AULICH: Tragikomedia, czyli już zupełny dramat

Gdy zaczynałem swoją „przygodę” z pisaniem, nie spodziewałem się, że pochłonie ona tyle emocji, wyrzeczeń i kosztów. A przede wszystkim, że tak trudno będzie znaleźć odbiorców.
Przypominają mi się słowa pewnego pisarza, który stwierdził mniej więcej tak: „Są dwa rodzaje pisarzy. Jedni piszą i na tym zarabiają, drudzy zaś zarabiają, aby pisać”. Nietrudno zgadnąć, do której grupy należę. Powodów jest kilka. Jednym z nich z pewnością jest język, jakim się posługuję, oraz tematyka, którą poruszam. Do tego poezja – moja główna dziedzina – sama w sobie jest formą niszową. Nawet Mickiewicz za życia borykał się z brakiem odbiorców. Chciałoby się powiedzieć: dobry poeta to poeta martwy.
Współczesny czytelnik zdaje się raczej zaabsorbowany literacką „chińszczyzną”. Szybko, tanio, łatwo. A literatura wymagająca skupienia nie zawsze ma dziś szansę przebić się do szerokiego grona odbiorców. Jednakże nie wszyscy pisarze tworzą teksty „niepożywne”. Wciąż istnieje wielu autorów wartościowych, których książki czyta się z przyjemnością. Ale czy literacka „chińszczyzna” jest pożywna? W tym miejscu pozwolę sobie zacytować fragment mojego wiersza „Ocalony od czytania” z tomu „Skądinąd”: „To było jakieś kilka tomów temu/ gdy potknąłem się o Tadeusza Różewicza/ na bruku wymarłego czytelnictwa/ Wziąłem go pod pachę z entuzjazmem nieczytania…”.
Czy ten entuzjazm nieczytania można zamienić na entuzjazm czytania? Być może – trafiając do odbiorcy odpowiednią treścią. Pojawia się jednak pytanie: czy istnieje idealny czytelnik? Gusty są różne, a rynek wydawniczy obfituje w nowe tytuły. Niezależnie od wysiłków, nigdy nie zadowolimy wszystkich.
A więc dla kogo zużywam tyle „atramentu”? Po części – dla siebie. Spełniam własne marzenia, a samo pisanie bywa dla mnie formą autoterapii. Ale, jak każdy twórca, pragnę mieć odbiorców. Chcę dzielić się emocjami, przemyśleniami i obserwacjami. W przeciwnym razie pisałbym wyłącznie do szuflady.
Jeśli już zdecydowaliśmy się wyjąć teksty z szuflady i pokazać światu, trzeba umieć je wypromować. A z tym mam poważny problem. Nie mam predyspozycji do bycia naganiaczem, domokrążcą czy akwizytorem – niczym pewien znany aktor, który potrafił bez skrupułów wcisnąć kilka garnków niczego nieświadomym emerytom za kilka tysięcy złotych.
Współcześnie nieświadomych czytelników również nie brakuje. Nie wiedzą, jak poruszać się w gąszczu masowo wydawanych, nieweryfikowanych książek. A gwoździem do trumny jest niemal całkowity zanik profesjonalnej krytyki literackiej. Nagrody literackie często rozmijają się z rzeczywistą wartością niektórych tytułów – ale to temat na osobną dyskusję.
Tragikomedia zaczyna się w momencie, gdy książka trafia na rynek, a autor uświadamia sobie, że nie będzie żadnego rozwinięcia akcji, lecz jedynie krótka ekspozycja jego towaru.
Teoretycznie to wydawnictwa mają zajmować się marketingiem. W praktyce część z nich zdaje się zakładać, że książki sprzedają się same. A może to ich strategia? Może mają „dojrzeć” (do) czytelnika, leżakując miesiącami w kartonach albo na półkach księgarń?
W dobie internetu i cyfrowego świata promowanie książki wyłącznie w księgarniach stacjonarnych jest nieporozumieniem – tym bardziej, gdy autor sam ponosi koszty wydania, a wydawnictwo zajmuje postawę biernego obserwatora.
W takiej sytuacji trzeba wziąć sprawy w swoje ręce. W środowisku literackim istnieje proceder, który nazwałbym „wielkim rozdawnictwem”. Można by go uznać za pewien hedonizm, choć obie strony rzadko odczuwają przyjemność. Nie każdy obdarowany wybucha radością z prezentu, który bywa – mówiąc wprost – bezużyteczny. A jednak każdy autor głęboko wierzy w wyjątkowość własnej twórczości.
Jeśli twórca nie ma odbiorcy, a wciskanie książek znajomym nie daje satysfakcji żadnej ze stron, pozostaje jeszcze tzw. artystyczna adoracja – zwyczaj wymieniania się książkami między autorami. „Machniom? A czemu nie…”.
To taki średniowieczny handel wymienny, współczesny barter. Być może w tej sytuacji kryje się nawet pewien zalążek strategii marketingowej – alternatywnej formy dotarcia do czytelnika, choć niekoniecznie zamierzonej.
W efekcie rodzi się obraz pisarza, który bardziej zabiega o pieniądze niż o to, co mu w duszy gra. Ale kto z Was, drodzy koledzy i koleżanki po piórze, uważa inaczej – niech pierwszy rzuci ripostą.
Pisanie wymaga wysiłku emocjonalnego, intelektualnego i rzemieślniczego. Każdy twórca chciałby być godnie wynagradzany. A tymczasem na programy literackie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przeznaczyło na rok 2026 zaledwie cztery miliony złotych. Uzyskać na książkę stypendium lub dofinansowanie jest niezwykle trudno.
Pisanie to praca jak każda inna. Przytoczę wiersz „Wyspa na jeziorze” Ezry Pounda w tłumaczeniu Leszka Engelkinga: „O Boże, o Wenero i ty, Merkury, patronie złodziei,/ Użycz mi małego sklepiku z tytoniem lub w jakiejkolwiek urządź mnie profesji,/ Byleby nie w tym cholernym pisarstwie, gdzie trzeba wciąż ruszać mózgownicą”.
Po co więc pisać, skoro jest to nieopłacalne, a w dodatku wymaga nieustannego „ruszania mózgownicą”? Może faktycznie otworzyć sklepik z używaną odzieżą albo ze zdrową żywnością?
A może pisarze są naiwni? A może – co gorsza – odczuwają przyjemność w tej trudnej sytuacji? Jeśli tak, to czy nie świadczy to o masochizmie? Może piszą, bo pragną wznieść swój „pomnik ze spiżu”.
W naszym społeczeństwie funkcjonuje powiedzenie: „Poeta głodny, to poeta płodny”. Można interpretować to różnie. Dla mnie „głód” nie wpływa na płodność – przeciwnie, zniechęca do dalszego pisania.
W literaturze tak samo jak w innych dziedzinach życia panuje hierarchia. Trudno jest przebić się na szczyt – szczególnie w kraju, w którym pisaniem zajmują się miliony, i to wcale nie do szuflady. Mam świadomość, że tkwię w „przedsionku” do wielkiej literatury. Mimo to wierzę, że kiedyś ktoś dostrzeże moją twórczość. I oby stało się to jeszcze za mojego życia.
„Gdybym nie miał nadziei,/ nie osiągnąłbym tego,/ co wydaje się nieosiągalne” (Heraklit z Efezu).
ARKADIUSZ AULICH






