GOŁDA: Żółta koszula

Nieczęsto zdarzają się spektakle, gdzie chciałoby się analizować pojedyncze sceny, bo są tak dobre, że należy się im odrębna recenzja.
Paul (Grzegorz Daukszewicz) i Michael (Patryk Pietrzak) siedzą naprzeciw siebie na łóżku szpitalnym, próbując wskrzesić wspomnienia, które wyparowały z głowy Michaela po wypadku. Zapadł w śpiączkę, a kiedy po trzech tygodniach Freddie Mercury za sprawą „Bohemian Rhapsody” wyrywa go z objęć Hypnosa, cofa się do 2005 roku. Dochodząc do siebie, zgubił po drodze tytułowe 4000 dni, czyli jedenaście lat.
Michael nie pamięta, że przed laty zakochał się w Paulu, że zrezygnował z pracy artystycznej na rzecz sprzedawania ubezpieczeń. Pamięta jednak swoją matkę Carol (Ewa Wencel), która nie odstępuje go w szpitalu nawet na krok.
Rozpoczyna się rozpaczliwa walka o przywrócenie Michaelowi pamięci. Jest to jednak batalia raczej jednostronna. Carol dramatycznie walczy, by jej syn pozostał sobą sprzed lat. To wtedy był barwnym, nieujarzmionym ptakiem, pełnym pasji. Jej zdaniem Paul „wyretuszował” Michaela z bycia sobą, stworzył na swoje podobieństwo – nudnego i pozbawionego blasku pracownika korporacji. Paul zaczyna rozumieć, że Carol ma rację, ale jednocześnie bardzo kocha Michaela i robi wszystko, by ten go sobie przypomniał. Przypomniał to, co ich łączyło. Michael jest w tym wszystkim zdezorientowany, czasem niepoważny, ale ciągle analizuje swój stan. Podejmuje decyzję o namalowaniu muralu na szpitalnej ścianie. To pierwszy krok w powrocie do siebie.
Postać grana przez Ewę Wencel przechodzi na scenie największą przemianę. Początkowo jawi się jako archetypiczna zołza, najgorsza z kategorii teściowych – taka, która nienawidzi partnera ukochanego syna i robi wszystko, by ten związek się rozpadł. Z czasem widz orientuje się, że jej motywacje są głębsze. Carol nie walczy o syna z egoizmu, lecz z lęku przed utratą człowieka, jakiego znała i kochała. Przez relację z Paulem Michael stał się setną kalką człowieka, jakim był, zanim go poznał. Uważa, że wyssał z niego życie. I ta walka o dawnego Michaela jest wielką siłą spektaklu. Perspektywa matki, która „na końcu zawsze pozostanie sama jak palec” (taki los matek, tak twierdzi Carol) jest wzruszająca i mocno dotyka. Piękna to rola, zniuansowana, pełna barw i emocji, odsłaniająca pokłady wrażliwości i talentu Ewy Wencel.
Z kolei Grzegorz Daukszewicz w roli Paula jest jak bułhakowska Małgorzata. Tyle że zamiast żółtych kwiatów zakłada żółtą koszulę. I ta koszula jest jak gruba kreska. Odznacza to, co było i zwiastuje nowy początek. Daukszewicz sprawia, że to właśnie Paulowi widz kibicuje najmocniej. Grana przez niego postać jest autentyczna i kompletna. Poznajemy go w momencie, gdy traci grunt pod nogami, a ukochana osoba nie wie, kim jest. Paul podejmuje walkę o Michaela, tak jak Małgorzata zabiegała o Mistrza. Jakże to wzruszająca to paralela. Jest w tej postaci coś urzekającego, zmiękczającego serce. Daukszewicz znakomicie łączy komediową lekkość z przejmującą czułością. Te pojedyncze spojrzenia, zawieszone w ciszy sceny kameralnej, kruszą emocjonalny pancerz widza. Z przyjemnością i wzruszeniem obserwowałam tę kreację.
Patryk Pietrzak miał trudne zadanie do wykonania. Jak pokazać człowieka wybudzonego ze śpiączki bez niepotrzebnego patosu i przerysowania? Znalazł na to sposób w balansie. Michael, początkowo zdezorientowany, nie traci jednak poczucia humoru. Próbuje zrozumieć swoje położenie i podejmuje walkę o odzyskanie wspomnień. Ma pomóc mu w tym sztuka. Sięga po farby i zaczyna malować. Czy ta szpitalna arteterapia wystarczy, by pokochać kogoś na nowo albo przypomnieć sobie, że się kochało? To najlepsza rola, w jakiej dotychczas widziałam Patryka Pietrzaka. Jest znakomity zarówno w odsłonie komediowej, jak i tej melancholijnej. To aktor wszechstronny i wielce utalentowany, bezbłędny w każdej odsłonie, subtelny.
Wspólnie z Grzegorzem Daukszewiczem stworzyli intymną relację, pełną niewypowiedzianych emocji, które widz rozumie i czuje bez słów. I płeć bohaterów nie ma tu nic do rzeczy. To przepiękna historia o dwójce kochających się ludzi. Uniwersalna i ponadczasowa – o miłości silniejszej niż przeciwności losu.
Wojciech Malajkat, który wyreżyserował „4000 dni”, sprawiedliwie podzielił uwagę widzów między trójkę aktorów. To spektakl trzech wyjątkowych osobowości i wrażliwości, gdzie muzyka jest czwartym bohaterem. To świat tak bliski i intymny, że ogląda się go z perspektywy własnych przeżyć i doświadczeń, a łzy są oznaką zarówno radości, jak i wzruszenia. Ale to też historia o tym, że czasem pamiętamy nie chwile wzniosłe i epokowe, a te niepozorne, najzwyczajniejsze. I to one pokazują nam, co w życiu jest najważniejsze.
Ogromny ukłon w stronę Klaudyny Rozhin, która przygotowała inteligentny, błyskotliwy przekład sztuki Petera Quiltera. Dzięki jej pracy aktorzy mogli w pełni wykorzystać zarówno komediowy, jak i dramatyczny potencjał tekstu.
Dla takich spektakli chodzę do teatru. Za takie spektakle teatr kocham.
Szanowni Państwo, życzę kolejnych teatralnych Everestów. Brawo! Brawo! Brawo!
Z serca polecam.
KATARZYNA GOŁDA
Teatr Kwadrat w Warszawie – Peter Quilter, „4000 dni” (przekł. Klaudyna Rozhin). Reżyseria – Wojciech Malajkat. Scenografia – Wojciech Stefaniak. Kostiumy – Marta Grudzińska. Występują: Ewa Wencel, Grzegorz Daukszewicz, Patryk Pietrzak.
Spektakl trwa: 90 min (bez przerwy).






