OCHODEK-SZPAK: Biała róża dla Barańczaka

Pamiętam białą różę kupioną od kwiaciarki przy dworcu kolejowym w Katowicach. Był czerwiec 1995 roku. Poeta, tłumacz, eseista, krytyk literacki, nauczyciel akademicki na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, profesor Harvard University odbierał doktorat honoris causa mojego uniwersytetu. Na schodach gmachu polonistyki przy Placu Sejmu Śląskiego studentki szeptały, że Barańczak jest przystojny, a ja w głowie miałam omawiane na teorii literatury wiersze i nadzieję, że biała róża trafi do rąk profesora.
Po latach wracam do tego czasu, by podzielić się rozważaniami na temat smutku i nie tylko.
*
Stanisław Barańczak należał do twórców, którzy szczególnie dotkliwie atakowali kłamstwo, bronili prawdy, bo tak rozumieli powinność pisarstwa w ustroju, który był przecież totalitarny. W liryku „Spójrzmy prawdzie w oczy” („Jednym tchem”, 1970) poeta formułuje powinność, że uczciwe patrzenie w oczy drugiego człowieka jest obowiązkiem. Poeta imponował mi bezkompromisową postawą wobec nadużyć władz PRL-u i mistrzostwem lingwistycznego warsztatu.
W „Etyce i poetyce” (Paryż, 1979) połączył teorię literatury z nauką o moralności. Z tej publikacji właśnie pochodzą słowa „Nie wyzysk ekonomiczny […] nie sprzeczności ustrojowe oburzały nas wówczas najbardziej […] ale właśnie kłamstwo, rozpanoszony wokół i powielany w milionach egzemplarzy fałsz”. W latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, do których odnosi się Barańczak, granice etyki w języku przekraczano wielokrotnie, bo słowa służyły ideologicznym celom. Poeta nie ufał językowi propagandy. Tworzył język, który był parodią tego politycznego, a w swojej twórczości przywracał etykę słowom.
Nie potrafię zdecydować, co cenię bardziej – lingwistyczną poezję Stanisława Barańczaka czy jego intertekstualne eseje. Może nawet decydować nie ma powodu. Wielkość talentu pisarskiego mierzy się przecież jego różnorodnością.
*
Jest pewna metafora w przemówieniu Vaclava Havla „Nie czekając na Godota”. Metafora bliska mojemu widzeniu sensu trwania w ogóle. Metafora, która nie raz i nie dwa ratowała mnie z opresji smutku. Wspomniane przemówienie wygłosił jesienią 1992 roku w Paryżu.
Zainspirowany teatrem absurdu, tym literackim, i tym politycznym, rozważał na temat cierpliwości, która jest wyrazem nadziei. Oczekiwaniem, że „wykiełkuje zdrowe ziarno”, które posadziliśmy. „Czekanie na Godota” (aluzja do dramatu Samuela Becketta) jest w przekonaniu mówcy „bezproduktywną stratą czasu” i oszukiwaniem siebie. Zaszczycony powołaniem do francuskiej Akademii Nauk Humanistycznych i Politycznych mówił o wolności i fenomenie człowieka.
Przezwyciężam smutek działaniem, oczekując, że kolejne wyzwania powołają do życia lilię.
*
Rafał Wojaczek w wierszu „Ojczyzna” („Nie skończona krucjata”, 1972) rozważa o Polsce: pobożnej jak partyjny dziennik, cierpliwej jak oficer śledczy, prawdziwej jak gumowa pałka, dobrej jak żywieckie piwo i troskliwej jak bufetowa. I choć od czasu napisania tekstu upłynęło sporo czasu, a realia ojczyźniane zmieniali kolejni stojący u władzy, nie umiem wyzbyć się skojarzeń. Bo ironią władał poeta mocarnie i może dlatego brudne, cuchnące skojarzenia są rzeczywiście jak krucjata, której nie widać końca.
Adam Zagajewski w wierszu pt. „Klęska” („List. Oda do wielości”, 1983) zapisał, że naprawdę żyć umiemy dopiero po niej. Rośnie wtedy męstwo, a gorzka herbata smakuje jak biblijne przepowiednie. Czy rzeczywiście wydarzyć się musi sporo, by człowiek zrozumiał, że życie to wartość ponad inne w życiu? Że czujność nad ranem, że czujność w południe i w godzinach nocnych, jest obowiązkiem. By człowiek człowiekowi człowiekiem był. Teraz i po teraz również.
Niech pogłębiają się przyjaźnie, a miłość czujnie podnosi głowę, wszak od czasów Arystotelesa wiadomo, że właśnie to decyduje o moralnym życiu.
*
Rafał Wojaczek w „Liście do nieznanego poety” („Nie skończona krucjata”, 1972 ) odnosi się do rozprawy Fryderyka Nietzschego „Poza dobrem i złem”. Poglądy filozofa inspirują szczególnie tych poetów, którym po drodze z nihilizmem, wszak nietzscheańska metafora „Bóg umarł” ma tu swoje uzasadnienie. W pokoju, z którego sufitu spoziera strach, a w okno tłucze dziobem biały ptak, tworzą się rękopisy. Proces twórczy ma tutaj swój akompaniament, jest nim podła wódka. Klaustrofobiczna przestrzeń, w której brak szans na zdrowy oddech, przywołuje w pamięci pokój Raskolnikowa z polifonicznej powieści Fiodora Dostojewskiego pt. „Zbrodnia i kara”. Na marginesie dopiszę, że przywołany powyżej autor „Tako rzecze Zaratustra” cenił pióro rosyjskiego literata, o czym przypomina choćby Gustaw Herling-Grudziński w „Gasnącym Antychryście”.
Pokój z wiersza Rafała Wojaczka zaprojektowano z rozpaczy, smutku i śmierci, która spogląda z piątego kąta. Bo czy kiedykolwiek indywidualistę pomieścić zdoła jakakolwiek zbiorowość? Zawieszam odpowiedź. Poszukam kiedyś, gdy kolejny raz (masochistycznie nieco) sięgnę po te wiersze.
*
Mówimy różnymi językami, czym innym karmimy ciała. Bywa, że odwracamy wzrok od tego, co niewygodne. Chodzimy do różnych świątyń, ale… Smutek odczuwamy podobnie. Przychodzi niepostrzeżenie, osiada na barkach, utrudnia codzienność. Nie istnieją (niefarmakologiczne) recepty na wyeliminowanie tego doświadczenia. I chyba nawet nie oczekiwałabym takich. O ile nie zgadzam się z tym, że cierpienie czyni z ludzi szlachetniejszych, o tyle bliskie jest mi mniemanie, że smutek zgasić może arogancję, butę i jakąś taką nieomylność, monopol na głoszenie jedynie słusznych prawd, które, jak powiedziałby Witold Gombrowicz, przez uszy gwałt na nas popełniają.
Smutek zatrzymał mnie w refleksji. Bo smutek może być doświadczeniem twórczym.
W pamięci zachowujemy obrazy. Zachowujemy też słowa. Te, które wypowiedzieliśmy i te, które wypowiedziane nie zostały. A póki trwamy, mamy moc przemiany smutku w działanie.
IWONA OCHODEK-SZPAK






