Niech każdy czyta, co chce – wywiad z Justyną Sobolewską – dziennikarką, krytyczką literacką i pisarką

Fot. Joanna Helander. Na zdjęciu Justyna Sobolewska.

– Minęło już trochę czasu od naszej ostatniej rozmowy… W tym okresie wydała Pani książkę poświęconą Jadwidze Stańczakowej, swojej babci, niewidomej poetce i przyjaciółce Mirona Białoszewskiego. A także – ostatnią pozycję – „Książkę o nie(czytaniu)”. No właśnie… nasuwa się pytanie: Dlaczego o nie(czytaniu), a po prostu nie o czytaniu?

– „Książka o czytaniu” już była, napisałam ją jakiś czas temu. Teraz miało się ukazać po prostu wznowienie. Ale kiedy do niej zajrzałam, zobaczyłam, że muszę przepisać ją w całości na nowo i dodać rozdziały. Bo tak wiele się zmieniło wokół nas, ale i w nas. Mamy dziś większe kłopoty z koncentracją i skupieniem na czytaniu, nasza uwaga jest rozproszona. Blisko nas toczy się wojna, która też nadaje inny kontekst gromadzeniu książek czy beztrosce czytania. Ja też się zmieniłam i mam więcej lęków związanych z nieczytaniem u dzieci i myśleniem o przyszłości. Dlatego jest to teraz książka o byciu czytelnikiem czy czytelniczką, o przyjemnościach czytania, o anatomii tej czynności, ale też o nieczytaniu, które staje się dziś coraz łatwiejsze. Co nie znaczy, że książka zniknie. Jestem tutaj optymistką jak Umberto Eco.

– Dla mnie jest to ważna książka z wielu względów i stoi u mnie na półce z książkami na honorowym miejscu. Przede wszystkim jestem zachwycony Pani niebywałym oczytaniem, czym bardzo mi Pani zaimponowała. Ale w tej właśnie książce pisze Pani, że na ogół każdy z nas potrzebuje określonej ilość książek do życia. Powiem, że trudno jest się z tym nie zgodzić… Pozwolę więc sobie Panią zapytać, ile książek do życia potrzebuje Justyna Sobolewska?

– Nie mam pojęcia. Nie liczę, ile książek czytam tygodniowo, miesięcznie czy rocznie. Są tacy, którzy potrzebują tylko jednej książki czytanej na okrągło. Spotkałam takiego czytelnika „Mistrza i Małgorzaty” i innego, który czytał zawsze „Muminki”. W różnych momentach życia potrzebujemy różnej liczby książek. Był czas, kiedy czytaliśmy bardzo dużo, potem niektórzy odchodzą od czytania i tęsknią za tym. U mnie zawsze liczyła się nie ilość, a jakość. W zalewie książek czekam na te, które do mnie przemówią, przywrócą mi radość czytania, po tym, jak nic już nie zachwyca. I zawsze po czasie jałowym pojawiają się takie książki.

– Jakiś czas temu wszem wobec wieszczono zwycięstwo czytników elektronicznych (co miało wkrótce nastąpić) nad książkami papierowymi. Dlaczego stało się inaczej i książka tradycyjna cały czas ma się wyśmienicie?

– Książka papierowa jest jak koło. To genialny wynalazek. Jeśli znamy łacinę spokojnie możemy czytać książki sprzed 500 lat. Kiedy pojawiły się ebooki, rzeczywiście zdarzały się głosy, że książka elektroniczna może wyprzeć tę papierową. Nic takiego się nie stało. Przeciwnie dziś w świecie mediów społecznościowych potrzebna jest papierowa książka do zdjęcia, do rolki. Ebooki są wygodnym dodatkiem, służą nam w podróży, ułatwiają czytanie w różnych sytuacjach, ale są cały czas marginesem rynku wydawniczego (ebooki bywają droższe niż książki papierowe). Dziś jesteśmy świadkami innej rewolucji – myślę o audiobookach. Coraz więcej ludzi słucha książek i dobrze, bo jest to sposób lektury również dla tych, którzy nie mogą się skoncentrować na czytaniu. Ale znowu audiobooki nie zagrażają papierowej książce tylko są powrotem do słuchania i czytania głośnego, które jest głęboko zakorzenione w naszej cywilizacji.

– Każdy ma swoje ulubione miejsce, gdzie uwielbia czytać… Dla kogoś to będzie ulubiony fotel w pokoju, w którym znajduje się jego domowa biblioteczka. Dla kogoś innego cały czas toaleta, a dla kogoś jeszcze innego środek komunikacji miejskiej… Czy nie jest to jednak oznaką zmiany kulturowej, kiedy wchodząc do metra, widzimy w przedziale pociągu siedzących obok siebie pięć osób wgapionych w smartfony?

– Nie wiadomo, co tam robią, czasem również czytają. Choć oczywiście częściej oglądają rolki. Tak wygląda nasza codzienność. Ale też sporo ludzi rozumie, że koniecznością jest odłączanie się od sieci. I właśnie czytanie może być ćwiczeniem głębokiej uwagi, z którą mamy dziś kłopot.

– W dzisiejszych czasach mało kto może sobie pozwolić na ogromną bibliotekę w domu/ mieszkaniu. Są tacy, którzy pożyczają książki od innych, a następnie jeszcze innym pożyczają swoje książki, które cały czas krążą. Czy to nie jest jakiś nowy trend w zakresie czytelnictwa?

– Krążenie książek nie jest niczym nowym. Byli tacy, których biblioteki składały się głównie z pożyczonych od kogoś książek. Dzielenie się książkami jest dziś rzeczywiście koniecznością. Wielu ludzi przeprowadza się, zmienia miejsca zamieszkania, wynajmuje pokoje. Biblioteki są obciążeniem. Czasem też musimy zająć się księgozbiorami zmarłych bliskich (jak to opisywał Marcin Wicha w „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”). Dlatego dobrze jest wymyślić swój sposób dzielenia się książkami – można oddawać do więzień, do bibliotek albo jak ja, zostawiać dla sąsiadów na półpiętrze. Albo można sprzedawać – wtedy inni czytelnicy (na przykład ja) mogą kompletować stare wydania.

– Dodam, że w swojej książce pisze Pani o pewnych wspólnych cechach/doświadczeniach ludzi czytających, jak np. zakreślanie tekstu, nanoszenie uwag na marginesach, zakładanie najwymyślniejszymi zakładkami… Czytając o tym wszystkim, miałem wrażenie, jakby Pani o mnie pisała…

– Cieszę się. Każdy czytelnik ma swoje sposoby, czasem nie do przyjęcia dla innych. Są tacy, którzy nie tolerują zaginania rogów – ja nie mogę bez tego czytać. Jedni notują w książkach, inni uważają, że można używać tylko zakładek. I wszyscy mają rację, bo traktowanie książek jest naszą intymną sprawą – trudno się tylko dogadać, gdy chodzi o ten sam egzemplarz.

– W jednym z rozdziałów pisze Pani o tym, że szczególnie istotne w prawie każdej książce jest pierwsze zdanie. Czy mogłaby Pani krótko powiedzieć, dlaczego dla wielu (wszystkich?) pisarzy pierwsze zdanie w ich książkach ma tak duże znaczenie?

– Pierwsze zdanie jest zawiązaniem kontraktu między czytelnikiem i pisarzem. Pierwsze zdanie decyduje często, czy będziemy dalej czytać. Wchodzą do historii literatury, są znakiem rozpoznawczym klasyki. „Przez długi czas kładłem się spać wcześnie”, pierwsze zdanie Prousta istnieje w oderwaniu od powieści, jako jedno z najsłynniejszych zdań literatury. Natomiast między autorami nie było nigdy zgody, jak ma wyglądać pierwsze zdanie. Według Pilcha „Ogary poszły w las” było bardzo złym pierwszym zdaniem, bo zbyt ogólnikowym. Nie ma tam konkretów. Sam był mistrzem skomplikowanych, ale i konkretnych pierwszych zdań.

– W swojej książce dość często przywołuje Pani Marcina Wichę, ale też Marię Janion, Jerzego Pilcha… i wielu innych. Czyje zdanie w zakresie książek/czytania jest Pani najbliższe i dlaczego? Kogo Pani w tej kwestii uważa za niepodważalny autorytet?

– Nie myślę o nich jako o autorytetach, ale o ważnych dla mnie czytelnikach. Bo byli wyśmienitymi czytelnikami. Bliska jest mi Susan Sontag, ale w mojej książce najważniejszy jest Marcin Wicha. Zaczęłam ją pisać/przepisywać tuż po jego śmierci. Wicha znalazł formę do opowiadania o naszym życiu z książkami i przedmiotami, opowiedział powojenną historię edytorstwa, pokazał też, że czytamy nie tylko książki, ale krajobrazy i nasze najbliższe otoczenie. „Chodźmy się przejść” – napisał. Ja zaczynam książkę „Chodźmy poczytać”.

– Warto czytać dzieciom… Czy są jakieś książki, które czytali Pani rodzice, a później po wielu latach czytała je Pani swoim dzieciom?

– Mnóstwo. Znalazłam pudło z moimi książkami z dzieciństwa i czytałam te stare wydania moim synom. „Kubusia Puchatka”, Astrid Lindgren, Edith Nesbit, Woroszylskiego i Broszkiewicza. Ożogowską i Niziurskiego. Rodzice nie czytali mi długo – szybko sama zaczęłam czytać, głównie przy jedzeniu. Łącząc przyjemności.

– Dość kontrowersyjnym wydaje się pomysł, który został zastosowany w Brazylii. Polegający na tym, że osoby odbywające karę pozbawienia wolności mogą sobie ją skracać, czytając w więzieniu książki i pisząc wypracowania. Na pewno jest to dodatkowy sposób na promocję czytelnictwa i zapewne ma też wpływ na resocjalizację osób skazanych, ale czy nie wydaje się Pani, że mógłby się nie przyjąć w naszym kraju nad Wisłą?

– Wiem, że w więzieniach istnieją kluby czytelnicze. Są osadzeni, którzy wykorzystują ten czas na czytanie. O pożytkach z czytania i nauki języków pisali dawni internowani w stanie wojennym. Studiował w więzieniu Karol Modzelewski czy Adam Michnik. Ale nie wiem, czy pomysł z Brazylii sprawdziłby się u nas.

– Dlaczego w Polsce cały czas nie doczekaliśmy się „nowego Żeromskiego”, czyli takiego pisarza, który napisałby fenomenalną powieść rozliczeniową/rozrachunkową z okresem, jaki przeżyliśmy począwszy od 1989 roku? Dlaczego wciąż nie mamy współczesnego „Przedwiośnia”?

– To jest sakramentalne pytanie, które służy głównie narzekaniu na współczesną literaturę. Tymczasem co pewien czas pojawiają się książki wybitne, które (być może) przetrwają, choć z tym trwaniem literatury to nigdy nic nie wiadomo. Zresztą nawet gdyby powstało nowe „Przedwiośnie”, to może po dwóch latach nikt by o nim nie pamiętał, bo książki dziś szybko są zapominane. Albo może powieść o przełomie 1989 roku powstanie dopiero za sto lat?

– Jak Pani myśli, czy lepiej jest czytać tandetę i szmirę, która zalewa nasz rynek wydawniczy (nazwisk autorów pozwolę sobie nie podawać, żeby uniknąć ewentualnych procesów o zniesławienie), czy wcale nie czytać? Próbuję Panią sprowokować…

– Niech każdy czyta, co chce. Literatura jest o wiele mniej szkodliwa niż zakamarki internetu. Jakąś szmirę każdy z nas czytał na pewnym etapie życia. Dziś żyjemy w świecie, gdzie niemal każdy czyta coś innego – jedni romantasy, inni horrory słowiańskie, inni kryminały historyczne. Trudno się spotkać różnym czytelnikom. Oczywiście dobrze by było, żeby nastolatki czytające powieści YA sięgały potem po inne tytuły. Do tego jest potrzebna umiejętność krytycznego czytania, nazywania tego, co czytamy, czasem dystansowania się od świata przedstawionego. Do tego potrzebna byłaby rozmowa o literaturze z rozsądnymi nauczycielami czy bibliotekarzami. Potrzeba nam przede wszystkim lekcji czytania i rozumienia tekstu.

– Czy prawdziwe jest stwierdzenie, jeżeli miałaby się Pani opierać na swoich obserwacjach, że miłość do książek wynosi się z domu rodzinnego?

– Niektórzy wynoszą ją z domu, inni nabywają sami. Tak było z Susan Sontag. Sama doszła do wszystkiego. Można odkryć książki bardzo późno, czasem dopiero na starość. Ale warto będąc rodzicem zaszczepiać to czytanie. Może dzieci odejdą od tego, ale może wrócą kiedyś. Obraz czytających rodziców przyjdzie do nich po latach. Wiem, że warto próbować.

– Bardzo dziękuję za rozmowę…

Rozmawiał:
JAROSŁAW HEBEL