OKNIŃSKA: Przebiśnieg

Staliśmy przy oknie, patrząc, jak duże śnieżynki, tańcząc szeroko walca, pieszczone delikatnym ruchem powietrza, opadają w świetle latarni na chodnik. Przykrywają szarą codzienność puszystym, białym dywanem, szepcząc, że marzenia się spełniają.
Czułam jego ciepłą dłoń gładzącą ze wzruszeniem mój brzuch. Oczy, tulące czułością, w których odbijały się światła choinkowych lampek. Nasze dziecko mościło się w moim brzuchu do snu. Następne Święta Bożego Narodzenia mieliśmy spędzić razem. Ten wigilijny wieczór był wyjątkowy, w domu pachniało świeżym świerkiem i stygnącym po wyjęciu z piekarnika, piernikiem. Wnętrze salonu wypełniały cichutko kolędy, śpiewane przez dziecięcy chór.
Tego wieczoru zasnęłam bardzo szybko. Następnego ranka nie słyszałam, jak Janek wychodził, zrobił to szeptem.
Ostry dźwięk telefonu wdarł się w mój sen, kiedy na dworze było już jasno. Półprzytomna odebrałam i usłyszałam, że już go nie ma, że ja i nasze dziecko zostaliśmy sami.
– Bardzo mi przykro. Niewiele mogliśmy zrobić. Mąż nie dostosował prędkości do warunków jazdy. Marznąca mżawka i gołoledź – usłyszałam męski głos.
Poczułam w piersiach ogromny ból. Tak, jakby ktoś bez znieczulenia wyrywał z nich serce. Potem nie czułam już nic.
Niebo schowało się pod pierzyną sinych chmur. Śnieżynki przestały tańczyć, a biały dywan zmienił się w brudną maź, która w ciągu dnia błotem wchodziła do butów, a nocami zamarzała.
Tata został ze mną sam, jak miałam cztery lata. Był moim przyjacielem i najważniejszym mężczyzną w moim życiu, aż do momentu, kiedy poznałam Janka.
Nie chciał, żebym się z nim spotykała. Uważał, że jestem za młoda i zbyt niedoświadczona na małżeństwo. Przeszkadzało mu, że ojciec Janka jest Niemcem. Na naszym ślubie powiedział mi, że kiedyś będę tego żałować. Przestałam się do niego odzywać. Nawet nie wiedział, że zostanie dziadkiem.
Moja najbliższa przyjaciółka powiadomiła go o śmierci Janka, bo się o mnie bała.
Tego dnia ktoś długo i uporczywie naciskał dzwonek przy drzwiach. Czułam, że ten ktoś za drzwiami jest tak samo uparty jak ja.
Zirytowana wibrującym dźwiękiem, zwlekłam się z łóżka i otworzyłam drzwi.
W progu stał mój tato. Wydało mi się, że dzieli nas jakaś brudna szyba, jego obraz był zamazany. Trwało to chwilę, potem wszystko nabrało ostrości i zobaczyłam, że ojciec płacze.
– Przepraszam cię – usłyszałam jak cicho mówi. – Nie mogę cofnąć czasu, ani słów, które zostały wypowiedziane. Naprawdę jest mi bardzo przykro.
To, co mówił, było szczere. Dotknęło serca, zaczęło walić młotem w kokon, w który schowałam się przed kilkoma dniami. Ten rozpadł się w drobne kawałki i wypuścił uwięzione łzy. Poczułam ból i przerażenie.
Wtulona w jego ciepłe ramię wyrzucałam ciężar, który nosiłam. Poczucie niesprawiedliwości, osamotnienia i lęku, co będzie dalej. Zasnęłam zmęczona, marząc, że jak się obudzę, wszystko będzie tak, jak dawniej.
Tato zmusił mnie do wyjścia na powietrze. Szarość wciąż ciężko wisiała nad głową. Zrezygnowana patrzyłam na brudną masę rozpływającego się śniegu.
Nagle błysnęło czystą bielą. Płatki przebiśniegu ciekawie wychylały główki, poszukując słońca. Widok niewielkich, zielonych plamek w ich wnętrzu, zdawał się muskać moje zdrętwiałe usta, chcąc je uśmiechnąć. Dziecko poruszyło się w brzuchu, jakby chciało mnie przytulić.
Poczułam, że budzi się we mnie siła, i że nie jestem sama. Ta mała istotka we mnie to także część Janka. Nasze dziecko, które teraz bardzo mnie potrzebuje. Poczułam w piersiach ciepło, tak, jakby jakiś niewielki kwiatek odważnie rozchylał płatki i wypełniał mnie nadzieją.
AGNIESZKA OKNIŃSKA






