były rozrywki uczniów, a jedno z pytań dotyczyło zwartości domowych biblioteczek. Odpowiedzi jednoznacznie wskazywały na przygnębiająco nikłe ilości książek w domach, z których część stanowiły obrazoburcze streszczenia i opracowania. Wniosek nasuwał się sam: w tej sytuacji trudno w ogóle mówić o pozytywnej roli rodziny w popularyzowaniu czytelnictwa.
Zmarkotniałem i zapragnąłem jak najprędzej wyjść z poczekalni. W tym samym momencie przysiadło się do mnie dwoje na oko dwudziestolatków: długowłosa dziewczyna w okularach z drucianą oprawką i młodzieniec z niesforną blond czupryną. Coś mnie w ich wyglądzie zaintrygowało i postanowiłem jeszcze trochę posiedzieć. Po chwili chłopak wyciągnął z plecaka podniszczoną książkę i otworzył ją na zaznaczonej zakładką stronie. Nieco się odchyliłem i popatrzyłem na okładkę. To była „Pianistka” Jelinek. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Zaraz potem dziewczyna zaczęła przetrząsać swój plecak. Grzebała w nim i grzebała, aż w końcu w jej rękach pojawił się czytnik e-booków. Teraz już na pewno nie mogłem wyjść. Po prostu musiałem się dowiedzieć, co czyta! Dyskretnie wyciągnąłem szyję i udało mi się dostrzec fragment, w którym pojawiło się nazwisko: Toussaint. Chwila zastanowienia. Tak! To „Życie Violette”!
Popatrzyłem na nich przychylnym okiem. „A więc jest nadzieja” – pomyślałem.
SŁAWOMIR BĄCZKOWSKI






