Czas na poezję: MARIOLA KANTOR

Z marzeniami w tylnej kieszeni
wędrówka przez strome zbocza
okraszana raz laurami
innym razem na krawędzi
popękanymi więzami
schodami w górę i w dół
z marzeniami w tylnej kieszeni
klepsydra przesypuje piasek
coraz mniej czasu
aby pochłonąć wszystkie słowa
zakosztować nowych doznań
nazwać odczucia
których nie chcemy zgubić
rzeka z marzeniami
wysycha z dnia na dzień
nie porywamy się
z motyką na słońce
zostaje tylko być
Zimna herbata na nocnym stoliku
o wschodzie słońca
słychać ciszę
zimna herbata
na nocnym stoliku
wymieniamy się
oddechami
mimowolnym dotykiem
spod jeszcze zamkniętych powiek
wymykają się sny
chodzimy na palcach
by nie obudzić dnia
myśli błyszczą
szkiełkami kalejdoskopu
po pokoju pełza
ciepła słoneczna plama
na świerku drozd
rozpoczyna
poranny koncert
i kawa pachnie pomarańczą
W tańczącym świetle popołudnia
w moim domu nie ma luster
wieczorny śpiew słowika
oznajmia zachód słońca
wśród różowych lilii
przechadza się sierpień
czasem deszczem płacze
i wzdycha
różowe hortensje goszczą się
przy ogrodowym stole
kokietują jak modelki na wybiegu
w sadzie dzięcioł czarny
wydziobuje nasiona
czerwona czapeczka
migocze między gałęziami
w moim domu nie ma luster
przeglądamy się w toni stawu
między pniami świerków
odkrywamy siebie wciąż na nowo
wśród rogalińskich dębów
w tańczącym świetle popołudnia
Poemat o czasie zastygłym
kiedy zastyga czas
zasklepia w skorupie ślimaka
chwile rozbłysłe iluminacją
wchłaniasz je
zatrzymujesz w zwojach neuronów
zagnieżdżają się jak ptaki w gniazdach
wyściełają puchem łabędzim
ulotne niczym podmuch
wiosennego wiatru
układasz je delikatnie
żeby nie uleciały
chcesz
delektować się momentem
stąpać po miękkich
poduszkach mchu
zaczekaj
otwórz swoje wewnętrzne drzwi
do siebie do prawdy
do słów które wybrzmią
sokratejskim sumieniem
w samym sercu starożytności






