WARSZAWSKI: Żeby żyć…

Grafika – J.W.

Był brudny i czuł, że odpycha zapachem. Czuł, że odraża kurzem i błotem. Był przepocony i zawszony. Kolejny dzień w okopach: głodny i przemoczony. Przede wszystkim jednak skrajnie wyczerpany. Przypomniał sobie sierpniową paradę na Polu Mokotowskim, gdy wódz naczelny krzyczał z trybuny o guzikach. Rzekomo nikt miał ich nie oddać. Teraz Niemcy strzelali do nich jak do kaczek. Pomyślał o swoich kompanach, którzy już nie żyli. Radio milczało. Czy cokolwiek potoczyłoby się inaczej, gdyby marszałek wciąż był wśród nich? Nachodziły go takie myśli, które szybko porzucał. Polityka i bohaterstwo były dla innych. On chciał przeżyć.

Sebastian Goliat był chudym mężczyzną. W dniu wybuchu wojny instynktownie wiedział, że to nie może się dobrze skończyć. Odwaga nigdy nie była jego domeną, ale nie mylił jej z głupotą. Bał się jak każdy, kto zachował jeszcze resztki rozsądku. Strach kazał mu obserwować i liczyć na siebie. Szukał sposobu, by wyjść z tego żywy. Dawne życie w Warszawie wydawało się snem z innego świata kogoś, kim był kiedyś. Teraz mógł pomarzyć o możliwości wzięcia gorącego prysznica, czy pójścia do nocnego lokalu. Nieosiągalne były bywające w nich kobiety i lejący się alkohol z najwyższej półki. Prowadzonemu przez niego wtedy życiu towarzyszył zgiełk otoczenia i zupełna swoboda.

* * *

Był szeregowcem zmobilizowanym tuż przed agresją Niemiec. Żył teraz w stanie ciągłego napięcia, podszytego gniewem i cynizmem. Coś w nim pękło, gdy podporucznik Jesionkowski rozkazał szturm z bagnetami.

– Żołnierze, na moją komendę, ruszamy! – krzyknął oficer, unosząc rękę.

Goliat spojrzał na jego młodą twarz: bladą i ściągniętą strachem. Na bagnety błyszczące w deszczu. Na stojących obok chłopaków, którzy nie słyszeli własnego oddechu. Byli obłąkańczo przerażeni i tylko udawali przejętych losami ojczyzny. 

– Nie ruszam – powiedział cicho, ale wyraźnie.

Ktoś zaklął pod nosem. Ktoś inny odwrócił wzrok. Oficer zrobił krok w jego stronę.

– Coś ty powiedział?!

Goliat nie odpowiedział. Odwrócił się i odszedł, czując na plecach spojrzenia cięższe niż jego kilkunastokilogramowy plecak. Splunął w błoto, nie w twarz. Wiedział, że sąd wojenny już go nie dosięgnie. Wszyscy wiedzieli.

Szedł dalej samotnie. Był głodny i zziębnięty, trzęsąc się z zimna. Chciał dotrzeć do Warszawy. Tam łatwiej było zdobyć coś, co pozwala choćby na chwilę zapomnieć. Po drodze mijał ślady niedawnych walk. Naznaczone były poranionymi ciałami i porzuconymi sztandarami. Patrzył na to bez wzruszenia. Było mu zimno. Był wyczerpany. Gniew i pogarda wobec świata trzymały go na nogach silniej niż nadzieja.

We wsi znalazł schronienie, opowiadając gospodarzowi historię o ucieczce przed niemieckimi patrolami. Mężczyzna słuchał w milczeniu, nie zadając pytań. Jedni wciąż chcieli wierzyć, inni woleli nie wiedzieć. Goliat nie miał złudzeń co do ludzi. Wiedział, że każdy troszczy się przede wszystkim o siebie. Tej nocy myślał tylko o tym, jak przetrwać i zdobyć coś, co przyniesie ulgę. Jego myśli zaprzątało jedzenie. Nie pogardziłby papierosami i alkoholem. Byłby szczęśliwy, gdyby udało mu się zdobyć trochę morfiny. 

O świcie wyrwał go ze snu huk bomb. Niemieckie samoloty krążyły nad wioską, zrzucając ładunki bez wyraźnego celu. Najpewniej dla wprawy albo rozrywki. Goliat ubrał się w pośpiechu i ruszył w drogę. Warszawa była daleko, a na szosie roiło się od zagrożeń. Każda kolejna przeszkoda tylko utwierdzała go w tym, że musi przeżyć.

Miasto przywitało go ruiną. Ujrzał wybite szyby i zapadnięte stropy. W oczy rzucał się dym i ogień. Przemykał ulicami jak cień, obojętny na cudze dramaty. Nie widział tu ani bohaterstwa, ani zwycięstwa. Dostrzegał tylko nagą wolę przetrwania. W końcu trafił tam, gdzie handlowano wszystkim. Między innymi tym, co pozwalało zapomnieć. Wtedy zrozumiał, że świat nie nagradza odwagi ani poświęcenia. Zawsze wywyższa spryt i instynkt.

* * *

Warszawa skapitulowała i do miasta wkroczyli Niemcy. Na kolejne tygodnie zamelinował się na Smolnej u Dagmary. Była kobietą do towarzystwa, którą szczególnie polubił. Miała lekko zachrypnięty głos i śmiała się za głośno, jakby śmiech miał ją obronić. Uśmiechała się do niego, wyraźnie go kokietując. Pachniała tanimi perfumami, które mieszały się z zapachem mydła i dymu. Czasem narzekała na ból kręgosłupa. Często pytała, czy ma jeszcze papierosy. Było mu dobrze. Może najlepiej w życiu, gdy pijany wtulał twarz w jej nagie piersi. Ona gładziła go po głowie bez czułości, ale i bez pogardy.

Oddałby wiele, by każda godzina wyglądała tak samo. Oprócz własnego życia, które cenił najwyżej. Skoro ci na górze zniknęli, dlaczego on miałby się wstydzić swoich pragnień?

Poczuł ulgę, oddając mocz na zdjęcie wodza naczelnego z gazety sprzed kilku tygodni. Dagmara spojrzała z lekkim półuśmiechem, chociaż bez wyraźnego wzruszenia. Potem splunął na fragment przemówienia, które kiedyś miało dodawać otuchy. Przez moment pomyślał, że cały ten gniew jest śmieszny. Napił się wódki prosto z butelki i wrócił do niej.

Bawili się długo. Szczytował raz, potem drugi. Chciał ten stracony czas szybko nadrobić. Do izby zaczęło wdzierać się blade światło poranka. Spojrzał przez okno. Na jednym z budynków w Alejach Jerozolimskich wisiała ogromna czerwona flaga ze swastyką w białym polu. Przez krótką chwilę poczuł ukłucie żalu. Nie tęsknił za państwem, ani za symbolami narodowymi. Dopadało go uczucie nostalgii za czymś, co bezpowrotnie przepadło. Aż łza zakręciła mu się w oku.

Położył się i zamknął oczy. Dagmara siedziała na nim, masując mu plecy. Powiedziała coś cicho, niemal szeptem. Było mu już wszystko obojętne. Jedynie pragnął żyć i czuć, że wciąż żyje.

JÓZEF WARSZAWSKI