OCHODEK-SZPAK: Jaskółek zamieć – o Józefie Czechowiczu i nie tylko…

Fot. Domena publiczna. Na zdjęciu Józef Czechowicz.

„Sztuka pisarska za punkt honoru winna mieć nie ilość pięknych wyrażeń, ale ich celność i rozmieszczenie” – zanotował w „Moim wierszu” („Okolica Poetów” 1936, nr 6) Józef Czechowicz. Ukrył pod tymi słowami nie tylko postulat równowagi pomiędzy słowem a obrazem, ale i najgłębszy sens pisarstwa w ogóle.

Jak mogłaby potoczyć się historia polskiej poezji, gdyby nie śmierć poety? Tego już się nie dowiemy.

Urodzony 15 marca 1903 roku w Lublinie miał w sobie coś z profety. W wierszu „Żal” utrwalił obraz, który ziścił się 9 września 1939 roku przy Krakowskim Przedmieściu w rodzinnym mieście. Pomnik stworzony przez Tadeusza Skwarczyńskiego w 1969 roku odnosi się do okoliczności śmierci poety. Przedstawia głowę wtopioną w bryłę granitu. Stoi w miejscu tragicznych wydarzeń. Dość wspomnieć fragment przywołanego powyżej wiersza: „o żniwa/ żniwa huku i blasków / […]/ naleci wtedy jaskółek zamieć”. I naleciała… Jak bardzo czarna!

Józef Czechowicz nie był żołnierzem Armii Krajowej, jak Krzysztof Kamil Baczyński czy Tadeusz Gajcy. Pierwszy ze wspomnianych zginął w czwartym dniu walk o Warszawę w 1944 roku, podczas pełnienia warty w Pałacu Blanka. Drugi – dwanaście dni później, gdy Niemcy wysadzili kamienicę przy ulicy Przejazd. Obaj poeci należeli do generacji Kolumbów.

O okolicznościach śmierci Czechowicza wspomina między innymi Kazimierz Wyka w „Miesięczniku Literackim” (1942, z. 2), wskazując na fakt, że ścigany niemieckimi bombowcami rząd polski przejeżdżał właśnie przez Lublin, a bohater tego tekstu zginął przysypany gruzami budynków. W rodzinnym mieście uczył się zawodu nauczyciela, tu również debiutował cyklem wierszy pt. „Kamień”. Tomik z 1927 roku niemal natychmiast został zauważony przez krytyków literackich.

Z wierszy poety wynika potrzeba plastycznego utrwalenia obrazu wsi, gdzie „siano pachnie snem”, a „księżyc idzie srebrne chusty prać”. Sielankowe nuty tej liryki otulają i koją, przywołując romantyczne wiersze Teofila Lenartowicza o kalinie, która nad krynicą rosła. W liryce Czechowicza grający kij, ligawka (róg pasterski albo fujarka), kujawiak, kujawiaczek i ta „bura burza od boru” tworzą symfonię prowincji, zagłuszającą na kilka chwil huk historii, która jak „zamieć jaskółek” nadciąga niezatrzymana.

W wierszach poety słychać i akordy pesymistyczne. Przywołują skojarzenia z liryką innego artysty, modernistycznego maga i wizjonera Tadeusza Micińskiego (docenionego przez Witkacego bardziej niż przez innych). Zbiór wierszy Micińskiego z 1902 roku pt. „W mroku gwiazd” wprowadza odbiorcę w sensualny świat pełen szafirowych snów, olbrzymich cieni chmur, głodnych orłów, które z wrzaskiem krążą… Wrażliwy na piękno poetyckiego wyrazu czytelnik jak „Orland szalony” nie tylko daje się ponieść mrocznej fali tej twórczości, ale ma szansę w niej zatonąć. Nawiązanie przez Micińskiego do szesnastowiecznego, włoskiego poematu epickiego Ludovico Ariosto jest jednym ze sposobów ukazania kondycji człowieka przełomu XIX i XX wieku.

Przypomnę – Orland popada w szaleństwo z powodu nieodwzajemnionej miłości do Angeliki. Podmiot liryczny z wierszy Micińskiego miota się pomiędzy dobrem i złem. Świat staje się dla niego polem walki, a dekadenckie barwy tego bojowania nadziei nijak nie niosą. Wszak poeta ubiera się w popiół, który pozostał po największym ogniu. I zacytuję tu słowa C.K. Norwida, bo siedzą we mnie głęboko, tak przejmujące: „Coraz to z ciebie jako z drzazgi smolnej/ Wokoło lecą szmaty zapalone;/ Gorejąc, nie wiesz, czy stawasz się wolny,/ Czy to, co twoje, ma być zatracone?”.

[W tle głos Stana Borysa? Dlaczego nie!] Choć czytelnikom przypomniało się być może motto do „Popiołu i diamentu” Jerzego Andrzejewskiego, wersy z twórczości autora odkrytego w Młodej Polsce (epoce Micińskiego skądinąd), są przecież bardzo uniwersalne. Budują napięcie, podając w wątpliwość zwycięstwo tego, co ludzkie i dla człowieka ważne. Bywa, że ostateczne.

Katastroficzna metafizyka, symboliczne nazywanie emocji, pseudonimowanie wiedzy o świecie, w którym zwycięża mrok – to znaki rozpoznawcze twórczości Micińskiego i Czechowicza. I o ile fantazje z wierszy autora „W mroku gwiazd” cechuje nadmiar, przerost, dziwność, to te stworzone przez Józefa Czechowicza wydają się zwięzłe, lapidarne, bo… „Sztuka pisarska za punkt honoru winna mieć nie ilość pięknych wyrażeń, ale ich celność i rozmieszczenie” – zanotował przecież w „Moim wierszu”.

Jak bardzo się nie mylił!

IWONA OCHODEK-SZPAK